Dokarmianie przez klikanie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stworek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stworek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, stycznia 17, 2010

Normalnie gwiazda...

To cytat z facebookowej wypowiedzi V. o tej sesji zdjęciowej. Gwiazdeczka - to muszę przyznać - była wyjątkowo przyjazna aparatowi. Zazwyczaj przecież, jak wam wiadomo, lubi się pojawiać na zdjęciach w charakterze jasnej smugi i na dwadzieścia zrobionych fotek od biedy nadaje się jedna...

Mam wrażenie, że chyba powodem była zazdrość o gwiazdorstwo Franza na blogu i obfotografowywanie go w każdej możliwej sytuacji. I dobrze, zdrowa rywalizacja nie jest zła ;)

A oto efekt:

sobota, stycznia 02, 2010

Jeśli wszystko dobrze pójdzie...

...a istnieje taka możliwość że choć raz wszystko dobrze pójdzie i wtedy...

...w naszym domku zamieszka Franz Maurer. Nie, nie Linda, ale imię jest właśnie po tym F.M. z mojego ulubionego polskiego filmu.

Dooobra, nie jestem aż taką świnką, nie będę Was więcej męczyć... On wygląda tak:


Ma dwa lata i ma AHDH, czyli jak wszyscy mieszkańcy tego domu :) Znaczy wszyscy mają ADHD, wiek jest bardzo zróżnicowany, ale to jedno nas międzygatunkowo łączy. Dobrze będzie, zobaczycie to z czasem tu :)

P.S. Znów mi kategoria nie przystaje do posta ;)

P.P.S. Zdjęcie nie jest mojego autorstwa, nie widziałam tego futerka na oczy. Prawdopodobnie fotka została pstryknięta przez Chimairę lub Keirę, wieczorem się dowiem i uzupełnię.

P.P.P.S. No to już wiem, autorką tego zdjęcia jest Keira i bardzo Jej dziękuję za możliwość publikacji :*

niedziela, kwietnia 12, 2009

poniedziałek, marca 30, 2009

sobota, grudnia 06, 2008

Foczka...

...okazała się strzałem w dziesiątkę. Już drugi z rzędu poranek spojrzenie jej czarnych oczek wita mnie przy obudzeniu, bo Stworek stwierdziła, że od teraz będziemy spały razem - wszystkie trzy sztuki.


Na zdjęciu: Pimpi z foczką; niestety - na uzyskanie tak statycznego zdjęcia jak tamten pierwowzór, przy temperamencie Pimpi... No, nie ma na co liczyć. To z nią jest jakie jest ;)

czwartek, grudnia 04, 2008

Europejka

Od pierwszego grudnia małe puchate ma paszport. Europejka całym pyszczkiem, a co... Dodatkowego smaku całej sprawie dodaje fakt, że ja na przykład paszportu nie mam. Ale nie byłam też szczepiona przeciw wściekliźnie, co różnym (a często i mnie samej) wydaje się wielkim niedopatrzeniem ;)


Pamiętacie ZDJĘCIE z foczką? No to dziś taką właśnie foczkę wypatrzyłam w sklepie i kupiłam Pimpi na Mikołajki :)

poniedziałek, października 06, 2008

Hmm... a bo my wiemy?

Taka akcja była wczoraj - ludzie przy budach, żeby zwrócić uwagę na problem... Hmm, ale my mamy lekko mieszane uczucia. Znaczy Pimpi i ja.

Dlaczego? No bo po pierwsze to w Wawie raczej niewiele psów ma budy, łańcuchy etc. W Pimpiakowie Dolnym (gdzie akcji nie było) - niewątpliwie więcej. Albo w Górnym, tam nawet sołtys, jak mówią...

Po drugie: bo może w Wawie to należałoby inaczej - kazać się zamknąć każdemu w odpowiednio ciasnym pomieszczeniu. I przez tydzień dać mu wyjść tylko na pobliski skwerek 3x10 minut na dobę. I zaraz z powrotem. Oczywiście przez ten czas może mieć towarzystwo... z wyjątkiem dziesięciu godzin, gdy go nie może mieć. Ale można zostawić mu kość. Albo piłkę. A na spacerze niech sobie powącha newsy... Tylko szybko, bo pańci się spieszy - zaraz serial będzie.

Po trzecie: może kazać im sikać w locie. Tak, w locie. Bo milion razy widzę, gdy spieszący się pan nie ma czasu zaczekać, by psiak załatwił potrzebę. Więc cóż - niech skurczybyk (na sznurku) też powiewa kutasem, choć raz, a może i dziesięć razy, skoro pies tak musi codziennie?

Ja przepraszam za słownictwo, ale to jest miejski problem - nie buda, ale właśnie to.

Mój pies zostaje sam w sytuacjach wyjątkowych. Bo na przykład pada deszcz i ona nie chce iść - ale to inna sprawa, jej wybór. Ale nie chodzę na przykład do klubów techno - bo Pimpi nie znosi techno (tylko techno, inne rodzaje muzyki lubi). A ja lubię techno i co z tego, że lubię? Nie chodzę też do kina i teatru, bo tam z psami nie wolno. Z kinami to zero poświęcenia - mogę bez nich żyć, ale do teatru to bym sobie poszła, szczególnie że bardzo dobry mam 20 m od domu. Może jednak z nimi pogadam, może nas obie wpuszczą?

Mój pies nie zna (z wyjątkiem jakiś góra 200 godzin na ponad półtora roku) pojęcia "tęsknota". Nie dałam jej poznać tego słowa na tyle, na ile tylko mogłam. I zawsze staram się mieć czas dla niej. Mogę nie mieć czasu na inne rzeczy, ale dla niej muszę. Bo jest żywa. Bo jest moja. Bo jestem jej światem, a to ogromna odpowiedzialność.

Dlatego wczoraj nie przykułyśmy się do budy. Bo nie w tym rzecz. Nie to trzeba zmieniać. No. To tyle w temacie. Sorry za dziwną tematykę, ale chyba musiałyśmy...

poniedziałek, września 15, 2008

19 godzin koszmaru

Musiałam pojechać do Krakowa na spotkanie biznesowe. Mądrzy radzili - nie bierz małej, to tylko dwa dni, podróż was bardziej zmęczy, niż to warte... Posłuchałam mądrych i sobotnim porankiem odwiozłam Pimpi z wyposażeniem i instrukcją obsługi do opiekunki.

Pociąg, Kraków, rozmowy, właśnie siadamy do obiadu... Telefon. Zapłakana (w zasadzie to na granicy histerii) opiekunka: Pimpi uciekła, od półtorej godziny wołamy, szukamy, powiedz co robić. Zrobiło mi się słabo, ale ktoś musi myśleć, więc mówię: straż miejska, policja, schroniska, obietnica nagrody, a ja zajmę się ogłoszeniami w necie. Na GT pokazał się przyjaciel: mówię, co się stało - redagujemy ogłoszenie ze zdjęciem, on drukuje i podrzuca na Ochotę. Mateusz i Ewa rozklejają gdzie się da. Nikt z nas nie je ani nie śpi... Wieczorem wypijam butelkę koniaku, nawet nie czuję...

O świcie pędzę na dworzec, pani w kasie, gdzie chcę przedatować bilet, mówi: ja się pani boję... Nie ona jedna, nikt nie staje mi na drodze, bo jestem furią... W IC palę, choć nie wolno, jadę na kawie i napojach energetyzujących. Modlę się i klnę na przemian...

Na godzinę przed Warszawą telefon: mam Pimpi, nagroda zadziałała... Ulga jak nigdy w życiu... Jadę prosto do małej: przeszczęśliwa, brudna jak nieszczęście, cała w rzepach, ale żywa, zdrowa, moja. Wiozę ją do domu, resztę dnia i noc przesypiamy wtulone w siebie.

Wnioski: przenigdy nie słuchać mądrych, lecz tylko własnego serca. Nigdy więcej rozstań.

sobota, kwietnia 19, 2008

Taka uśmiechnieta notka :)

Z dawnej Pimpi zostały oczy i charakter. Nikomu już teraz nie uda mi się wmówić, że to kundelka... Ta mała cholera po fryzjerze wygląda jak westie... Wiec już wiem, jak to było z genami, choć tata był szitzusiem, a mama terierkiem... Łomatko, co za bur... bałagan, chciałam powiedzieć ;)

Najważniejsze, że małej podoba się nowy wizerunek, a jego osiągnięcie też przesadnie nie bolało. Żadnych urazów, zrobiły to profesjonalistki i zrobiły dobrze, zdecydowanie polecam, po adres proszę pisać - podam.

Jasne, że trudno z dnia na dzień przestawić się na brak futerka, w które wsuwa się palce. No, ale... jest taki milutki krecik. Też fajne.

No to mam nowego psa...


Ładny?

wtorek, kwietnia 15, 2008

Yesterday

Spędziłyśmy wspaniały dzień, który zaowocował kolejnym zmęczeniem stworka - zwierzątko odsypia wrażenia i nawet nie myśli o spacerze :)

Fakt, nałaziłyśmy się sporo... Cała Starówka najpierw, potem Krakowskie, Nowy Świat (z tradycyjnym przystankiem na piwo i wodę w Bajce), później dalej - Alejami do Zamku Ujazdowskiego, tam spacer po parku z rzucaniem patyczków i kolejny przystanek w Blues Barze na kolejną wodę i piwo. Potem jeszcze odwiedziny u przyjaciela, pizza (a dla stworka kurczak) i wreszcie o 21. powrót do domu. Widzicie więc, że mała ma uzasadnione prawo padniętą być :)


Już dawno nie miałyśmy tak miłego dnia, uśmiech od rana do wieczora nie schodził mi z twarzy, a jeszcze przy okazji podłapałam zlecenie, co dodatkowo poprawiło mi i tak już wyśmienity humor. Jaka szkoda, że każdy (albo chociaż co drugi) dzień nie może być taki...

Edit: dodałam fotki padniętego stworka.

sobota, kwietnia 05, 2008

Po wczorajszym

Wczoraj byłam zmuszona udać się do pewnej, dosyć oddalonej ode mnie - firmy.

Zabrałam więc małą i po raz pierwszy od powrotu do Warszawy postanowiłam skorzystać z komunikacji miejskiej. Pimpi - do czego już mnie przyzwyczaiła - znów zachowywała się wzorowo. Nie jak pies, który pierwszy raz w życiu jechał autobusem, lecz jak pies, dla którego takie jazdy to codzienność od zawsze :)

Antraktem wyprawy stała się szybka kawa u Ewy, później przyszedł czas na interesy, a następnie czas na rozrywki - baaardzo długi spacer do Pól i po Polach Mokotowskich. Było coś dla mnie (duże piwo i gazety w ogródku Lolka) i coś dla niej (woda, psy, ganianie, patyczki, szaleństwo).

Wracałyśmy zadowolone, ale ledwie się wlokąc, bo nie jesteśmy przyzwyczajone do tak długich pieszych spacerów (ten w święta to była ledwie jedna czwarta wczorajszego, a i tak był męczący). Pimpi do dziś nie wykazuje zainteresowania opuszczaniem domu. To się nazywa zmęczyć stworka...

Ona jeszcze tego nie wie, ale dzisiaj też nas czeka parę kilometrów do pokonania, niech się tylko obudzi ;)

poniedziałek, marca 24, 2008

No bo drzwi się zamyka...

Ewa - nigdy nie mająca w domu zwierzaka - pozbawiona jest naturalnych odruchów i nawyków myślowych, właściwych posiadaczom zwierząt. Ich brak zaowocował poniżej opisaną sytuacją.

Tu mały opis: mieszkanie Ewy jest rozciągnięte na długość, z przedpokoju można wejść najpierw do kuchni, dalej są drzwi do łazienki, toalety, pokoju syna Ewy, a na końcu dopiero jest duży główny pokój z loggią. W tym pokoju, między innymi, stoi ława, przy niej dwa fotele i dwa (czy dwie? bo nigdy nie wiem...) pufy.

Niedzielny poranek. Siedzimy w kuchni, ja robię papierosy, a Ewa przygotowuje półmiski z różnościami na śniadanie. Pimpi oczywiście nam towarzyszy. Ewa najpierw nałożyła sałatkę, przybrała, zaniosła do pokoju, postawiła na ławie.
Później przygotowała, pieczołowicie zwijając plasterki w fantazyjne stożki i ruloniki - półmisek wędlin, przybrała zieleniną i świeżym ogórkiem, zaniosła do pokoju, postawiła na ławie.
Wróciła do kuchni i w równie artystyczny sposób zajęła się teraz jajkami... Pokroiła je, ułożyła na półmisku, przybrała sałatą, listkami pietruszki etc. Poszła zanieść je do pokoju... A po chwili dobiegł do mnie jej zduszony głos:
- Qilia, chodź tu, szybko...
Zaniepokojona tym tonem, porzuciłam maszynkę do skrętów i błyskawicznie przemierzyłam parę metrów korytarza. Ewa w jednej ręce trzymała półmisek z jajkami, drugą rękę przyciskała do serca, a spojrzeniem wskazała mi ławę.
- Patrz! - wyszeptała dramatycznie.
Spojrzałam... w pierwszej chwili nawet nie mogłam załapać, o co jej chodzi... ale już w drugiej tak. Niedawny półmisek z wędlinami był teraz półmiskiem z kilkoma plasterkami ogórka... A Pimpi patrzyła na mnie z mieszaniną wstydu i satysfakcji w spojrzeniu...

Bardzo trudno jest skutecznie skarcić psa, jednocześnie krztusząc się ze śmiechu. Poprzestałam więc na warknięciu w stronę Ewy:
- Jak jest zwierzę w domu, to się, moja droga, zamyka drzwi do pokoju z łatwo dostępnymi smakołykami!

Mała złodziejka, po opchnięciu około ćwierci kilograma wędlin, do końca dnia nie wzięła do pyszczka nic innego (mimo zachęt) i tylko na przemian piła i siusiała... Jakoś tej soli i saletry trzeba się było pozbyć...

sobota, marca 08, 2008

Na dywaniku

Kiedy gotuję, Pimpi zawsze mi towarzyszy. Wiadomo, w każdej chwili coś fajnego może mi (oczywiście absolutnym przypadkiem) spaść prosto w psi pyszczek...

Ponieważ kuchnia jest mała, to - aby uniknąć potrącenia, a jednocześnie wszystko mieć pod kontrolą - Pimpiątko układa się na dywaniku w łazience, gdzie ma wygodnie i skąd jest świetny widok :) Zdjęcie sprzed kilku minut...

czwartek, lutego 28, 2008

Narada o poranku

Pół godziny temu zwołałyśmy spontaniczną naradę, aby uchwalić, że dziś już naprawdę i na pewno robimy wiosenne porządki. Podział prac jest jasny i precyzyjny: ja sprzątam, Pimpi pomaga*.

*pomagać - rozrzucać zabawki, wpadać z impetem w środek zamiecionych śmieci, wywlekać co ciekawsze rzeczy i upychać po kątach, uznawać składanie ubrań za zabawę w corridę, napadać na szczotki i mopy etc.

poniedziałek, lutego 18, 2008

Warszawa, piąta rano

No, właśnie.

Piąta rano, świeżutki, nietknięty śnieg. Ulica też zasypana, biała i gładka. Wokół uśpione domy... Na śniegu zostawiają ślady dwie istoty: mały piesek i wkurzona, niezupełnie ubrana kobieta. Piesek siusia, kobieta klnie cicho... po chwili zawracają, zostawiając kolejne ślady. Wokół ciągle uśpione domy, tylko śnieg zdradzi wypadki, które miały miejsce o piątej rano.

W domu: piesek wraca na swoje posłanie i słodko zasypia, a kobieta siada przy komputerze i wreszcie może napić się kawy. Zapala papierosa, przestaje kląć cicho. Za godzinę pan S. odśnieży podjazd i pewnie bardzo się zdziwi, widząc ślady na śniegu... Zazwyczaj przecież opuszczamy dom dopiero o siódmej.

Mała, proszę, nie rób mi więcej takich numerów, co?

wtorek, lutego 12, 2008

Trafiony prezent

Dostałyśmy dziś przesyłkę od M. Ja prosiłam go o kupienie mojego ulubionego tytoniu, którego tu ani przez sieć nie mogę dostać, a mała - a mała dostała w prezencie pluszowego jeża.

Przesyłka przyszła przed ponad godziną, a ona nadal się nim bawi. Bardzo trafiony prezent, M. :) Wielkie podziękowania od Pimpi i ode mnie, całujemy :)

poniedziałek, lutego 11, 2008

Widać, że idą walentynki...

Dziś rano byłam świadkiem prześlicznie rodzącej się miłości. Wracałyśmy ze spaceru i nagle mała stanęła jak wmurowana.

Tu muszę pogratulować jej dobrego gustu. Czarny jak węgiel, umięśniony, szczupły, lecz postawny. Mądre, ciemne oczy, zero słów, ale to spojrzenie... no, no. Mnie też się spodobał.

W efekcie przestałam przy cudzej furtce o kilka domów dalej przez chyba kwadrans. A one się czarowały oczami. Wsunęłam rękę przez barierki i pogłaskałam go po aksamitnej mordce. Później przez kilka minut tłumaczyłam im, że tak, co prawda jestem bogiem psiego świata, ale to niestety nie obejmuje możliwości wtargnięcia na teren innych bogów... Ostatnie pocałunki. Kochanie, ja tędy codziennie chodzę, zobaczymy się znów, pa...

Mam nadzieję, że on tam mieszka, bo jeśli nie, to mała będzie miała złamane serduszko, a tego bym dla niej nie chciała...

czwartek, lutego 07, 2008

Jakie to jest piękne...

...jakie to wszystko jest piękne, jakie to jest piękne... w porównaniu :) Tak sobie podnucam, bo zaliczyłam dwie części kilerowe.. A poza tym to nawet dość adekwatne do sytuacji.

Ciekawe dwa dni. Bardzo ciekawe. Zakończone kabaretem w stylu mocno telenowelowym. Nie pytajcie o szczegóły. Zdradzę je przecież i tak tylko wybranym. Ale zdradzę, więc upoważnieni mogą sie zgłaszać.


Ale nie o tym chciałam... Chciałam o tym, że w ciągu tych dwóch dni u W. mała była (jak na nią) wyjątkowo przyjazna aparatowi i udało mi się zrobić dużo dobrych zdjęć. Zamieszczam tu technicznie chyba najgorsze, ale treściowo... kocham ją właśnie za to, że w życiu jest taka, jak na tym zdjęciu. I jeszcze raz przepraszam za niedostatki techniczne. To w całości wina moja i sprzętu, nie jej. Widzicie? Ona w tych oczach ma mądrość. Ona ją ma. Nawet tak kiepskie zdjęcie tego nie zepsuło.

środa, lutego 06, 2008

Było o rozpuszczaniu...

...a tutaj jest, jak łatwo i przyjemnie osusza się małe pieski ręcznikiem...


:)