Dokarmianie przez klikanie

piątek, lutego 26, 2010

Bo, proszę Państwa...

...gdy się prowadzi firmę, to należy najpierw mieć wizję. Dotarło, czy mam powtórzyć?



Milion lat ;)

No, to się już nastawcie na składanie życzeń - otóż K. (inaczej zwany Mężem nad Mężami) w niedzielę kończy... Aha, chcielibyście wiedzieć. Nic z tego. Kto jest na FB lub zapraszany do nas - ten wie, reszta się może tylko podomyślać ;)


W każdym razie urodziny w niedzielę będzie miaaauuu ;)
I się upijemy jak stado norek. Ale w sobotę, bo w niedzielę to MnM pracuje, w poniedziałek z kolei ja do tego najgorszego miasta pod słońcem jadę (niestety, mam już bilet, więc się nie wykręcę, a szkoda - byłam gotowa nawet taktycznie zachorować na suchoty, byle tylko nie jechać ;).

Kolejny nius, tym razem z innej zupełnie beczki - pamiętacie może: Franz się kiedyś darł jak opętany, a my razem z nim - pisałam o tym. No i tak dwa dni temu też się rozdarł (bo właśnie minutę wcześniej opróżnił miskę z jedzeniem, dlatego zagrażał mu głód i musiał to jakoś zasygnalizować ;) i wtedy sobie uświadomiliśmy, że tak naprawdę to on już tego darcia nie uprawia od kilku tygodni, tylko myśmy tego nie zauważyli - znaczy momentu, w którym przestał.
Kiedyś wył jak syrena, a w tym wyciu można było usłyszeć: wypuście mnie z tego domu wariatów, nie chcę tu być etc.
Przestał. Ergo - albo uznał że i tak się nie wydostanie i szkoda pyszczka, albo... mu dobrze i już nie chce iść w świat :)

wtorek, lutego 23, 2010

Jak ja tego nie lubię...

Za niespełna tydzień czeka mnie podróż do Krakowa i to w celach ściśle określonych - moich ulubionych: załatwiactwo urzędowe. No, wręcz nie mogę się doczekać... Grr.

Już dziś myślę o tym, jak szczęśliwa będę, widząc na horyzoncie Warszawę. Tak, to będzie jedyna przyjemność z tego wyjazdu - radość, że wreszcie wracam :)

niedziela, lutego 21, 2010

Cyborg w prążki ;)

Psy to łakomczuchy. Jasne, każdy to wie. Moje niegdysiejsze koty natomiast wręcz należało prosić, aby może coś zjadły; że nalegam, że może jednak choć troszkę...


W tej kategorii Franz (jak w wielu innych kategoriach) okazuje się być odmieńcem. Odwiedza swoją miskę tak średnio ze trzydzieści razy na dobę, psią - dodatkowo ze dwadzieścia. I tu i tam je.
Na swoim biurku (bo on ma swoje biurko), gdy w misce jakimś dziwnym trafem nic nie ma (zjadł wszystko i nie zdążyliśmy nałożyć nowej porcji), potrafi paść na bok i udawać słaniającego się z głodu kota - robi to w minutę po zjedzeniu ostatniego kęsa...
Oczywiście interesują go i nasze talerze (na szczęście nie wszystko chce z nich ukraść), zawartość lodówki (w końcu go w niej zamknę na parę minut, może wówczas przestanie tam włazić), a z miski Pimpi podjada od zawsze...

Wcale przy tym nie jest grubasem - szczupły i umięśniony, skoczny, szybki... Supercyborgowa przemiana materii. Kot-cyborg. Od początku mówiłam, że on do nas pasuje :)

środa, lutego 17, 2010

Światowy Dzień Kota

Życzenia później, najpierw naga prawda :)


Ordnung muss sein.
Tak nam się spokojnie żyło tylko z Pimpi... A teraz wieczorem pełna gotowość: garnek - zabezpieczyć pokrywkę przemyślnym systemem gumek, bo za gorący na wstawienie do lodówki; zabezpieczyć kurki od gazu (raz odkręcił, lecz na szczęście K. zauważył, bo byłoby po nas); schować rysik od tabletu; rozejrzeć się, czy nic ważnego nie zostało na wierzchu.
Te drzwi mają być otwarte, tamte z kolei zamknięte. Wystrój już dawno został zmieniony. Czujność i myślenie perspektywiczne, a taki był spokój...

Noc.
Kiedyś służyła do spania. Teraz trochę też. Resztę poświęcamy na zbieranie z podłogi rzeczy, które kot uznał za zabawki (niedostatecznie perspektywiczne myślenie wieczorem), tłumaczenie kotu co jest dobre, a co złe etc.

Głód.
Człowiek nie jadł od doby, bo było nerwowo i chce coś wreszcie zjeść. Rozgląda się czujnie - jest dobrze, śpią. Wstaje z fotela i cicho skrada się do kuchni. Dwie pary oczu otwierają się, a błyszczy w nich głód i determinacja. Dwa drapieżniki idą za człowiekiem. Jeden okupuje podłogę, drugi - wyższe rejony. Nic nie zostanie niezauważone... Każdy ruch, każdy okruszek jest policzony. I te głodne oczy w końcu łamią wolę człowieka. Karmi - drapieżniki rzucają się i pochłaniają w ułamkach sekundy.
A w pokoju stoją dwie porzucone, zawsze pełne jedzenia, miski...

Wszystkiego najlepszego, Franz, kociątko ty nasze kochane :)
- Fraaanz, q... zostaw to!!!

piątek, lutego 12, 2010

Może i jestem próżna...

...ale jeśli po prawie 40 miesiącach i ponad 400 postach prowadzenia bloga, przeczyta się coś takiego, to się chyba można raz pochwalić?


No to się chwalę pochwałą mojego czytelnika (jednego z najdawniejszych), kopiuję z GT:
Twój blog normalnie wciąga jak dobry serial...

No i czy to nie jest miłe? Jest i to jak :)

środa, lutego 10, 2010

Ale to brzmi...

Tak, to brzmi pięknie i dumnie, jak przed godziną stwierdził Kamil :)


A co? A to: QILIA.COM :)

Dumnie i pięknie - fakt, ale nie macie co tam wchodzić, bo na razie jest tylko goła Joomla, mam ten kawałek świata od 10 minut dopiero :)

wtorek, lutego 09, 2010

Nie dość, że porąbany dzień...

...i porąbany łeb ;)


To wcale nie był koniec - wtedy, gdy popołudniem pisałam - jeszcze coś się czaiło za załomem ściany, choć ja nie przeczuwałam. Albo przeczuwałam nie za bardzo...

To naprawdę dziwny dzień.

P.S. I znów codzienność... Zmienię tę nazwę. Ludzie podobni do mnie w ogóle nie powinni używać takich słów, bo nie są dla nich. O. Jak mawia Ula.

O, cholera... Ale dzień...

Jeden chyba z najbardziej znaczących w moim życiu... Uff... Ale jeszcze nie doszłam do siebie... A tak w ogóle, gdyby mój ojciec jeszcze żył, to moi rodzice obchodziliby dziś 46. rocznicę ślubu (to tak ni z tego ni z owego skojarzenie).


A ja właśnie dostałam rozwiązanie problemów. Nie ja, co ja gadam... My mamy rozwiązanie problemów. Sorry, naprawdę jeszcze nie wyszłam z szoku. Od niemal doby wydarzyło się tyle, że w normalnym świecie jak na pół roku to i tak byłoby dużo wydarzeń...

Nic więcej nie napiszę, bo to muszę sobie jakoś w głowie poustawiać...

Podziękowania:

Kamilowi: za cenne uświadomienie.
Joachimowi: za reakcję w sekundy, choć musiał się przełamać... ale to zrobił.
Wojtkowi: że ogarnie mi sprawę, na której teraz nie mogę się skupić.
Doktorowi: za spokój i optymizm.
Mamie (mojej): już Ty wiesz za co, WM ;)

Każde z wymienionych (nie tylko WM) wie, co mam na myśli. A jutro albo pojutrze będą już konkrety, dziś nie mogę, nie mogę...

Tradycyjnie: "codzienność"? Ożesz...

poniedziałek, lutego 08, 2010

07 zgłoś się...

Melduję, że proces deburdelizacji mieszkania został gwałtownie przerwany meldunkiem, iż suszarka do naczyń (jak wszystko na tym świecie) ma swoje ograniczenia. Niemniej sytuacja jest pod kontrolą, a działania zostały jedynie zawieszone. Powtarzam - zawieszone, nie przerwane. Over.

Ambitny plan na dziś :)

10:00 - wstać z fotela

10:15 - wstać, do cholery, z fotela, ale to już!
10:17 - dotrzeć do łazienki (to tylko 10 metrów i na pewno dasz radę, bo jesteś dzielną dziewczynką)
10:30 - wyjść z wanny, wytrzeć siebie i kota... psa też
10:40 - znaleźć drogę do kuchni (kompas wisi w pokoju - pamiętać w razie problemów)
10:50 - po ogarnięciu wzrokiem pola pobitewnego użyć środków chemicznych oraz mechanicznych w celu oczyszczenia pola
11:05 - zapalić, napić się kawy, odpocząć
12:30 - no dobra, dosyć tego odpoczynku - wstać z fotela...

Nie ma to, jak mieć ambitne plany...

niedziela, lutego 07, 2010

Bransoletka

Większość z was wie, że W. pod koniec ubiegłego roku był w Sudanie, gdzie kręcił filmy o misjonarzach z Europy. Ja zawsze proszę, gdy on wojażuje, aby przywiózł mi coś z tych podróży. Najlepszym prezentem dla mnie jest książka kucharska w obcym języku i wtedy cieszę się jak dziecko.


O to samo prosiłam i w związku z Sudanem, ale W. stwierdził, że tam raczej w ogóle nie ma książek i przywiózł mi co innego... Ludzie to umieją grać zachwyt, ale ze mnie żadna aktorka, więc te oczy skrzywdzonego kota ze Shreka mówiły niewątpliwie: cała jestem jednym wielkim rozczarowaniem... Nawet nie potrafiłam tego ukryć pod powiekami, co niewątpliwie zrobiłby każdy normalny człowiek. Co było tym prezentem?

Bransoletka.
Ja niewiele biżuterii noszę: kolczyki, obrączka, pierścionek zaręczynowy i zegarek. Tyle mam na sobie zawsze (no oczywiście plus perfumy ;) Co więcej, to wszystko jest takie stonowane, srebro, platyna, brylancik, czerń. Koniec.
A bransoletka jest feerią kolorowych, malutkich koraliczków (naprawdę małe). Czy można dać mniej trafiony prezent komuś, kto chodzi w dżinsach i skórach i może czasem zapomnieć zabrać szminkę, lecz noża nie zapomni na pewno? No to chyba już się nie da gorzej trafić?

I wiecie co? Ona mi tak bardzo do niczego nie pasuje, że mi pasuje do wszystkiego i nie zdjęłam jej już od ponad doby (wcale nie z powodów sentymentalnych) i nawet K. uważa że jest wyjątkowo trafioną rzeczą. Taki błysk kolorów w mojej czerni. Dziękuję i przepraszam za oczy kota ze Shreka, nie miałam racji ;)

Ten scenariusz mogło napisać tylko życie... ;)

...jak to z kolei przekazać, żeby było krótko, jak na przyzwoitą notkę przystało? No, nie wiem, ale spróbuję się zmierzyć z zadaniem.


Wczoraj był koncert kolegi blisko mieszkania Wojtków, więc oni zaprosili nas na drinka przedkoncertowego. Ponieważ my mamy ten ograniczony i ograniczający net, więc poprosiliśmy W. o nagranie dla nas paru filmów, co byśmy byli na bieżąco z rodzimą kinematografią. Między innymi miało być "Ciacho". Czemu ono akurat?

A no temu, że kolega z pracy K. twierdził, że to superkomedia. Myśmy spytali W. czy rzeczywiście (bo jego ocenom ufamy znacznie bardziej) - powiedział, że szkoda czasu. Sprawdziliśmy w necie - ocena w okolicach średniej. Postanowiliśmy więc wyrobić sobie własne zdanie. Stąd była prośba o ten film. I teraz przechodzimy do clue...

Dziś odpalamy jedną z płytek. Na pierwszy ogień idzie film "C", bo ciekawi byliśmy go zwyczajnie. Wiadomo, na napisy na poczatku i reklamy to sie tak za bardzo nie patrzy, ale zaczyna się akcja... Po minucie akcji mówię do K.:
- To nie może być ten film, to jest jakiś inny...
Przewijamy do początku i oglądamy już uważnie, poklatkowo... No nie, nie jest to ten film, ni cholery. To zupełnie inny i nazywa się "Kup teraz".

Arcydziełem kinematografii to on na pewno nie był, niskobudżetówka nielotna, ale... Wojtek - zadanie bojowe: obejrzyj wreszcie "Ciacho" i powiedz nam, co o nim myślisz ;) A potem nam je zgraj i daj :D

Pozdrawiamy

K. i Qilia

P.S. I co, czy taką historię ktokolwiek odważyłby się wymyślić i jeszcze potem wmawiać ludziom, że się wydarzyła? A u nas to znowu podpada pod "codzienność" :D

sobota, lutego 06, 2010

Pan Doktor

Tak się złożyło, że muszę o Nim wreszcie więcej napisać, chociażby z tego powodu, iż kiedyś jeden z moich trójmiejskich czytelników był uprzejmy wyrazić zdziwienie słowami:

- To Pan Doktor naprawdę istnieje?! Sądziłem, że go wymyśliłaś.

No, fakt. Gdyby nie to, że jeszcze dziś w południe z nim rozmawiałam, to sama bym sądziła, że go wymyśliłam, bo takich ludzi to raczej nie ma...

Pan Doktor z wieku mógłby być moim dziadkiem nawet (gdyby wcześnie zaczął), a jednak jest to człowiek na wskroś współczesny. Mając przeogromne doświadczenie w swojej specjalności i sławę na całą cywilizowaną Europę oraz trochę emiratów, jest jednocześnie skromny, przystępny, dobry taki zwyczajnie...
Nie zapomnę nigdy rozmowy sprzed roku, bo to prawie kabaret (cytaty niemal dosłowne, zero redakcji):

- Panie Doktorze... Hmmm... Wychodzę za mąż..
- O, gratuluję pani Qilio!
- Mój mąż tu zamieszka...
- To chyba oczywiste, prawda?
- Tylko wie Pan... Hmmm, jest... hmmm, no jest jeden problem...
- O, a jaki?
- No taki poważny...
- To co, on jest czarny?!
- Nie, nie, Panie Doktorze... Gorzej.
- Żółty?!
- Gorzej...
- To znaczy? No niech pani wreszcie powie!
- Między nami jest... No, ogromna różnica wieku.
Doktor patrzy mi w oczy i wydaje głębokie westchnienie ulgi, a następnie wybucha śmiechem.
- No wie pani! I to jest problem?! Gratuluje tym bardziej!

No, i to jest właśnie cały doktor :) Który pozwolił na szopa, ale uznał, że Franz jest też OK, póki nie zamierza demolować jego gabinetu. Który z wojaży przywozi nam prezenty. Który zawsze ma dobre słowo dla nas i cierpliwość jak dla własnych dzieci.

Panie Doktorze, mieszkam tu od półtora roku i wcale mi się nie spieszy do własnego mieszkania, choć kiedyś spieszyło mi się bardzo :)

piątek, lutego 05, 2010

Kalendarz

...dla wszystkich, którzy poczują nieodpartą potrzebę dawania nam mnóstwa prezencików. Dziękujemy ;)


1 stycznia - rocznica "bycia razem"
2 stycznia - przybył nam Franz
30 stycznia - urodziny Pimpi
4 lutego - rocznica wspólnego zamieszkania
10 lutego - rocznica oświadczyn (przyjętych, jak wiadomo)
28 lutego - urodziny Kamila
4 kwietnia - rocznica ślubu
9 lipca - urodziny Qilii
14 lipca - wspólne imieniny Qilii i Kamila
15 listopada - rocznica poznania się w realu
31 grudnia - pamiętny sylwester, od którego wszystko się zaczęło

No. To macie mnóstwo okazji do dawania nam mnóstwa dóbr ;)

A - tak przy okazji - takie celebrowanie jest dobre dla małżeństwa, dla związku, dla ludzi, dla zwierzaków... No to już - siadać i tworzyć własne kalendarze, moi drodzy :)

Ale mi się udało...

Dla takiego leszcza fotograficznego jak ja, Franz jest błogosławionym darem losu. Najlepszym modelem; potrafi być ruchliwy lub nieruchomy, fotogeniczność ma w sobie z urodzenia, robi minki na życzenie, trzyma tę samą pozycję przez trzy fotki... Oj, Franz, jak ja cię lubię, łobuzie paskudny :)

Posted by Picasa

czwartek, lutego 04, 2010

Przyczajony łowca...

Czyli fotka na życzenie.

Edytuję w związku z pytaniami - na życzenie dla Rafała P. :)


Głupie...

Nie przypominam sobie, abym zrobiła w życiu cokolwiek dobrego, a co dopiero dużo...


Jestem więc pewna, że nie mam mojego męża za zasługi z tego lub przeszłych żyć. Podobno dobro za dobro, a oko za oko. Za moje dobro to ja powinnam już nie mieć sześciorga oczu tak naprawdę...

A jednak... Mam przy sobie najlepszego człowieka na ziemi i sama nie wiem za co, więc chyba za nic. Kamil... Jesteś ponad marzenia.

P.S. Gdy on wróci i te peany przeczyta, to mnie zwyczajnie zabije, bo nie lubi publicznego chwalenia. Już nie żyję, dobranoc Państwu ;)

...no, beznadziejne...


Oczywiście, że zdjęcie jest beznadziejne, że poruszone i w ogóle... Ale jest, doceńcie to - bo to jest sukces ;)



Franz... i wszystko jasne

Dialogi bez słów

MIŚ:
- Moim promieniem słońca to jest ten kociak, nareszcie ktoś mnie lubi i wreszcie mi dobrze w tym domu... Aaah... Życie jest piękne.



PIMPI:
- Kurna, co za dom, wszyscy śpią, z nikim się pobawić, tylko się pociąć... Gupi kocur, gupi misiek, wszystko gupie...


FRANZ:
- ... (zmienia pozycję)


wtorek, lutego 02, 2010

Pani... Powróżyć...?

...Fejsbuk prawdę ci powie...


I powiedział.
Otóż, aby osiągnąć szczęście oraz żyć w zgodzie z własnymi predyspozycjami i przekonaniami, powinnam - zgodnie z sugestiami wynikającymi z przeróżnych quizów - zostać ni mniej ni więcej, lecz... szefem mafii. Najlepiej gdybym zajmowała się tam sektorem nielegalnej produkcji i dystrybucji alkoholu.

Teraz już wiem, czemu zawsze żałowałam, że nie urodziłam się w Stanach czasów prohibicji. Do tej pory myślałam, że mi się ten uromantyczniony filmowo czas tak spodobał. A tu nie - zwyczajnie to byłoby najlepsze miejsce i czas dla mnie :)

Nie to, żebym się przejęła, czy co... tymi sugestiami fejsbukowymi... ale...
Gdybyście przypadkiem usłyszeli o wakującym stanowisku na szczytach mafii alkoholowej... Dajcie znać. Wyślę CV, a co mi tam... ;)

niedziela, stycznia 31, 2010

Kot na ścianie...

I kot, i cień kota, i laser. Wszystko, a co... ;)


Sama to zrobiłam, choć wcześniej pisałam, że trzeba trzech osób... Jakość żadna, bo ciemno było, ale to w końcu dokument i liczy się temat, prawda?
Dla dociekliwych: dolna krawędź obrazka widocznego na zdjęciu znajduje się na wysokości ok. 170 cm nad podłogą :)

P.S. Technikalia (dodaję po chwili zastanowienia się, jak to naprawdę było, hmm...). Mam dwie ręce. Trzymałam w nich: aparat (który nie mógł się ruszać), laser (który musiał się ruszać), papierosa (niezbędny, bo to trudne przedsięwzięcie było), rysik od tabletu (zbędny, ale zapomniałam odłożyć). Mam dwie ręce? Naprawdę?

Stara dupa ;)

Wczoraj w domku urządziliśmy trzecie urodziny Pimpi.


Dużo fajnych rzeczy było: i jakieś wypasione superuszko do dziamgolenia, i fura smakołyków wszelakich (te znikały w milisekundy), i ganianie, i zabawa, i tulenie - czyli w zasadzie nic specjalnego, bo to ma na co dzień, małpiatka jedna... Nowość zafundowała sobie sama: odganianie kocurka od uszka, bo to jej uszko, do cholery i kocur nie musi w ogóle wiedzieć, co to jest. Tajemnica państwowa i spadaj!

K. i F. oczywiście nie szczędzili P. uwag w stylu "to ty stara dupa jesteś", ale wiadomo - faceci :)

Dziś w domu kolejne święto - K. idzie dopiero na drugą zmianę, więc szaleństwo wykorzystywania wolnego przedpołudnia: sieć, film, zwierzaki, nawet po piwku - no, rozpusta po prostu :)

Z powyższego można chyba odnieść wrażenie, że nasze życie to pasmo rozrywek. I dobrze, bo w rzeczywistości, to niekoniecznie, ale... Grunt to właściwy PiaR, co nie?

wtorek, stycznia 26, 2010

Hasta siempre...

Jak zauważyliście, raczej unikam wypowiadania się w tematach choćby tylko zatrącających o politykę. Takie założenie. Ale skoro corocznie z jakiegoś powodu mnie szlag trafia, to może jednak raz się wypowiem.


Z jakiego powodu? A z powodu Bandery. Tak się składa bowiem, że moja babcia (niezupełnie była moją prawdziwą babcią, była siostrą mojej babki, która to z kolei zmarła na długo przed moim urodzeniem; ale babcia zastąpiła najpierw matkę mojej mamie, a później babcię - mnie, więc mówię o niej "babcia") mieszkała w czasie wojny (drugiej światowej) na pograniczu RP i Ukrainy. Tak, właśnie w czasie banderowców, band UPA etc. Była tam, żyła i przeżyła...

Opowiadała mi o tym, bo pytałam, będąc dzieckiem. Cytuję niedokładnie, ale z pełnym oddaniem sensu wypowiedzi:
- Dziecko, to była wojna... My do nich strzelaliśmy i oni do nas. Byliśmy sąsiadami i przedtem i potem, tylko ten czas pośrodku taki był... Sama zabiłam ze trzech. Oni mnie nie, jak widzisz. Ale to są ludzie, zawsze o tym pamiętaj, też walczyli o swoją wolność, jak my. Historia się nami zabawiła, ale oni nie byli źli, byli tacy sami jak my byliśmy wtedy...

No. I żaden palant nie będzie dla mnie nigdy bardziej wiarygodny, niż słowa osoby, która naprawdę to przeżyła. I w związku z tym nie pojmę, jak można mieć pretensje do Ukraińców o to, że czczą własnego bohatera narodowego. Może przyjrzyjmy się najpierw życiorysom naszych niektórych bohaterów... A byłoby czemu...

Tytuł wziął się z piosenki o Che. To też był bohater narodowy, choć wielu widzi w nim tylko mordercę. A na Kubie do dziś o nim tę pieśń śpiewają. I co? Zabronić?!

Ludzie, świat to nie tylko ten nasz mały kraik, naprawdę... Czarno-biało-czerwony... Horror, horror, horror...

Obsmarujemy padalca...

...no bo dziś to już przesadził, a było tak...

Pierwsza (01:00). Demolka. Wstajemy przekonani, że to rano. Akurat, rano... Kawa. Wódka. Słowa. Niecenzuralne, a jak... Mamy już fajny pomysł na książkę kucharską z przepisami z kociny :) Właściciele kotów zaczną szturmować księgarnie...

Teraz wygląda to tak, jak na zdjęciu. Jestem chora, więc futerka mnie grzeją ze wszystkich stron. Miłe, ale F. i tak ma przegwizdane ;)




niedziela, stycznia 24, 2010

Postępy

Stworki każdego dnia coraz lepiej się z sobą czują - mniej powarkiwania, wyciągniętych pazurków i dystansu, a więcej spojrzeń, zainteresowania tym co robi drugie, obwąchiwania, zaczepek zabawowych. Byle tak dalej, ale jestem dobrej myśli, bo zwierzaki to na szczęście nie ludzie i zawsze, prędzej czy później, się dogadają.


My staramy się ingerować tylko w sytuacjach zdecydowanie podbramkowych i to raczej łagodnie; jak najmniej się wtrącamy, bo z doświadczenia wiem, że człowiek więcej tu może zaszkodzić, niż pomóc, chcąc na siłę zaprzyjaźniać zwierzaki ze sobą nawzajem.

Oczywiście Franz nie przestał nam dostarczać rozrywki, bo to kotek bardzo aktywny i pomysłowy :) Nie opisuję tego tutaj, bo po pierwsze to dla postronnych byłoby nudne, a po drugie opis i tak nie odda obserwacji na żywo. O tym, że podbił nas całkowicie, świadczy poniższy dialog:

- Ta kocia cholera znów szaleje... Zostaw to, ogoniasty bandyto!*
- No tak, ale zobacz jak on to ślicznie robi...

*Franzowi można wymyślać do woli i z zerowym skutkiem, jak wiecie - przecież i tak nie słyszy.

P.S. Dziś dostał na posłanko (to przy misiu, bo to jego ulubione miejsce do spania) dużą, puchatą chustę, żeby miał milej i cieplej :)

środa, stycznia 20, 2010

Ale mamy fajną...

Franz już parę dni temu odkrył, że w naszym domu jest sporo zakamarków. Niestety, większość jest trudno dostępna, co dla kota oznacza jedynie, iż stanowią ciekawe nowe wyzwanie.


Jednym z najciekawszych i jeszcze nie zdobytych miejsc jest antresola w przedpokoju. Zajmuje ona jakieś cztery metry kwadratowe i pełna jest rupieci, w których można buszować - z opisu chyba jest jasne, że antresola jest wymarzonym placem zabaw dla kotka, prawda?

Dziś Franz podjął kolejna próbę szturmu: wspiąć się po okryciach na półkę nad wieszakiem, stamtąd po torbach na antresolę - taki był plan... Franz jednak nie przewidział, że jego bałaganiarscy państwo wrzucają te torby nawet nie patrząc i że cała konstrukcja trzyma się jakoś wbrew prawom fizyki. Dotknięcie małej aksamitnej łapki natychmiast zburzyło kruchą równowagę i... wszystko wraz z Franzem wylądowało na podłodze.

K. wkroczył na pobojowisko, rozejrzał się i powiedział głosem pełnym radości:
- Ale mamy fajną pułapkę na kota!

wtorek, stycznia 19, 2010

Nowa zabaweczka

Dziś K. kupił Franzowi nową zabawkę - laserek.


Radość kota jest bezgraniczna, ugania się za nim po wszystkim, wbiega nawet na ściany, a kiedy światełka nie ma - czeka w miejscu, gdzie było ostatnio, bo przecież ono na pewno znów się pojawi :) My z obserwowania kocich szaleństw mamy radość wcale nie mniejszą, niż on z zabawy.

Problem jest tylko z Pimpi. Od początku zauważyliśmy, że mało co ją tak wkurza, jak kot w ferworze zabawy... Jej stanowisko jest bowiem następujące: dostało toto michę? dostało; dostało posłanie? dostało; to niech się cieszy i siedzi cicho, a bawić to się już nie musi, od zabawy w tym domu jestem ja!

No, cóż... Dobrze, że jest karna i możemy zabronić jej psucia kocich zabaw, ale wy w związku z tym nie dostaniecie fotek z Franzem na ścianie... Bo do tego trzeba trzech osób: jednej do zabawy z kotem, drugiej do fotografowania, a trzeciej do trzymania Pimpi na kolanach i głaskania jej - też musi coś z tego mieć ;) Czyli poczekacie, aż zajrzą jacyś goście...

poniedziałek, stycznia 18, 2010

Raccoon vs. Cat

Tak więc, moi drodzy, już wszystko jasne. Otóż dobrzy bogowie sprawili, że mentalnie będąc przygotowani na szopa (a szkodnik jest to niebywały, złośliwie-inteligentny w dodatku), przyjęliśmy tego kota jako istotę i tak od szopa dużo mniej kłopotliwą.


Teraz - po ponad dwóch tygodniach z Franzem, już domyślamy się, jakim szokiem dla ludzi obytych ze zwykłym kotem, mógł on być... Nie, nie dla nas, my - jak mówiłam - nastawiliśmy się na szopa, więc żadna demolka nam nie straszna i nam to on niczym nie zaimponuje (szopy są w tych sprawach absolutnie niezrównane, proponuję wrzucić w Youtube "Willie" lub "Molly" i dodać "raccoon", piękne filmy o demolkach...)

Oj, Franz...
Powiem tak: my mamy cholerne szczęście, że jednak nie mamy szopa (bo one, skurczybyki, mają dodatkowo chwytne łapki). A ty masz cholerne szczęście, że trafiłeś na nas :)

niedziela, stycznia 17, 2010

Normalnie gwiazda...

To cytat z facebookowej wypowiedzi V. o tej sesji zdjęciowej. Gwiazdeczka - to muszę przyznać - była wyjątkowo przyjazna aparatowi. Zazwyczaj przecież, jak wam wiadomo, lubi się pojawiać na zdjęciach w charakterze jasnej smugi i na dwadzieścia zrobionych fotek od biedy nadaje się jedna...

Mam wrażenie, że chyba powodem była zazdrość o gwiazdorstwo Franza na blogu i obfotografowywanie go w każdej możliwej sytuacji. I dobrze, zdrowa rywalizacja nie jest zła ;)

A oto efekt:

sobota, stycznia 16, 2010

Niekochane misie...



...tulą koty


OGŁOSZENIE - spersonalizowane

Do pierwszego współlokatora Franza (wówczas Stiepana) - wiem, że tu zaglądasz, daj głos na priva, mam parę pytań. Nie gryzę. To znaczy gryzę, ale przez net jeszcze nie umiem. Wykorzystaj to "jeszcze" ;)


A tak na poważnie, to mam pewną teorię i chciałabym ją z Tobą skonsultować, bo może jest słuszna, ale mam za mało danych.

Kiciątko... cholera ;)


Wczoraj był u nas M. i jak na dziennikarza lotniczego przystało, przyszedł był w lotniczej kurtce na misiu. Powiesił ją w pokoju na stołku barowym. To nie był najlepszy pomysł...


...bo kiciątko, tak - to nasze słodkie, kochane i prześliczne, natychmiast kurtkę chmajtnęło na podłogę i zamieszkało w niej :) Ponieważ na szczęście M., jest wielbicielem kotów i fotografikiem, to wykorzystał sytuację tylko do strzelenia paru fotek i nie miał żadnych pretensji.

Pretensje za to miało kiciątko, gdy M. chciał wyjść i to w dodatku w posłaniu kiciątka (bo to już było posłanie kiciątka, przez zasiedzenie, a nie żadna tam kurtka). Odpięłam więc od swojej kurtki futrzany kapturek i dałam mu jako nędzną namiastkę. Obrzydliwe kiciątko znów wygrało ;)


czwartek, stycznia 14, 2010

Poranek kojo...

...przepraszam, Franza ;)

środa, stycznia 13, 2010

Kocia dwoistość...

Czy to słodkie kocię poniżej, to ten sam łobuz, który dziś obudził nas o 4:30, a potem przez cały dzień wykonał paręnaście numerów pomysłowego diablątka?


Kompilacja "Wieczór stworków" ;)

Sukces?

W tak porąbanej pozycji śpi tylko kot, który czuje się absolutnie bezpieczny:


niedziela, stycznia 10, 2010

Pochrzaniłam i ponawiam - OGŁOSZENIE

Otóż ja się kiepsko znam na sprzęcie audio...


Wzmacniacz w domu jest - to raz, a dwa - potrzebujemy dla kota tylko jednej kolumny.

Pomyślcie kochani, rozejrzyjcie się, może gdzieś tam u Was leży... To tyle w temacie sprostowania :)

To było megaspotkanie :)

Największe chyba z dotychczasowych, a na pewno największe, na jakim byliśmy dotąd i - choć dla mnie to paradoks, bo nie lubię spędów zbyt wielkich - najbardziej udane.


Poznaliśmy sporo nowych ludzi, do wczoraj będących tylko nickami z forum czy irca i całkiem uczciwie, bez kadzenia (...że ktoś tam może zobaczyć i będzie mu przykro...) mogę napisać, że nikt mnie nie rozczarował, a wiele osób zyskało jeszcze większą sympatię po tym pierwszym osobistym kontakcie. Oczywiście całkiem sporo osób już wcześniej znaliśmy, no ale z nimi utrzymujemy kontakty na płaszczyźnie nie tylko cantryjskiej, lecz również towarzyskiej.

Podsumowując, to fajny ludek, te Cantryjczyki - wesoły, inteligentny i sympatyczny ;)

No i dla mnie niezapomniane wrażenie - zobaczyć wreszcie na żywo kogoś, z kim kiedyś - jakieś cztery lata temu przegadywało się całe noce, zawracając mu głowę swoimi problemami i marudząc ogólnie na świat... No, było tak, było... i w dodatku dowiedzieć się, że jest moim stałym tu czytelnikiem.
Tak więc - pozdrowienia Khe i dzięki za wszystko. Odezwij się, tym razem to może ja posłucham i pomogę, a jeśli tego nie będziesz potrzebował, to po prostu postukamy o dupie Maryni :)

sobota, stycznia 09, 2010

Zazwyczaj nie narzekam na pogodę...

...bo to bez sensu - i tak nic nie daje. Ale dziś to mnie już naprawdę wkurzyła...


Od miesiąca umawialiśmy się na dzisiejsze spotkanie, ludzie przyjeżdżają do Wawy ze wszystkich stron Polski i, cholera jasna, właśnie dziś musi tak być. Nie przed trzema dniami, nie za trzy dni, tylko własnie oczywiście dziś, no bo jakżeżby inaczej...

Skoro jest tak, że nie chce się pyszczka z nory wysunąć, to mam nadzieję, że chociaż atmosfera spotkania to wszystkim wynagrodzi. No i że spiszą się przewoźnicy, te pekapy, pekaesy, zetteemy i inne takie...

Wszystko ma być tak, jak miało być, jasne?

P.S. Ostatnie zdanie, to takie zaklęcie sił niezależnych od człowieka... Zadziała.

O Franzu - tym razem na poważnie

Franz jest kotem mocno przygłuchym, słyszy jedynie określone typy głośnych dźwięków. Jak wiadomo, głuchy kot to tak samo, jak pies bez węchu, czy człowiek bez wzroku - jest pozbawiony najważniejszego zmysłu.


Taki kot nie może funkcjonować samodzielnie, bowiem trwałoby to bardzo krótko. Trzeba się z nim inaczej porozumiewać - tu "nie!" nic nie da. Głośne miauczenie słyszy, ale ja nie wiem, jak się w kocim języku mówi "nie" albo "chodź". Porozumiewamy się z nim gestem, głośnym dźwięcznym stukaniem i ciągle szukamy nowych metod, zresztą z powodzeniem.

Nie macie pojęcia, jak wzruszające (tak, naprawdę chwytające za serce, choć jestem osoba najdalszą od szybkich wzruszeń) może być przypatrywanie się gdy kot zrzuca różne rzeczy, żeby usłyszeć; gdy tupie na dużej pustej butli po wodzie, żeby słyszeć kliknięcia; gdy z radością czeka, aż w końcu długo będziemy zgniatać puszki po piwie (długo - specjalnie dla niego), bo to też słyszy; gdy...

...no właśnie, gdy w głośnikach komputera słyszy głośną muzykę, albo wrzaski zwierzaków z Farmville. Potrafi położyć się między głośnikami i chłonąć, podkopywać się pod nie, szukając źródła, tarzać się obok, jakby właśnie walnął lufę waleriany...

W związku z tym zapadła decyzja - wzmacniacz i porządne, stabilne, duże głośniki, takie na których będzie mógł się położyć i dodatkowo czuć drgania. Niech ma :) Na razie testujemy różne rodzaje muzyki. Poza odgłosami zwierzaków lubi afrykańskie motywy (dużo bębenków) i reggae. Muzykalny, głuchy kociak - tylko nam mogło się to zdarzyć :)

P.S. Gdyby ktoś z Wawy miał niepotrzebny sprzęt, który zawadza mu w domu i nie zdarłby z nas, to chętnie kupimy. Zresztą jeszcze dziś pójdzie ogłoszenie na Gumtree.

piątek, stycznia 08, 2010

Tresura i zmywanie

Do wychowania Franza aktywnie wciągnęliśmy Pimpi.


Teraz, gdy Franz urządza koncert, nie musimy już wyć razem z nim - Pimpi biegnie do niego i w sekundę jest cisza, bo kot zadowolony (ktoś się zainteresował, można przestać wołać) i my oczywiście też - z powodów oczywistych. Pimpi chyba najbardziej - ma zajęcie i może udawać, że rządzi kotem :)
Uczymy ją jeszcze szukania Franza, gdy nie wiemy, gdzie kocurek jest. Myślimy ponadto o komendzie "przynieś kota", ale to jeszcze nie teraz ;)

Pimpi także usiłuje kota na swoje potrzeby wychować: przynosi mu zabawki i namawia go, aby jej rzucał. Na razie bez efektów, ale ma sporo czasu :)

Zmywanie naczyń natomiast stało się czynnością rozrywkową, choć teraz trwającą trzy razy dłużej, kot bowiem kocha wodę i pomaga. U poprzednich państwa miał brodzik, w którym pławił się przy okazji kąpieli swojej pani - u nas jest tylko wanna i ona jakoś nie bardzo go pociąga. Za to jest zlew i zmywanie. Super zabawa, po której naczynia są mokre, kuchnia jest mokra, Q. lub K. są mokrzy, kot jest też mokry, ale za to jaki szczęśliwy! A co mi tam, skoro tak go to bawi, to mogę zmywać dłużej ;)

wtorek, stycznia 05, 2010

Fraaanz!

Wczoraj Franz obudził nas raczej brutalnie.


Były to dzikie harce po mieszkaniu w towarzystwie metalowej puszki po jego jedzeniu. Nie macie pojęcia, jak to brzmi o szóstej rano, w uśpionej kamienicy, na gołym parkiecie. Brzmi w każdym razie bardzo skutecznie, jeśli używa się tej metody jako budzika.
Po raz kolejny ucieszyliśmy się, że mieszkania są tu bardzo wysokie, a babcia pod nami ma mocno przytępiony słuch.
Oczywiście naszą pierwszą reakcją było chóralne: Fraaanz! urozmaicone paroma krótkimi słowami, dobrze znanymi z "Psów" ;)
Ale wiecie co, spojrzeliśmy na zegarek... Szósta... O co tu się czepiać - dzięki Franzowi mieliśmy więcej czasu na spokojne rozkręcanie się przy kawie i necie, zamiast zwykłego porannego pośpiechu.

Podobnej pobudki spodziewaliśmy się dziś, a tu nic, zwierzątka spały jak aniołki, czekając aż się obudzimy... Dlatego znów był pośpiech.
Fraaanz! Jesteśmy rozczarowani ;)

niedziela, stycznia 03, 2010

O, jak się dobrze złożyło...


K. nie ma dziś popołudniowej zmiany, więc cały wieczór będziemy mieli dla siebie i do integrowania się w czwórkę.

Na razie stworki obżarte po obiedzie śpią sobie, Pimpi przy moim fotelu, a Franz na środku łóżka :) Gdy K. wróci i będzie się działo, to ja jeszcze tę notkę poedytuję...

Nowe zdjęcie - razem na łóżku, jeszcze bez kontaktu wzrokowego, ale to i tak o czymś świadczy.

Franz wykonał cyrkowy numer, niestety numer trwał ułamek sekundy: podłoga, szafka - na szafce taca, ślizg na tacy po powierzchni szafki, zrzucenie chwilową deskorolką dwóch piw z końca szafki - to się długo pisze, ale trwało milisekundy :) Na końcu nasz śmiech, bo to przekomicznie wyglądało, a la "ulice san francisco" :D

Aha i już kilka razy zamruczał :) To bardzo dobrze.

No nie! To muszę Wam też opisać, ale zaraz, gdy tylko przestanę się śmiać... Siedzimy w pokoju, Franz jest w kuchni - słychać łomot, K. idzie do kuchni ze złowieszczym: Fraaanz! Po chwili słyszę podziw w głosie: Jak ty to zrobiłeś, Franz?
Rzeczony wrzucił fajnie grzechoczące pudełeczko do wiaderka i uznał, że to doskonała zabawka. Prawde mówiąc trudno się z nim nie zgodzić... ;D

Uff, aż mi ulżyło...

...kot wreszcie coś zdemolował... Super, to świadczy o tym, że z nim wszystko w porządku :)

Mamy taką metalową miseczkę, do której wrzucamy drobne... przespacerował się po niej i parę pieniążków upadło - demolka na maxa ;)

Po paru minutach:
O, nauczył się otwierać odtwarzacz cd w wieży. I to jest coś co warto wykorzystać, bo zwykły pilot to do niej jest, ale taki ogoniasty jest dużo fajniejszy :)

Po pół godzinie:
Dokładam fotkę - tak wygląda Franz w całości.


Tak naprawdę to on wygląda sto razy ładniej, ale oświetlenie żadne, fotka na szybko, a w dodatku jeszcze za mało się znamy, aby nam wspólnie dobre zdjęcia wychodziły ;) W tłumaczeniu na polski: dupa ze mnie, a nie fotograf zwierzaków, ale się poprawię :)

Pierwsza noc

Bilans na plus. W ogóle jest lepiej, niż sądziliśmy, Chim i Keira przygotowali nas na jakieś niesamowite problemy, a tu nic. Prawie czujemy się rozczarowani ;)


No tak, bo na wstępie tak strasznie obsmarowali biednego Franza...
1. Że demoluje. Nie zdemolował jeszcze nawet pudełka zapałek. Aż czekamy, żeby coś zdemolował...
2. Że się wydziera. Owszem - ale przecież psiego szczeku i tak nie przebije, poza tym znaleźliśmy świetny sposób. On się drze - a my z nim i tak miauczymy we trójkę (Pimpi jeszcze nie umie). Bardzo skuteczny sposób... Przestaje po dwóch miauknieciach, widocznie jesteśmy w tym lepsi od niego.
3. Że będzie ciężka noc, po której go oddamy i oni się wcale nie zdziwią i zrozumieją to i go zabiorą. Noc była spokojna, zero wydarzeń, wszyscy grzecznie spaliśmy, Franz zresztą wtulony w misia Pimpi. Dlaczego mielibyśmy oddawać kota, który nie dość, że piękny, to jeszcze całkiem niekłopotliwy i sympatyczny?
4. Że ma ADHD. Jeśli ma, to świetnie to ukrywa. My mamy bardziej w każdym razie.

sobota, stycznia 02, 2010

Prawdziwy twardziel czyli nasz kot

Nie będzie dziś zdjęć, nie chcemy go stresować, choć tak naprawdę to ten stres tak jakoś po nim spłynął i zachowuje się jak u siebie :)


Na pewno jest twardy. To już wiemy, nowych rzeczy o nim będziemy dowiadywać się w ciągu kolejnych wspólnych dni. Na razie wiemy jedno - imię pasuje do niego świetnie. Pimpi zaś chyba własnie powoli zaczyna doceniać pożytki płynące z posiadania własnego kota :)

No i wiemy jeszcze jedno, bo to łatwo jest zobaczyć - jest niesamowicie piękny. Arystokracja wśród dachowców ;)

Jeśli wszystko dobrze pójdzie...

...a istnieje taka możliwość że choć raz wszystko dobrze pójdzie i wtedy...

...w naszym domku zamieszka Franz Maurer. Nie, nie Linda, ale imię jest właśnie po tym F.M. z mojego ulubionego polskiego filmu.

Dooobra, nie jestem aż taką świnką, nie będę Was więcej męczyć... On wygląda tak:


Ma dwa lata i ma AHDH, czyli jak wszyscy mieszkańcy tego domu :) Znaczy wszyscy mają ADHD, wiek jest bardzo zróżnicowany, ale to jedno nas międzygatunkowo łączy. Dobrze będzie, zobaczycie to z czasem tu :)

P.S. Znów mi kategoria nie przystaje do posta ;)

P.P.S. Zdjęcie nie jest mojego autorstwa, nie widziałam tego futerka na oczy. Prawdopodobnie fotka została pstryknięta przez Chimairę lub Keirę, wieczorem się dowiem i uzupełnię.

P.P.P.S. No to już wiem, autorką tego zdjęcia jest Keira i bardzo Jej dziękuję za możliwość publikacji :*

Ciekawie sie ten rok zaczyna...

Jeszcze nie napiszę konkretnie, bo wiadomo - jak to w życiu, coś się tam może posypać i będzie głupio, ale...


...w naszym domu szykuje się zmiana. Poważna. Duża. Jaka tam zmiana, co ja mówię... To jest rewolucja, przewrót i ChGW co jeszcze. Nic wam nie powiem ponad to, że jeśli się uda, to wieczorem wrzucę tu zdjęcie...
Obiecuję, że się trochę zdziwicie. Trochę tym razem nie jest słowem adekwatnym. Bardzo. To jest właściwsze słowo ;) No może jedynie kilka osób nie - tych, które wczoraj wieczorem były na facebooku i wiedzą o co idzie...

Ale jestem tajemnicza. Jak łasica. Ciii...

piątek, stycznia 01, 2010

Dwa cholerne cyborgi

Najgorzej, kiedy spotkają się dwa cyborgi, jeden z tytanu, drugi z irydu. Budzą się one po trzech godzinach snu i piją bez mrugnięcia tytanowym/irydowym okiem tę swoją poranną kawę... O, kurna, nas powinni zamknąć - tak na wszelki wypadek - bo jesteśmy zagrożeniem dla ludzkości ;)


A tak w ogóle to dzień dobry, zagrożona ludzkości, jak się czujecie, słoneczka? :)

P.S. Przedziwne, gdy najbardziej zaspany jest stworek, który wczoraj/dziś nie wypił ani kropelki alkoholu... Chyba że... gdy cyborgi spały...?

P.S. 2. Ciekawe jak tam państwo D. dziś? No, bardzo ciekawe... Hihihi!
(cyborgi - nie dość, że niezniszczalne, to jeszcze wredne i złośliwe)

Poradnik - jak się przystrzeliwuje psa

Bardzo łatwe, pod warunkiem, pan/i psa ma jaja.


Zaczynamy od tego, że zaczynamy, gdy inni strzelają, a my sami nie wydajemy na to ani grosza.
Oni strzelają sobie radośnie, a my gadamy z psem. Bez żadnych tam takich ściemnień - jasno mówimy: stary/ra, będzie ostro być może. Ale to ja jestem opoką, więc spokojnie.

A oni ciągle strzelają. A my - po każdym strzale (im głośniejszy, tym lepiej) dajemy obrywkę. Jeden warunek: my nie mamy prawa nawet drgnąć, nawet gdyby ładunek został zdetonowany w naszym uchu. No cóż, bycie "panem" zobowiązuje...

Efekty? Pies nie widzi naszego strachu, strzał kojarzy się generalnie pozytywnie... Ale to nie koniec.

Pies nie ma bać się niczego. Niczego, nikogo, nigdy. Jak to robimy? Pies to lustro. Jeśli wyczuje (a wyczuje na 100%) nasz strach, stanie się jego odbiciem, czyli kłębkiem przerażonego futerka. Bo ty, jego pan i niemal bóg, boisz się. A pies (każde zwierzę, ale pies jest najbardziej empatyczny) będzie się bał.
Bądź bez strachu - twój pies będzie najodważniejszy pod słońcem. Jak mój. Choć to pięć kilo wagi z czego trzy - to futro. Ale to jest mój pies i nie boi się niczego. Bo nie widzi strachu we mnie.

Dalej. Daj mu możliwość zaatakowania, gdy się wkurzy i zaplecze - gdyby mu się nie udało. Ze spokojem i nie rozpieszczaj go - masz mu dać tylko miejsce do wycofania się. Nie chwal za agresję. Nie gań, że wrócił.

Nie rozpieszczaj futerka, bardziej zaszkodzisz, niż pomożesz. Futerko musi wiedzieć, gdzie jest góra, a gdzie dół. Kto wydaje polecenia, a kto je wykonuje... Ale z drugiej strony - kto kocha i obroni zawsze, choćby walił się świat... No. To nie jest łatwe, ale opanuj to, wówczas będziesz miał psa, który przekroczy marzenia. Warto? Pomyśl.

Bądź matką psią (suką znaczy) i panem, bądź bogiem. Pokazuj, że jesteś ponad wszystko. Myśl, czuj, rób. Obiecuję - na pewno się uda :)


NYuM-ch - Part Eleven

Lecimy dalej, jak to my.


Wy też lećcie. Świat jest nieprzewidywalny, więc wskoczmy w to. Bo strach to śmierć, więc nie bójmy się skakać. Najwyżej... najwyżej szlag nas trafi. Stagnacja to też śmierć, lecz gorsza, dłuższa i w dodatku bez sensu.

To co? Skaczemy?

Hellouuu! Nowy rok, Stworzonka :)

Fajnie gadać teraz z naszymi współimprezowiczami o zwierzakach, bieliźnie i jej braku; skończyło się przednoworoczne napięcie. Nie spodziewałabym się nigdy takiej imprezy i bardzo Ci dziękujemy, Viki. Bez Ciebie to nie byłoby możliwe.


Znaczy Tobie też, W., ale sam wiesz... V. w tym wypadku była siłą wiodącą. Jasne? Jasne.

czwartek, grudnia 31, 2009

SuM-ch - Part Ten

Q (23:55): ....


Q&K (00:03): No. Fajnie. Co tu więcej mówić. Niech, jak to powiedziała V.: ...wam się wszystkim darzy :)

K (00:05) Napisz im nasze hasło rodzinne: łapka w łapkę, z łapką, naprzód!

Q (00:06) Napisałam ;)

SuM-ch - Part Nine

Q (23:44): Znaczy wszystko normalnie, zero koordynacji... Ale my to na spokój. P. też, leży między nami i olewa wybuchy (przystrzelane stworzonko przeze mnie lepiej, niż większość psów myśliwskich). Wierzę w D-ów.


Q: (23:47): I słusznie. Się wyrobili. Brawo :)

Q: (23:52): No tyle, o ile... W. poszedł zapalić ostatniego papierosa... Ludzie to jednak maja pomysły ;) A K. pali świece... No nic, tylko się szykować do trumny... (ej, ten mój humor, ktoś mnie kiedyś za niego utłucze...)

SuM-ch - Part Eight

Q&K (23:20); No kurczę, V. nam bruździ... Wybrała sobie świetny czas na kąpiel... A przy okazji odległość do łazienki u nich to ze trzy metry (bo u nas to z sześć) pokonywała przez kwadrans.

Wiemy, że to robota W. Zapytaliśmy (mało dyskretnie, jak to my), czy może wolą zostać sami, w tej wannie...

Rozmowa na FB:
V: sylwester, my i sieć - jeee! no to idę się wykąpać i wybrać bieliznę - powinnam zdążyć do północy:))) ciao!

Q:
Lepiej zdąż... Nawet nie żartuj, ze nie zdążysz. No i może załóż jakąś kieckę... Bo jak nie, to ja zdejmę swoją...

SuM-ch - Part Seven

Q (23:05): Właśnie jestem po rozmowie z teściową. Ostatnie słowa moje: wkurz się, zostaw ich na kilka dni i wpadaj do nas. Ona: wiesz, chyba się wkurzę i przyjadę, niech sobie radzą.

Konkluzja: mam dobry wpływ na teściową, choć może reszta rodziny tego nie ocenia podobnie....

SuM-ch - Part Six

Q (22:43): Jedyny, proszę państwa, w historii, sylwester na dwie pary, jedno dziecko i jednego psa. Przez net. To samo miasto, dzielnice tyko różne., ale sąsiadujące...

To jest możliwe tylko teraz... Ale już się umawiamy na za rok - z tym, że wtedy w jednym miejscu.
Chyba u nas, bo naszemu mieszkanku dziecko półtoraroczne i nadaktywny pies nie zaszkodzą ;) Nawet, jeśli ta parka będzie wspomagana szopem, z natury będącym "a demolishing man".

SuM-ch - Part Five

K (22:18): Pijemy kawę!


Q (22:18): O, znaczy jednak zamierzamy dotrwać do północy, jak miło...

K (22:20): Ciocia przysłała życzenia. Wierszem. Wiem, odpiszę jej tak: sex & drags & rock'n'roll...

Q (22:20): ...i dodaj jeszcze: mejk-pis-not-łor end panks-not-ded...

K (22:21): ...Yeah!

SuM-ch - Part Four

K (22:01): Masz tu, Pimpi, masz szyneczkę, chodź, będziemy tańczyć...


P (22:02): (zjada szyneczkę i ani myśli tańczyć)

Q (22:03): (nic nie mówi, patrzy spokojnie, krzywdy sobie przecież nie zrobią)

SuM-ch - Part Three

K (21:47): A wiesz, że wyładniałaś?


Q (21:48): (nieuważnie) No bo się pomaziałam... (w myśli) Aha, wiadomo, im więcej kieliszków, tym kobieta ładniejsza...

K (21:49): (przeczytał powyższe) Nieprawda!

Q (21:49): (w myślach) Ciekawe, cóż innego mógłby powiedzieć rozsądny facet, nie?

K (21:50): Nieprawda! Jak możesz! A masz buziaka! Jeszcze jednego!

Q (21:51): (puszcza w sieć, chichocząc złośliwie, jak to ona)

SuM-ch - Part Two

Q (21:25): Martwimy się o T. - rodzice mieli ją wykąpać, a nie rozpuścić w wodzie...


K (21:28): Robię zdjęcie Q. (21:38) Nie zdjęcie, tylko dużo zdjęć... Q. i P. na parapecie, w ruchu, one bardzo sa ruchliwe.

Q (21:40): Jasne, trzeba było robić książkom i kwiatkowi. Są mało ruchliwe. Ale zdjęcia widziałam. Chyba jedno się udało. Się okaże jutro.
Co z tymi V. i W.?

Sylwester u M-skich - Part One.

Na wstępie buziaki Wam i wszystkiego cudownie niespodziewanego :)


A teraz taka koncepcja: piszemy oboje i na żywo. Wrzucamy po kawałku. My się dobrze będziemy bawili, Wy też... choćby śmiejąc się z nas i z nami. Jazda!

Q (20:55): No to na razie sobie tak siedzimy, pijemy wódkę. Gadaliśmy przez GT z V. i W., ale poszli wykąpać T., więc mamy chwilkę... Sytuacja jest rozwojowa, P. nieco zbyt nerwowo spogląda na przekąski, lecz jesteśmy (jeszcze) czujni.

K (20:58): Będziemy się upijać, a Q. wygląda cudownie, jest umalowana, ma krótką sukienkę i ładne kolczyki.

Q (20:59): Pewnie, że ładne. Sama sobie zrobiłam!

...przed rokiem o tej samej porze...

...odezwał się do mnie Milo i tak sobie rozmawiamy przez pół Polski; w rozmowie między innymi informuję go, kto przyjeżdża do mnie za dwie godziny na Sylwestra. Na to Milo, znający osobiście K. z jakiegoś spotkania:


- Tylko ty tam K. nie podrywaj...
- Ale masz pomysły, no co ty?

Odpowiedź była odruchowa, ale po sekundzie jakaś przekora się we mnie odezwała czyli cała ja:

- A w zasadzie to niby dlaczego nie?
- Bo młody jest.
- Ale przecież pełnoletni, to o co ci chodzi?
- No, nie... O nic, tak sobie żartowałem... Bawcie się dobrze, pozdrów K.

I pomyśleć, że to było tylko takie przekomarzanie... Tak mi się wtedy wydawało. Jesteś prorokiem, Milo.
Ale, aby być uczciwą - to ja K. w zasadzie w ogóle nie podrywałam. Po prostu ochoczo dałam się poderwać, a to jest zupełnie co innego, prawda? ;P

niedziela, grudnia 27, 2009

...i po... I fajnie :)

Państwo Qilia, Kamil oraz Pimpi M-scy przeżyli swoje pierwsze święta bez większych problemów i strat osobowych.

Teraz (in real time) popijają sobie piwko (Q i K), żebrzą o obrywkę ze śniadania pana (P), wkurzają się na futrzaka (Q), grają w Traviana (K). Sielanka.
Było miło, kameralnie i święcie-spokojnie. Aniołki fruwały, kłótni było - góra - trzy, więc jak na polski standart to zero ;) Ponieważ jesteśmy ludźmi myślącymi, więc przezornie nie robiliśmy porządków przed świętami, bo po jaką cholerę? Zrobimy je po i będziemy w ten sposób mieli mniej do roboty.
Sylwester? Nie wiem, w końcu u nas nic nie da się przewidzieć. Może Hyatt Regency, a może własne łóżko, zobaczymy, w końcu to jeszcze tyle czasu... Aż cztery dni.... Fura ;)

Mam nadzieję, że wy też dochodzicie powoli do siebie po minionych szaleństwach, a przed kolejnymi :) Dobrej zabawy!

piątek, grudnia 18, 2009

Za równo dwa tygodnie...

...nasza pierwsza rocznica "bycia razem". Nie pisałam tu, jak to dokładnie było. A było śmiesznie, więc teraz opiszę...


W pierwszy dzień nowego roku wyszliśmy po zakupy (pieczywo, piwo, papierosy etc.) na pobliską stację benzynową. Było bardzo zimno, w domu spał Tomek, mój ówczesny współlokator, a poza tym należało złożyć życzenia noworoczne Jamilowi i jego barmankom, więc poszliśmy do "mojej" knajpy.

Tam niebawem dotarł niejaki Guru z panienką. Guru to niezbyt lubiany osobnik, potworny bufon. Jego ksywa wzięła się stąd, że kiedyś miał nieszczęście założyć sweterek z takim właśnie napisem. Cóż więc dziwnego, że ksywa przylgnęła? Musiała ;)

Guru w sposób ostentacyjny sugerował wszystkim, że z panienką spędził noc. Sugerował aluzjami, a w pewnej chwili zwrócił się do nas:
- Czy wy też...
Wtedy brutalnie mu przerwałam, dobitnie mówiąc:
- Nie. My nie! I tyle w temacie. Spadaj.
Spadł, po takim dictum każdy by spadł.

No i tu w zasadzie to powinnam go "na łamach" przeprosić. Bo to, co tak dobitnie wypowiedziałam w okolicach południa, już wieczorem było całkiem nieaktualne... ;)

czwartek, grudnia 17, 2009

Przecież miałam...

...pokazać zdjęcia.

No to pokażę dwa. Chyba niezłe, choć musiałam drastycznie obniżyć ich objętość, a zarazem jakość.






No. I jestem bardzo z nich dumna. I chwalona też...

Dzikie zwierzę

Ja to naprawdę mam farta. W większości wypadków trafiam na ludzi, którzy nie dość, że mają mózg, to jeszcze z niego korzystają...


Dawno wymyśliliśmy sobie to stworzenie na drugie domowe zwierzątko. Ponieważ najpewniej pojawi się już wiosną, wiec dziś - niejako przy okazji - poinformowałam o tym naszego Pana Doktora.

Normalny człowiek pokazałby nam drzwi, zanim zdążyłabym skończyć zdanie. No, ale przecież nie Doktor. Jego reakcja:
- Ciekawe, koniecznie musicie mi pokazać, bo to bardzo interesujące, jak TO się może zachowywać.

No, ku..., q..., mówiłam. Ja naprawdę mam farta do ludzi. Niesamowitego farta :)

niedziela, grudnia 13, 2009

A tak w ogóle, to bardzo Ci dziękuję...

...dziękuję, kochany, że byłeś. Że wierzyłeś we mnie niewyobrażalnie bardziej, niż ja sama w siebie i swoje umiejętności. Za to, że mogłam żyć z wiedzą, że jeśli się posypie i spadnę, to mnie złapiesz, zanim rozbiję się o ziemię. Dziękuję. Bez Ciebie nic by się nie udało. Na pewno to wiem.

Grażynka

Nie dość, że wczoraj pracowo wszystko ułożyło się lepiej, niż wyśniłabym w najśmielszych snach, to jeszcze na deser, wieczorem...


...do "Grażynki" przychodzimy od wczesnej wiosny czyli od kiedy już było jasne, że "Bajka" zniknie. Grażynka jest lokalem równie kultowym i w podobnym klimacie, jak ś.p. Bajka. Funkcjonuje tam jednak instytucja "loży szyderców", której to instytucji w Bajce nie było, a wygląda ona w praktyce jak dwa, trzy zestawione ze sobą stoliki, przy których siedzą inteligentni, a co za tym idzie - złośliwi ludzie, bywalcy innym słowem.

My oczywiście tam nie siadywaliśmy, ale zarówno bywalcy nas jak i my ich - obserwowaliśmy się wzajemnie. Dzień dobry na wejściu, do zobaczenia na wyjściu, czasem uśmiechy, gdy coś się działo - tak wyglądały nasze kilkumiesięczne kontakty. Do wczoraj.

Wczoraj wydelegowany przedstawiciel Panów Bywalców był podszedł z dwiema butelkami Królewskiego i oficjalnie - w imieniu kolegów i swoim - stwierdził, że chyba dosyć tego przyglądania się i najwyższy czas zacieśnić stosunki bilateralne, co uczyniliśmy niezwłocznie ;)

No. Tak więc resztę wieczoru spędziliśmy w zacnym towarzystwie i bardzo było zabawnie. To tak na ukoronowanie tego, niezwykłego zupełnie - dnia :)

No, Kochani...

...tylu komplementów od obcych osób, co wczoraj, to nie usłyszałam chyba łącznie przez cały mijający rok.


Aaale mi fajnie. Niesamowicie fajnie. I pracowało się też bosko, choć nie bezproblemowo. Bo jak to w Polsce: ktoś komuś czegoś nie przekazał, ktoś czegoś nie dopilnował, ktoś czegoś nie wiedział, ktoś coś nie... Ale to detale. Ten podziw, który mi zafundowano, wart był wszystkich pieniędzy świata.

Fruwam. Lewituję. Pół metra nad ziemią :)

sobota, grudnia 12, 2009

Pani Fotografik, kurna ją olek...

Za cztery godziny robię swoją pierwszą wielką sesję fotograficzną. Myślcie o mnie ciepło, bo tremę mam jak stąd do Chin i z powrotem.


Mnóstwo zdjęć, ludzie i pomieszczenia. Ja nie wiem, jak ja to zrobię. Dobrze, że mam statyw, bo łapy mi się trzęsą. Jeśli uda mi się zrobić choć jedno dobre zdjęcie (powinnam zrobić co najmniej dziesięć dobrych tak naprawdę), to je tu Wam pokażę.

Łomatko. Zejdę. Do tej 13. to ja po prostu zejdę z nerwów i będzie święty spokój!

piątek, grudnia 11, 2009

Kac. I kropka.

Kac. No. Ale ponieważ jestem nienormalna, to kac u mnie (poza zwykłymi fizjologicznymi objawami, jak u normalnych ludzi) - charakteryzuje się tym, że mam szampański humor...


Tak więc od rana mam super humor, bo wczoraj przyszedł do nas Marek Ch. i siedzieliśmy przy piwie do chyba trzeciej rano. Było super: gadanie, fotografowanie, wydurnianie się. Jak to my :)
Dziś więc, po czterech godzinach snu, wszyscy z wyjątkiem Pimpi mamy ciężko wypracowanego kaca. Czyli bardzo miły poranek.

Hasło na dziś, które wypisałam na ścianie: Aaale fajny dzień dziś będzie :)

No będzie, będzie... Musi ;)

czwartek, grudnia 10, 2009

Cała zadowolona...

...bo każdy by był. Net śmiga (znaczy śmiga w porównaniu...), od piątej rano już zdążyłam nadrobić zaległości.


Ponieważ ostatnio Wind odmówił posłuszeństwa (grzał się i wyłączał), więc musiałam zrobić pierwszą w jego 15-miesięcznym życiu reinstalkę. Poprzedziłam ją rozkręceniem urządzonka (a na ch... mi ta gwarancja!) i naprawą wiatraczka. Jednak jestem Genialnym Naprawiaczem. Nie warczy, nie grzeje się - szczęśliwi jesteśmy oboje (znaczy ja i Wind) jak dzikie norki.
Oczywiście - przy okazji reinstalki - straciłam to i owo, bo mimo zabezpieczeń bez tego się nigdy nie obędzie.

Ale teraz to się już nie powtórzy. Bo w trudnych dniach powolnego netu przeszukałam sieć i znalazłam coś naprawdę dobrego, skutecznego, działającego: DROPBOX. Polecam z pełnym przekonaniem, możecie klikać spokojnie, nic z tego nie mam ;) Instalujecie, konfigurujecie przez góra 5 minut i spokój na resztę życia.

poniedziałek, grudnia 07, 2009

Mikronet

Z tej euforii ponownego dostępu do sieci przekroczyliśmy limit przesyłu danych i teraz mamy za swoje. Do dziewiątego net z szybkością (z powolnością to się powinno nazywać) 30 kilo.

Grrr... będziemy ostrożniejsi na przyszłość, bo nic się nie daje zrobić.

To pa, do dziewiątego ;)

sobota, listopada 28, 2009

Bo kobieta to jest...

...córka psa...?

- Suka?
- Suka.

Nie będzie to tekst profeministyczny. Ja zresztą z powyższym też się nie zgadzam... Mam sukę i jest naprawdę wspaniała. Więc gdybym ja do kogoś "suko", to prawie komplement by był. Ale tak mi się skojarzyło z "Psami", bo tam jest m.in. o takich kobietach, jak ta, co spotkała mnie była wczoraj.

Ja rozumiem napięcia okołoklimakteryczne. Ja rozumiem wszechogarniającą frustrację. Ja w zasadzie rozumiem większość ludzkich zachowań, a przynajmniej staram się rozumieć.

Ale przenigdy nie zrozumiem głupoty ani zawiści. Ani połączenia głupoty, zawiści, napięć oraz frustracji skumulowanych w jednym i działającym przeciw mnie ciele (bo raczej nie umyśle) z furią tornado. Bo nie muszę tego rozumieć.

Nie muszę, więc nie rozumiem. Nie bo nie. Wypijmy za to. Na pohybel wszystkim. To jest dobry toast.

piątek, listopada 27, 2009

Zapomniałabym... :)

A "samyje importantnyje" ;)


Po pierwsze: Wzór Męża ma wreszcie komputer działający i net. Ciekawe (to tak szeptem), czy wygląd jego norki na tym zyska... Mam nadzieję, że tak i znów wtedy będziemy mogli kogoś zaprosić do domu. Nie tak, jak teraz.

Po drugie: dziś o 17:00 mamy kolejne cantryjskie spotkanie. W klimatycznej knajpie. Jutro opiszę, jeśli zdołam przełamać kaca :)

Szlag mnie trafia czasem, bo...

Wyobraźcie sobie... Otóż dwa dni temu przyszło zaproszenie na herbatę, ciasto i dyskusję dla Pana Doktora*. Na dyskusję o tym, co się będzie działo naprzeciw naszego domu. Pan Doktor wydelegował nas, bo jemu to zwisa (jest normalny i ma ważniejsze sprawy). Idziemy reprezentować.


Relacja w punktach, jak zawsze, gdy jestem przytłoczona:

1. K. wraca z pracy i mówi:
- Tam stoi policja...
- Pewnie pilnują... - bagatelizuję.
K. się przebiera, idziemy.

2. Rzeczywiście, policja. Wezwana przez "Panią Reprezentującą Administrację" (PRA). PRA zarzuca Młodym Inteligentnym Ludziom (MIL), że włamali się** na posesję.

3. PRA zarzuca MIL, że są: rosyjską mafią (sic!), niedoświadczonymi dzieciakami, włamywaczami, burzycielami porządku społecznego, złodziejami etc.

4. MIL (ponieważ nie wolno im tam już być) wynoszą stolik i krzesła na zewnątrz. Jest herbata i ciasto i impreza chodnikowa. PRA każe wynieść wszystko ze środka. Policja pilnuje, my sobie z lekka robimy jaja, pijąc marokańską miętę.

5. Zaglądają inni zaproszeni. Zdania są różne, od pozytywnych (rozpiętość wiekowa 30-60) do pana w wieku 65+, który ewidentnie ubliża MIL, a oni znoszą to z godnym podziwu spokojem. Ja bym sukinkotowi dała w pysk po pierwszym słowie i obecność policji nie powstrzymałaby mnie...

6. MIL wyprowadzają rzeczy, które tam przywieźli - papa do naprawy dachu, wykładziny, meble, cementy, lepiki i takie tam różne inne farby. Dzwonią po transport, bo ilości tego są wielkie. Osobliwi złodzieje... Wnieśli zamiast wynieść...

7. PRA występuje z moim ulubionym argumentem: ja mam rację, bo dłużej żyję! Ożeszty! PRA to niestety moje pokolenie. Jest mi wstyd, bo ktoś mógłby wrzucić nas do tego samego wora. Nieee!

8. MIL nie tracą dobrego humoru. My zresztą też. Radzimy, jak powinni się zabrać do rzeczy, aby nikt i nigdy już ich tak nie potraktował jak PRA.

9. Jesteśmy zaproszeni na Elbę***. A MIL chcieli zrobić na terenie pustej od lat posesji, na którą administracja nie ma pomysłu, fajne miejsce. Wyremontować, a później: netowa kawiarenka, działania artystyczne, freeshop. Nie chcieli na tym zarabiać, to miało być coś dobrego i niekomercyjnego.

10. Czemu tu nigdy nic sensownego nie można zrobić? Nie odeszliśmy od świata opisywanego przez Bareję. Ani o krok. A od '89 minęło ponad 20 lat... Nie. Znaczy lata minęły, ale świat się nie zmienił.


Przypisy:
* Pan Doktor - właściciel mieszkania, najlepszy z możliwych, a ja się w końcu na tym znam, bo mam bogatą skalę porównawczą.
**włamanie - nieadekwatne, posesja była otwarta, zamki nienaruszone.

sobota, listopada 21, 2009

Picasa

Ta Picasa to jednak ogłupia... Człowiek siada i na przykład robi coś takiego ;)


Edit: spokojnie, Najwspanialszy z Wymarzonych i tak dał te zdjęcia na NK, więc już nic nowego nie ujawniam... Fuk!
Posted by Picasa

piątek, listopada 20, 2009

Praca do sześcianu

Cisza tu u mnie, ale to z powodu zapracowania totalnego.


K. ciężko pracuje na zewnątrz, a ja w domu - po kilkanaście godzin przy komputerze. Śmieszne uczucie: gdy pracuję, to chyba działa adrenalina, bo jakoś wytrzymuję; ale gdy tylko skończę, to czuję, że boli mnie każdy kawałek ciała...

Wieczorem, kiedy już się walniemy do łóżeczka - wreszcie zmiana pozycji, co za ulga - możemy poczytać, pogadać, pokotłować się z Pimpi, pośmiać się razem, no i inne tam takie, jak to w łóżku ;)

Widziany z zewnątrz ten tryb życia jest niestety wyjątkowo mało medialny, stąd cisza na blogu. Ale nie martwcie się - bo w końcu ile można żyć tylko pracą? Coś wymyślimy, na pewno niebawem coś wymyślimy ;)

niedziela, listopada 15, 2009

Minęły dwa lata

Mamy dziś rocznicę - dwa lata temu po raz pierwszy spotkaliśmy się w realu; na spotkaniu cantryjskim, gdy jeszcze mieszkałam w Gliwicach.


Do rana wtedy gadaliśmy wszyscy, bardzo ciekawie i miło było; lecz gdyby ktoś nam wówczas powiedział, że za dwa lata my oboje będziemy małżeństwem z kilkumiesięcznym stażem... No, nie... W to nie uwierzylibyśmy :) A jednak... Życie czasem sobie z ludzi robi takie fajne jaja :)

Znów autoreklama

Tam po prawej jest możliwość zapisania się na listę dyskusyjną. Ona moja jest, właśnie założona, więc jeszcze pusta.


Sorry za to spamowanie, ale wiecie co? Dziesięć lat robiłam to (serwis kulinarny, strony etc.) za darmo. Czas to wreszcie zdyskontować. Inni zaczynali dużo później, zarabiali dużo wcześniej, ja nie i chyba już mnie to wkurzyło. Tak więc robię to i owo, co by zacząć właśnie dyskontować.

P.S. Pierwszego listopada Qiliada skończyła trzy lata, a ja nawet nie zauważyłam... No cóż, zauważyłam dziś :) Przy okazji pozdrawiam więc wiernych Czytelników :*

sobota, listopada 14, 2009

Stara strona na nowym miejscu

Przeniosłam stronę KULINARNY (stronę, nie blog) na nowe miejsce i mam zamiar ostro się za nią zabrać, choć po przenosinach na razie jestem lekko skołowana.


Nie zmienia to jednak faktu, że jak zwykle upajam się komfortem pracy z Google. Mam nadzieję, że niebawem opanują świat. System operacyjny już, o ile się nie mylę, miał premierę. Docs podmienią MS Office, a Chrome już jest najlepszą (w moim subiektywnym odczuciu) przeglądarką - inne włączam jedynie w celach testowych. I bardzo dobrze, jestem za. U nich przynajmniej zawsze wszystko działa.

No, ale ja już przestaję powoli działać... Dobranoc.

P.S. Chrome OS będzie miał premierę w przyszłym tygodniu.

czwartek, listopada 12, 2009

Misja

Jeju, jak ja to uwielbiam... Nie, nie - naprawdę uwielbiam, bez ironii to było :)

Cel misji: wyekspediować transportem lotniczym 5 osób i 100 kg bagażu z Yambio, West Equatoria, Sudan do Nairobi, Kenia.

Warunki: tanio, szybko, a lotnisko w Yambio wygląda tak:

środa, listopada 11, 2009

Ale bywa i dobrze... Part 3.

- Od kiedy piszę o tobie dobrze, a o sobie gorzej, to jakoś mi Matkowskiego nie wypominasz... - podwarkuję zgryźliwie.

- Bo piszesz prawdę i kooocham cię.
- Byś się wstydził, populisto - już nawet nie powarkuje, zgrzytam wręcz.
- No co, należy mi się za tamte jaja, co sobie ze mnie robiłaś... - urywa i patrzy na posłanie Pimpi - spójrz na misia!*
- Ja tego nie zrobiłam!
- Ja też nie!
- To Pimpi.

*Dzień Niepodległości, a duży pluszowy miś pokazuje klasyczne "heil" i myśmy tego nie zrobili. Albo miś, albo Pimpi. W każdym razie znamienne...

Ale bywa i dobrze... Part 2.

Moje porozumiewanie się z resztą świata jest raczej ubogie w słowa, bowiem polega głównie na wypowiadaniu "nie" w różnej intonacji.


Anioł A Nie Mąż mówi:
- Pójdziemy do Syrenki?
Ja odpowiadam:
- Nie.

AANM: Czemu?
J: Nie.
AANM: Coś nie tak?
J: Nie.
AANM: No to czemu?
J: Bo nie (ale się rozgadałam...).
AANM: Powiedz.
J: Nie.
AANM: To chodźmy, najwyżej wrócimy szybciej...
J: Nie, bo: nie mam fryzury, w co się ubrać, miałam zły dzień, ta kretynka nie zadzwoniła, a ty mnie nie rozumiesz, bo masz to w nosie i w ogóle zaraz skoczę z mostu, bo to wszystko jest bez sensu...
AANM: Rozumiem, to chodź do Syrenki, zaniosę cię, dobrze?
J: Nie (ale już po cichu to mówi i daje się zanieść; w trakcie niesienia coś tam mówi, ale na szczęście nikt nie zwraca na to uwagi).

Po powrocie:
AANM: Kładziemy się?
J: Nie.
(da capo al fine)

Widać po powyższym, że to naprawdę anioł, a nie zwykły mąż.

Ale bywa i dobrze...

Czasami, rzecz jasna.


Gotuję, lubię, staram się, głównie wymyślam nowości.

Mąż nad Mężami komentuje to według określonego schematu - gradacji pochwał (w nawiasach moje odczucia):

0 = dobre (czyli wpadka na maxa, może przestać gotować?)
1 = bardzo dobre (ujdzie, ale gdzie moja fantazja?)
2 = pyszne (no, rzeczywiście, niezłe, starać się nadal)
3 = kocham cię (rewelacja, tym razem mi się rzeczywiście udało)

Miło, nie? Szczególnie, gdy naprawdę nie jestem z siebie zadowolona.

Nie jest dobrze... Part 3. ;)

- To, jak mnie tu szkalujesz, słowo w słowo przypomina perypetie Myszy i Niedźwiedzia, tych Matkowskiego... - marudzi Anioł wśród Mężów.

- Powinieneś być szczęśliwy, Niedźwiedź to prawdziwy facet - archetyp faceta, a Mysza to prawdziwa, odpowiednia dla niego kobieta - archetyp tejże. - odpowiadam niewzruszona.
- No dobrze, to daj buzi...*
- Nie!*

* Taka rodzinna tradycja - zawsze na pytanie K., czy dam buzi, odpowiadam zbyt głośnym i przesadnym NIE!

Nie jest dobrze... Part 2. ;)

Po przemeblowaniu.


-Ale masz fajna norkę.
- Mam. - odpowiadam bez fałszywej skromności.
- Każdy by chciał taką mieć...
- Pewnie. Ale przecież masz swoją.
- Mam, ale komputer mi nie działa, to co to za norka... - marudzi najlepszy z mężów.
- I co, to tak zostanie aż do nowego komputera? - wnikliwie drążę.
- Tak, bo teraz to tam nie ma atmosfery do pracy.

Musimy szybko kupić ten nowy komputer, bo norka Męża Wzorowego wygląda jak... nie wolno używać słów, które byłyby adekwatne ;)

Nie jest dobrze... ;)

Otóż mąż mój najukochańszy, po zabronieniu mu przeze mnie dostępu do mojego bloga i zakazie "maziania" po nim, zaczął kombinować...


- Zrobię własnego bloga... - rozmarzył się.
- Świetnie - potaknęłam żywiołowo - A o czym?
- No taki tematyczny... - kontynuował dalej w tonie marzycielskim.
- O, a o czym tematyczny? - wyraziłam przesadnie entuzjastyczne zainteresowanie.
- No... o przemyśleniach Kota...
- Doskonały pomysł! - ten okrzyk był na wyrost, ale w końcu chodziło o bezpieczeństwo mojego bloga, więc byłam gotowa na wszystko.
- ...ale to dopiero jak będzie nowy komputer, a w nim net...
- Tak, tak, masz rację, jak tylko będzie, to koniecznie musisz - odparłam ochoczo z akcentem stepfordzkim.

Chwilowo qiliada jest bezpieczna... Uff ;)

niedziela, listopada 08, 2009

Marudzenie i cieszenie

Od czterech dni: raz od trzeciej, innym razem od piątej rano... komputer. Przerwy na posiłki, wieczorem pad i niemożność nawet patrzenia na małe, czarne i zazwyczaj bardzo lubiane przeze mnie urządzonko. Google (niech je Pan zaleje pomyślnością wszelką, bowiem kocham je miłością wielką) przez wakacje - czyli kiedy mnie nie było - wprowadziły rewolucyjne zmiany we wszystkich usługach. Najpewniej stopniowo, ale dla mnie, wskakującej w to dopiero teraz - nagle. I się uczę od nowa...


No, to pomarudziłam. Ale tak naprawdę, to bardzo się cieszę :)


A, właśnie, nie pochwaliłam się - w międzyczasie tak zwanym zrobiłam sobie dziurki w uszach (znaczy zapłaciłam komuś, aby mi zrobił) i przy okazji niejako nauczyłam się robić kolczyki, żeby robić dla siebie. I się udało. Mam takie, jakich nie ma nikt. Nie jedne, tylko ileś tam par. Mała rzecz, a cieszy ;)


Innych rzeczy też się nauczyłam, ale o tym będzie później.


K. w pracy jeszcze, zasuwa jak dziki, ale dzięki niemu właśnie powoli wychodzimy z dołka. Bo moja praca to jest - jeśli chodzi o zyski - niestety, ale trochę taka przyszłościowa raczej, grrr...



czwartek, listopada 05, 2009

Siedem honey moons za nami ;)

W związku z tym wczoraj było szampanskoje igristoje oraz prezent od nas dla nas w postaci powrotu do świata.


W związku więc z tym z kolei, dziś od rana przerzucanie ton poczty i inne takie - trzy miesiące bez pełnej obecności - uuu... Powroty bywają bolesne, ale damy radę ;) Dobra, czas wracać do przerzucania.

P.S. Jeden pozytyw - sadziliśmy, ze jesteśmy uzależnieni od netu. Te trzy miesiące pokazały nam jednak, że nie. Że nawet od Cantra nie. To chyba dobrze.

czwartek, października 15, 2009

Notka z BUW-u

Wszystko prawie w porządku, ale nie mamy netu. Damy znać, gdy się wreszcie ze wszystkim uporamy. Pozdrawiamy tych, co nas lubią :)

Qilia, Sasza i Pimpi

poniedziałek, sierpnia 03, 2009

Cztery miodowe miesiące...

...minęły, a raczej mignęły ;)


Wiele osób pytało, co z blogiem. Długo nie byłam pewna, ale już wiem - reaktywacja :) A teraz krótkie sprawozdanie z tych czterech miesięcy.

Z kryzysowych powodów musieliśmy zmienić trochę profil firmy i dopiero od jutra ją formalnie uruchomimy, tzn. wystawimy pierwszą fakturę (bo jeśli chodzi o produkcję, to już działa). Z tych samych kryzysowych powodów K. ciężko pracuje najemnie; na szczęście to już tylko przez trochę i niebawem będziemy pracować razem - u siebie.

Z Macedonii po dwóch latach wróciły Kasia i Alicja, zamieszkały wraz z Markiem bardzo blisko, bo w Ursusie. Miło jest mieć koleżankę niedaleko, tym bardziej, że - jak wiadomo - na nadmiar koleżanek nie narzekam ;)

Zaliczyliśmy kolejne spotkanie cantryjskie; nasze wspólne imieniny (bo okazało się, że jednego dnia w roku są imieniny K. oraz I. - więc pozmienialiśmy daty naszych dotychczasowych imienin); półurodziny Pimpi (skończyła 2 i pół roku - życie piesków jest tak krótkie, powinny mieć urodziny co pół roku, nie co rok).

Za trzy tygodnie czeka nas miła impreza - ślub W. (czyli mojego eks) z W. Odwiedzili nas oboje przed tygodniem, miło się gadało i czekamy na powtórkę, ale to chyba dopiero po uroczystości, bo przeprowadzka (nareszcie są po naszej stronie Wisły) i ślub to naprawdę dużo na raz - coś o tym wiemy ;)

O problemach, zresztą jedynie finansowych, zwyczajowo nie piszę, bo nie warto. Kasa raz jest, raz nie - ważne, jak jest między nami. A między nami jest tak, że te cztery miesiące uważamy za miodowe i sadzimy, że następne też będą takie. Za słodko? Coż, przepraszam... ;)

sobota, kwietnia 18, 2009

Cantr to fajna gra...

...no tak, bo:


1. Na jednym łóżku leży mój mąż - z Cantr, a jakże...
2. Na drugim nasz przyjaciel - z Cantr, a jakże...
3. Wieczorem wpadnie moj eksmąż - z Cantr, a jakże... (żeby zabrać nas na koncert kolegi, ten kolega nie jest z Cantr akurat, co w tej sytuacji jest prawie dziwne ;)
4. Wczoraj gadając, obgadaliśmy niemal całą polską ekipę cantryjską (i kawałek litewskiej oraz ułamek amerykańskiej), bo tak bywa, gdy się troje cholernych Cantryjczyków spotyka.
5. No nie wiem, jak można w tę grę nie grać - przecież wówczas nie znałoby się chyba nikogo.
6. Czyli dom wariatów jak zwykle...
7. A ten wpis poniżej... Tak jest jak się mąż do kompa dorwie, na konto wejdzie i sprawdza, czy się da coś napisać na żony blogu. Dało się ;)

wtorek, kwietnia 14, 2009

Podsumowanie z 1,6 tygodnia

Kocham Qilię!

K. :)

niedziela, kwietnia 12, 2009

czwartek, kwietnia 09, 2009

Just Married - part 1.

Krótkie sprawozdanie z "dnia zero", jak zwykle w stylu telegraficznym:


* pobudka o piątej rano, już od kawy narasta zdenerwowanie (no dobra - panika)
* wtulamy się w siebie na jednym fotelu, pijemy kawę i udajemy, że to zwykły dzień
* świadek czyli K2 miłosiernie zabiera Pimpi na spacer, my nadal panikujemy
* ja piszę na ścianie: help, ratunku, pomocy
* dosyć paniki - trzeba wyprasować białe koszule oraz
* wykąpać się, ubrać, wymaziać pyszczek, zamówić samochód, sprawdzić czy wszystko mamy
* pod pałacem: walimy po łyku whisky, palimy i opowiadamy sobie głupie dowcipy
* w pałacu: krótkie bitwy o Pimpi oraz rodzaj muzyki - zwyciężamy obydwie w mig
* ślub: z P. na naszych kolanach, uśmiechnięta pani kierownik dobrze się bawi wraz z nami
* nareszcie rozluźnieni, piwko w ulubionej knajpce, gadanie, zabawa, luz
* przenosimy się do drugiej knajpki, dalej się alkoholizujemy i wygłupiamy
* muzyka robi się ostra, więc K. odprowadza P. do domu i wraca na dalszy ciąg
* duży łysy wraca ze swoją połówka do domu, natomiast K2 idzie szaleć na parkiecie
* my oboje półleżymy objęci na kanapce, leniwie obserwując tłum
* wszyscy jesteśmy podrywani przez różnych, ale ich spławiamy
* do domu, nareszcie, bo padamy już ze zmęczenia, doba stresu za nami... Just married :)