Dokarmianie przez klikanie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dobrego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dobrego. Pokaż wszystkie posty

środa, października 19, 2011

Śledź w oliwie modyfikowany ;)

Tak jakoś w środku rozpakowywania Kotom się śledzia zachciało. Kiepski moment na takie robótki kuchenne, ale co tam...

Dwie paczki (czyli 500 g) dobrych śledzi porządnie osączamy i kroimy w kawałki - tak każdy filet na 4-5 części w poprzek. Rozkładamy to sobie płasko na półmisku i cienko smarujemy warstwą musztardy, w tym wypadku była to nasza ulubiona rosyjska Kamisa, niech sobie tak leżą chwilę.
W tym czasie bierzemy pęczek dymki i szczypior siekamy nożyczkami niezbyt drobno, cały szczypior z jednego pęczka. Dwie cebule z tegoż pęczka kroimy na przezroczyste pióreczka. Natomiast jedną ostrą paprykę (jak wolicie - z pestkami lub bez) kroimy w cienkie paseczki. Przygotujemy sobie też trzy liście laurowe. Niech to wszystko sobie czeka.
Bierzemy teraz dwie łyżeczki czarnego pieprzu i tłuczemy ziarenka w moździerzu, ale mają być potłuczone grubo, naprawdę grubo i byle jak. Jedną czwartą tego pieprzu posypujemy śledzie. Tak, jak leżały, po tej musztardzie.
A teraz już tylko warstwami do słoika, a warstwy te będą wyglądały tak:
szczypior, cebula, papryka, pieprz, liść, śledzie (musztardą do góry), powtórka, a potem liść, pieprz, papryka, cebula, szczypior - koniec. Teraz tylko wlewamy po ściankach dobrą oliwę, zamykamy słoik i zapominamy o śledziach na dwie doby.

Bardzo są dobre i w dodatku z tymi intensywnie kolorowymi, zielono-czerwono-czarnymi drobiażdżkami bardzo ładnie wyglądają. Co niestety będziecie w stanie ocenić dopiero gdy je sobie zrobicie, bo ja o zdjęciu przypomniałam sobie, kończąc ostatni kawałek... No psepraaasam...

poniedziałek, grudnia 20, 2010

Fajną książkę wczoraj czytałam...

...momenty były ;)

Dostałam w prezencie - coś wspaniałego, dosłownie wspaniałego, bo ta książka to "Historia smaku" Bryana Bruce. To jedna z tych pozycji, gdzie chciałoby się, aby autor tak nawijał przez sześćset dużych tomów, a nie przez przykrótkie dwieście stron formatu zbliżonego do B5. To niesprawiedliwe, bo ledwie się rozkręciłam, a tu już koniec :(

Polecam z całej duszy, kupujcie bez wahania. Wiele z informacji tam zawartych było mi już znanych, ale przynajmniej drugie tyle to rzeczy nowe, o których nie wiedziałam, co dobrze świadczy o poziomie merytorycznym, bo wiecie przecież, że staram się być z kulinariami na bieżąco i wiedzę na ten temat mam zdecydowanie powyżej przeciętnej, więc zaskoczyć mnie czymś nie jest łatwo.

Czyta się wspaniale... gawędziarski styl, humor sytuacyjny, no... Tylko jedna uwaga - podczas czytania takich książek musimy mieć pod ręką coś do pogryzania, bo w przeciwnym wypadku pożremy się od środka... No to już: miska pyszności, ciepły pled i czytamy :)

środa, listopada 24, 2010

Najsprytniejszy deser świata

Czemu najsprytniejszy? Bo ekstremalnie tani, błyskawiczny i z mnóstwem zastosowań.

Kupujemy najzwyklejszą pitną czekoladę w saszetkach, fix do bitej śmietany Dr Oetkera oraz śmietankę 36% (może być również 30-ka). Na osobę bierzemy saszetkę czekolady, pół szklanki śmietany i pół paczki fixu.
Początek przepisu: śmietanę ubijamy z czekoladą przez chwilę, dodajemy fix i jeszcze chwilkę ubijamy; koniec przepisu.
Cóż my z tym możemy zrobić? W zasadzie wszystko z wyjątkiem podgrzewania.Wymienię zastosowania, które już wypróbowałam, ale na pewno nie są to wszystkie możliwe:

  • nałożyć do pucharka i podać jako krem z dodatkami lub bez
  • zamrozić i podać jako lody (tu już nie będzie taki błyskawiczny oczywiście)
  • nałożyć do gotowych kruchych babeczek
  • potraktować jako krem do ciasteczek składanych po dwa
  • użyć jako kremu do delikatnego biszkoptu (ew. zrobić roladę biszkoptową)
P.S. Klikajcie, proszę, na miseczkę u góry, ta reklama tam będzie na razie na stałe. To taki pajacyk dla bezdomnych zwierzaków.

piątek, października 08, 2010

Koniec tygodnia

Dziś Państwo M. vel Koty od rana żyją myślami o odbiorze swoich tygodniówek.


Znaczy jedni będą mieli tygodniówkę, a inni niestety tylko dwudniówkę, bo w ramach ratowania domowego budżetu wzięli a conto.
Pracuję nad listą zakupów (wszystkie moje wiewiórcze zapasy się wyczerpały) i zapisałam całą stronę w zeszycie. Oznacza to, że czas zacząć wykreślać, bo cudów nie ma ;)

Ponieważ nie należy być głodnym w czasie zakupów, więc wskoczyłam do kuchni i powstały "kółeczka z kremem kajmakowym":
Z ciasta francuskiego pokrojonego w paski robimy kółeczka i pieczemy; odstawiamy.
Do śmietanki w rondelku dodajemy cukier, cukier wanilinowy i trochę masła i stawiamy na małym ogniu.
W jedną przednią łapkę bierzemy łyżkę, w drugą kawę, w trzecią książkę o międzynarodowym terroryzmie, w czwartą papierosa... Nie, zaraz, człowiek nie ma tylu łapek. Ale ma mózg - niech sobie radzi. Krem się powoli gotuje, a my siadamy na stołku barowym i mieszamy, mieszamy, mieszamy...
Tak długo, aż nam się zrobi gęsty i kremowy kajmak. Ile? No przecież mówię, że długo :)
Gorący nakładamy na kółeczka i szybko idziemy do pracy i szybko pracujemy, bo wtedy szybko wrócimy, żeby wreszcie je błyskawicznie zjeść!
Na pocieszenie, wspólnie z domowa zwierzyną, dokładnie wylizujemy rondelek i łyżkę... Zawsze coś, co nie?

sobota, października 02, 2010

Nie bezy. Lepiej.

Pisałam jakiś czas temu, że z uzbieranych białek zrobimy bezy. Rzecz jasna - możemy. Ale mam dla was lepszy pomysł.


Otóż ubijacie te białka na pianę, wsypujecie dwie szklanki cukru pudru, dalej ubijacie na sztywno, dodajecie szklankę mąki, mieszacie i już. Formę dowolną wyłożyć trzeba papierem do pieczenia, wlać weń ciasto i wstawić do piekarnika (160 st. C). Piec, aż patyczek będzie suchy (ok. pół godziny).

Wyjąć, ostudzić całkiem, przeciąć na dwie lub trzy części, przełożyć jakimś białym kremem (u mnie to był taki najzwyklejszy krem w proszku, wzbogacony masłem, aromatem cytrynowym i wiórkami kokosowymi). Odstawić na noc w chłodne miejsce (ale nie do lodówki). Czekać na zachwyty po pierwszym kęsie już...

Bonus - ciastka kruche na superszybko (ilość na jedną małą blaszkę):

Bierzemy pół kostki masła, ucieramy z pół szklanki cukru, dodajemy szklankę mąki i szczyptę sody. Mieszamy, robimy z ciasta wałek, kroimy w plasterki, układamy na blasze wyłożonej papierem. Ja dodatkowo dodałam szczyptę kurkumy - pięknie barwi. Pieczemy ok. 5-7 minut w temperaturze 180 st. C. Póki są ciepłe, możemy je wygiąć w chińskie dzień dobry. Ale nie musimy wyginać. Posypywać, smarować - czym się chce lub niczym. Dłużej się pisze niż robi.

poniedziałek, września 27, 2010

Lody

Podchodziłam do robienia ich jak pies do jeża, bo...

...nie mam maszynki do lodów, nigdy nie robiłam, pora nie lodowa i takie tam. Ale w końcu się przełamałam i... Udały się! Najlepsze jakie jedliśmy w życiu :)

Tak więc muszę się z wami podzielić, jak się je robi, bo sama je wymyśliłam (poczytałam najpierw w necie, ale potem wszystko zrobiłam po swojemu). Wychodzą dwie porcje. Bardzo by się przydało takie urządzenie (lub zbliżone, ja mam podobne - kupiłam za dychę na Allegro):


Bierzemy dwa jajka, myjemy porządnie, można też sparzyć (ale bez popadania w paranoję). Oddzielamy od siebie białka i żółtka (gdy nam się białek uzbiera, to np. zrobimy bezy), żółtka w kubku posypujemy trzema łyżeczkami cukru i ucieramy na kogel-mogel, a potem dodajemy do nich kilka łyżek śmietanki 36% i jeszcze trochę ucieramy.
Resztę śmietanki (u mnie to było razem ok. 1/3 opakowania 500-gramowego) zagotowujemy z łyżeczką masła, trzema łyżeczkami cukru, dwiema kostkami mlecznej czekolady i dwiema-trzema łyżeczkami kakao (kakao najpierw wymieszać z niewielką ilością zimnej wody - bez tego zbije się w grudki). Niech się to chwilkę pogotuje (mieszać).
Kogel-mogel włożyć do naczynia, w którym lody będą się mrozić (w moim wypadku do tego quasimikserka, ale jeszcze bez łopatki mieszającej) i cienkim strumyczkiem wlewać gorący płyn kakaowy, cały czas mieszając. Wystudzić, dosypać 2 kostki posiekanej czekolady.
Zamontować łopatkę, wieko i korbkę, pokręcić parę razy i wstawić do zamrażalnika (u mnie to była zamrażarka). Co pół godziny zrobić parę obrotów. Gdy lody będą już prawie całkowicie zestalone - przełożyć do naczyń docelowych, przykryć folią i odstawić jeszcze na min. godzinę (można i dużo dłużej).

To się długo pisze, ale robi się naprawdę błyskawicznie :) Oczywiście zachęcam do modyfikacji. Do waniliowych dodamy np. tylko białą czekoladę, można też wrzucić jakieś owoce (przetarte czy nie), bakalie, soki, mocny napar kawy i co tam tylko lubicie.

sobota, września 18, 2010

Gdyby to było takie proste...

Napisałam u kolegi na fb, że coś tam upiekłam. Pytanie drugiego kolegi: a gdzie przepisy?


No nie zawsze się da, niestety... Bo kiedy komponuję np. składniki marynaty to improwizuję, dodam czegoś ileś tam, potem uznam że jeszcze troszkę, później że jeszcze ciut czegoś - w efekcie bez uważnej kamery rejestrującej każdy ruch wiem tylko tyle, że było: to, to, to, tamto i chyba jeszcze coś, ale nie wiem ile czego i czy to na pewno wszystko...
Mam nadzieję, że tym jakże prostym wywodem wyjaśniłam braki ;)

A teraz pokrótce spróbuję z przepisami (nie ręczę za dokładność z powodów patrz wyżej).

Marynata 1: utarty czosnek, imbir, musztarda rosyjska kamis, pieprz ziołowy, chilli w proszku, vegeta, sos sojowy, oliwa - wychodzi brunatna pasta. Schab dodatkowo naszpikowany słupkami czosnku i nieobrane ząbki obok niego.

Marynata 2: zioła prowansalskie, pieprz czarny, vegeta, chilli w proszku, ketchup jak niżej, oliwa zwykła i czosnkowa. W schabie kieszeń: posmarować jak najostrzejszym ketchupem, w środek paski słoniny wędzonej i świeżej chilli, spiąć lub zasznurować.

Część wspólna: Każdy kawałek do rękawa (osobnego!) i na noc do lodówki. Rano do piekarnika (zimnego) i ustawić na 160 st. C. Piec waga=czas. Jeśli kawałki małe (do 35 dag) dodać 5 min. Wyłączyć piekarnik, ale mięso ma jeszcze zostać na 15 minut. Wyjąć, całkowicie wystudzić, wstawić do lodówki na kwadrans. Rozciąć rękawy, kroić, jeść :)

środa, września 15, 2010

Pułapki i przyjemności

Z szarlotki na razie nici, bowiem okazuje się, że w stolicy bardzo łatwo jest kupić tortownicę kosmiczną made in NASA za ponad stówę, ale zwykłej blaszanej za kilka złotych - się nie da...


Spokojnie, rozejrzymy się i znajdziemy, mamy czas. Zamiast szarlotki były ciastka francuskie w trzech rodzajach i pieczony kurczak, który robi się sam.

Od razu przepisy:
Ciastka.
Ciasto francuskie pokroić w kwadraty i trochę prostokątów. Na środku jednych kwadratów układać kostki dobrej czekolady, na pozostałych po truskawce z konfitur, unieść rogi kwadratów, zawijać w sakiewki. Prostokąty raz pośrodku przekręcić o 180 stopni, wyjdą kokardki, lekko przydusić, posmarować (jajkiem, białkiem, mlekiem, wodą - co mamy), posypać brązowym cukrem. Piec w 200 st. C, sakiewki przez 20, kokardki 15 minut. Równie dobre na zimno jak i na gorąco (czyli zrobić więcej, żeby coś na zimno zostało).

Kurak.
Przygotować przyprawę w moździerzu (po łyżeczce kolorowego pieprzu, ziołowego i vegety, 3-4 ziarna ziela angielskiego). Natrzeć kurczaka oliwą (w środku też) i 2/3 przyprawy; napełnić nadzieniem (czosnek, cebula, chilli, pieczarki pokrojone w kawałki + 2 goździki i 2 liście laurowe + 1/3przyprawy + 2 łyżki posiekanego zimnego masła). Ptaka włożyć do rękawa, dodać 6-8 nieobranych ząbków czosnku, zamknąć rękaw. Piec wg zasady waga=czas (czyli każdy kilogram=godzina) w temperaturze 175 st. C. Na 10 minut przed końcem rozciąć rękaw, polać sosem i dopiec w temperaturze 190 st. C. Równie dobry na zimno jak i na gorąco (raczej zostanie na zimno, jeśli jest duży).

niedziela, września 05, 2010

Remanentowy dorsz

Z powodu planowanego rozmrażania lodówki...

Tu dygresja: ona, ta lodówka jest bardzo stara, sama tego nie umie robić, a żadne z nas tej czynności nie lubi, tak więc lodowiec ją zamieszkujący spokojnie mógłby rozwalić Titanica...

Tak więc z powodu planowanego jw. musieliśmy wyżreć z niej prawie wszystko. W zamrażalniku zostały trzy rzeczy, które należało skonsumować natychmiast i tak powstał powyższy "remanentowy dorsz". Proporcje dla dwóch, lubiących sporo i pikantnie zjeść, osób.

Bierzemy pół rozmrożonego dorsza bez skóry i jedną porcję warzyw (taką na rosół), też rozmrożoną oraz rozmrożony koperek - same pocięte listki. Resztę mamy żywą lub suszoną, a ta reszta to: cztery duże ząbki czosnku (mają być nieobrane), dwie średnie cebule, dwie spore papryczki chili, dwa liście laurowe, bulion z kury - jedna kostka, pieprz czarny i ziołowy, vegeta, wrząca woda.

Do roboty: na rozgrzaną oliwę wrzucamy czosnek i liście laurowe w całości, papryczki w ósemki i niech to się tak sobie smaży, a my sobie czasem to łyżką pomerdamy... Gdy nie mieszamy, to obieramy cebule i kroimy w ćwiartki, dokładamy i merdamy.
Gdy się tak smaży, to kroimy włoszczyznę w kawałki, takie sobie, byle jakie. Dorzucamy do reszty, dodajemy kostkę bulionową, rozgniatamy ją und posypujemy dowolnie pieprzem ziołowym oraz czarnym (ziołowego tak ze dwa razy więcej). Jeszcze chwilę smażymy, podlewamy wrzątkiem, zmniejszamy ogień do minimalnego (stawiamy na płytce), przykrywamy i zapominamy na razie o tym garnku - robi się samo.
Dorsza kroimy w kawałki w miarę równe, nam wyszło dziewięć, oprószamy vegetą i pieprzem ziołowym (jednego i drugiego niewiele) i smażymy po 2-3 minuty z każdej strony na dosyć dużym ogniu (na oliwie rzecz jasna). Usmażonego odkładamy na talerz i zapominamy o nim. Chyba że kot nam przypomni, to wynosimy z kuchni (dorsza albo kota - wg uznania).

Warzywa ponownie ciut podlewamy woda, mieszamy i przykrywamy i dusimy jeszcze z 10 minut (w tym czasie można np. obrać i wstawić ziemniaki z gałązkami koperku). OK, skoro ziemniaki wstawione, to gasimy ogień pod warzywami i mamy czas na kawę oraz papierosa.
Ziemniaki się zagotowały - możemy zająć się rybką: na półmisek wkładamy 2/3 warzyw, na to płasko rybę, przykrywamy ją warstwą koperku, na to reszta warzyw z sosem. Wstawiamy półmisek do piekarnika na 125 st. C i 20 minut. Teraz mamy więc 20 minut luzu - można wejść np. na demoty.

Ziemniaki i rybka będą jednocześnie. Nałożyć jedno i drugie, na ziemniaki dodatkowo po trochę świeżego masła... gotowe. Bardzo dobre jest, nawet nie zdążyłam fotki zrobić...

P.S. W gradacji pochwał MnM: szaleję za tobą!

sobota, grudnia 20, 2008

Szparagi

Pora zupełnie nie szparagowa, ja to wiem, ale ponieważ (zupełnie nieortodoksyjnie) uwielbiam szparagi również ze słoika, więc tak sobie dziś kupiłam, bo akurat nagle w sklepie były. Nie przewidziałam jednakowoż, że na Pimpi sam zapach szparagów podziała tak, jak na kota - waleriana.


Tak więc postanowiłam zaszaleć kulinarnie, zamiast jak zwykle - wyżreć wszystko, wyjmując palcami ze słoika. Pierwsza potrawa była dosyć mało wyszukana: ot, rybka zapiekana w maśle ze szparagami, standard.

Ale druga... No to już było ciekawsze. Tak więc proszę do garów, robi się to szybko i na kolację będzie bardzo miłe danko.

Musimy mieć, rzecz jasna - szparagi (dowolnie dużo, byle sporo), po jajku na osobę, śmietanę (najlepiej kwaśną, wysokoprocentową), po łyżce masła i mąki, troszkę dobrej oliwy, ser żółty łatwotopliwy (ja miałam akurat wędzoną mozarellę, lepsza byłaby niewędzona i do niej parmezan) oraz przyprawy: biały pieprz, gałka muszkatołowa, sól i ćwierć kostki rosołowej.

Robimy najpierw omlety - każdy z jednego jajka, po francusku, na oliwie i bez żadnej tam mąki czy mleka - tylko jajko, oliwa, pieprz, sól. A z jednego jajka dlatego, że omlet to w tym wypadku tylko opakowanie.
Teraz sos: biała zasmażka z mąki i masła, do niej przyprawy (sól, pieprz, gałka, kostka rosołowa), rozetrzeć ją z kilkoma łyżkami zalewy ze szparagów, potem dodać śmietanę, wymieszać, chwilę pogotować. Powinien być bardzo gęsty; na koniec dodać starty ser, a gdy ten się rozpuści - sos jest gotowy. Dla niefachowców - sos mornay to po prostu sos beszamelowy, tyle że z serem.
Teraz już z górki: w każdy omlet pakujemy dużo szparagów, polewamy niewielką ilością sosu, składamy na pół. Omlety układamy na półmisku, polewamy sosem, posypujemy serem, lekko oprószamy gałką i wstawiamy do zapieczenia w temperaturze 180 stopni C - wystarczy 12 minut, można nawet 15.

Opinie zjadaczy: niebiańskie, boskie, pyszne, rewelacja, mlask, mniam, hau... Smacznego :)

niedziela, kwietnia 13, 2008

Coś jakby tortilla...

Całkiem fajna rzecz na niedzielne śniadanie - dobre, łatwe i szybkie.

Na dwie osoby bierzemy cztery młode niezbyt duże ziemniaki, cztery też nie za wielkie pieczarki i trzy lub cztery jajka oraz dodatki, ale do nich dojdziemy już w trakcie przyrządzania.

Ziemniaki i pieczarki obieramy. Ziemniaki kroimy w słomkę (najwyżej 3 mm grubości, a długość - jak długość ziemniaka). Pieczarkom przycinamy nóżki równo z kapeluszami, a potem kroimy na cienkie plasterki.

Do rondelka wlewamy oliwę (na wysokość 1,5-2 cm) i smażymy w niej ziemniaki, aż będą złociste i miękkie. Przygotowujemy dobrą patelnię i wyjęte z oliwy ziemniaki rozkładamy na dnie patelni równą warstwą. Solimy i pieprzymy.

Na tej samej oliwie smażymy pieczarki na złoto. Usmażone układamy na ziemniakach i oprószamy pieprzem. Skrapiamy wszystko oliwą ze smażenia (ale niewielką jej ilością - nawet łyżka to troszkę za dużo).

Jajka wbijamy do miseczki, dodajemy sól i pieprz i rozbełtujemy to, ale nie jak na omlet, tylko tak byle jak. Dwa ząbki czosnku grubo siekamy i dodajemy do jajek, kruszymy kawałek sera pleśniowego i też wsypujemy do jajek. Ustawiamy patelnię na niewielkim ogniu. Jeszcze raz mieszamy masę jajeczną i wylewamy ją na podkład z ziemniaków i pieczarek. Po wierzchu posypujemy cajenne.

Smażymy, aż jajka się zetną. Nie powinniśmy przykrywać potrawy, ale jeśli patelnia nie jest za dobra, to lepiej przykryć, bo prędzej się przypali niż zetnie. W trakcie smażenia nie mieszać, nie odwracać, nie przeszkadzać. Podając zsuwamy w całości na okrągły półmisek i kroimy jak pizzę.

sobota, lutego 16, 2008

Przepis na... dobry humor

Weź jedną trzecią opakowania mrożonych truskawek bez szypułek. Wsyp je do pojemnika takiego miksera, jaki masz. Odstaw do rozmrożenia. Gdy będą miękkie - zasyp cukrem pudrem (tyle ile lubisz, ale w ubiegłym roku truskawki były kwaśne więc sporo - kilka łyżek). Zalej je 30% kremową śmietanką - ok. jednego małego pojemniczka. Zamknij mikser i zmiksuj.

Otwórz mikser, odłóż dwie-trzy łyżki deseru dla pieska, resztę wlej do pucharka i sącz powoli (powoli, bo jest gęsty). Rozkoszuj się. Jak skończysz - daj pieskowi jego porcję i patrz, jak on się rozkoszuje...

Uwaga!
Powyższy przepis gwarantuje dobry humor tylko osobom nie będącym na jakiejś... tfu... diecie ;)

sobota, lutego 10, 2007

Sałatka z tuńczyka - odsłona trzecia

Wyszła przypadkiem - jak zazwyczaj i z tego, co było, a do sałatki akurat było niewiele, jakoś tak się złożyło. Mimo to naprawdę udana wyjątkowo - w moim rankingu sałatek z tuńczyka jest teraz na drugim miejscu. No to do roboty...

Założenie wstępne - ona ma piec w pyszczek, ma być wyraźnie pikantna, więc wielbiciele smaków subtelniejszych nie powinni jej przygotowywać.

Na dwie osoby bierzemy torebkę ryżu i gotujemy ją według przepisu. W tym czasie przygotowujemy resztę składników, żeby bardzo szybko wszystko wymieszać, póki ryż jest gorący - tak, właśnie gorący - to bardzo ważne, aby sałatka - gdy zaczniemy ją jeść - była jeszcze ciepła.
Tak więc ryż nam się gotuje, a my trzemy na tarce 10 dag żółtego sera (najlepiej gouda, morski - tego typu); otwieramy puszkę tuńczyka w oliwie (ale w takich większych kawałkach) i nadmiar oliwy odlewamy oraz robimy sos, bardzo prosty.
Bierzemy dwie łyżki majonezu i po łyżeczce musztardy rosyjskiej Kamisa, przecieru pomidorowego i oliwy. Do tego dodajemy 4 krople przyprawy do zup, po pół łyżeczki słodkiej papryki i oregano, szczyptę vegety i sporo cajenny - co najmniej pół łyżeczki kawowej. Mieszamy sos dokładnie - możemy spróbować, jest pikantny i taki ma być.
Ryż już się ugotował. Szybko wyjmujemy torebkę, osączamy, rozcinamy i wsypujemy ryż do miski. Posypujemy go serem i dokładnie mieszamy, ser się lekko stopi i o to chodzi. Dodajemy tuńczyka, dzielimy go widelcem na mniejsze kawałki, polewamy sosem, mieszamy i... koniec. Natychmiast podajemy, jeszcze ciepłą.

Smacznego :)

poniedziałek, grudnia 18, 2006

Czas na obiad

Korzystając z tego, że dziś robiłam obiad tylko dla siebie, postanowiłam zaszaleć z oliwkami, których M. nie lubi (chwała mu za to... dzięki temu wszystkie są dla mnie, hihihi...).

W ten sposób powstał przepis na makaron z czarnymi oliwkami:

1. Do garnka wlać niecały litr wrzątku, wrzucić tam kostkę bulionu drobiowego, małą do średniej - posiekaną cebulę, kilka łyżek zalewy z oliwek, kilka łyżek oliwy, trochę jakiejś przyprawy, np. pieprzu ziołowego albo czegoś, na co mamy akurat ochotę. Chwilę to wszystko razem pogotować.
2. Wrzucić makaron, jaki tam lubimy (ale lepiej, żeby nie był za bardzo 3D, raczej jakieś nitki, gniazdka, takie delikatniejsze formy). Ugotować go do miękkości, tak żeby wchłonął w zasadzie cały płyn. Potrawa nie ma być zupą, ale ma być wyraźnie wilgotna. Często mieszać, żeby nie przywarło.
3. Przygotowujemy czarne oliwki (w całości lub w kawałkach), duży ząbek czosnku (posiekać, ale niezbyt drobno) i ser (ile lubimy, zetrzeć na tarce).
4. Do gotowego makaronu dodajemy oliwki i czosnek, mieszamy, posypujemy cayenne (znów ile lubimy). Na koniec wsypujemy ser, bardzo energicznie mieszamy i gasimy ogień. Zostawiamy na minutkę, jeszcze mieszając, jeśli trzeba.

Koniec... dobre było...

niedziela, grudnia 10, 2006

Świątecznie - likier i prezenty

Przepis na likier imbirowo-miodowy, zaczerpnięty z książki Pattie Vargas i Richa Gullinga "Cordials From Your Kitchen":

1. Po pół litra miodu i wody gotujemy razem w garnku przez 4 minuty od momentu zawrzenia.Usuwamy pojawiającą się pianę.
2. Ścieramy na tarce ok. 12 cm świeżego kłącza imbiru oraz ocieramy skórkę z dwóch cytryn. Dodajemy do syropu miodowego i gotujemy przez kolejne 4 minuty. Odstawiamy do lekkiego przestudzenia i przecedzamy przez sitko do dwulitrowego naczynia.
3. Dodajemy do jeszcze ciepłego płynu 750 ml szkockiej whisky, mieszamy, zamykamy i odstawiamy w chłodne miejsce na miesiąc.
4. Po tym czasie filtrujemy dokładnie, rozlewamy do butelek i odstawiamy na co najmniej dwa tygodnie.

Jeśli zechcemy gdzieś tak w początkach lutego sprezentować jedną butelkę znajomym, wówczas możemy użyć do tego celu chusty FUROSHIKI, a w jej braku - dowolnej innej chusty, w którą możemy zapakować nasz prezent według SCHEMATU.

niedziela, listopada 26, 2006

Sałatka bez nazwy - cd.

Tym razem przyrządzanie zaczęło się od rozczarowania.

Gdy wczoraj otworzyłam puszkę z warzywami, na wierzchu zobaczyłam warstwę kiełków, pod nią warstwę bambusa, niżej rzodkiew i chili. Później, tak w połowie znów pojawiły się kiełki, więc w swojej naiwności sądziłam, że warstwy się powtórzą... nic bardziej mylnego - do końca były już tylko kiełki, o czym przekonałam się dziś.

A teraz przepis na sałatkę z tego, co było w domu jadalne:

1. Bierzemy resztę tuńczyka i kiełki, odlewamy, wsypujemy do miski.
2. Ścieramy na tarce o dużych oczkach do tejże miski kawałek sera żółtego - taki wielkości paczki zapałek, dodajemy pokrojony w wąskie paski plaster szynki.
3. Polewamy trzema łyżkami naturalnego jogurtu, dodajemy spora łyżeczkę majonezu, sól i czarny pieprz w ilościach dowolnych, ostrą paprykę w ilości dużej i szczyptę gałki muszkatołowej dla aromatu.
4. Mieszamy bardzo dokładnie, odstawiamy, zapalamy papierosa, żeby nas nie kusiło ruszać i gdy go zgasimy, możemy już jeść. Moim zdaniem ta sałatka jest lepsza, niż wczorajsza.

P.S. Proszę bez komentarzy o szkodliwości palenia. My - palacze - mamy tę wiedzę w małym palcu, a innym ona niepotrzebna i tak. Poza tym to nie jest blog o zdrowym trybie życia, tylko o normalnym :)

sobota, listopada 25, 2006

Nowa kategoria i potrawa bez nazwy

Właśnie sobie uświadomiłam, że od wczorajszego obiadu nic nie jadłam, czyli przez ponad dobę...

Przepis na szybką sałatkę dla jednej osoby (właśnie wymyśliłam, właśnie jem, jest całkiem jadalna i historyczna, bo zapoczątkowuje nową kategorie):

1. Wrzucić do miski połowę zawartości puszki tuńczyka w oliwie i połowę zawartości puszki warzyw orientalnych (kiełki soi, pędy bambusa, mini kukurydza, chili i japońska rzodkiew) - jedno i drugie bez zalewy oczywiście.
2. Dodać trochę fety pokrojonej w kostkę (tak 2-3 łyżki) i wymieszać trochę widelcem to wszystko.
3. Na wierzch dać trzy łyżki majonezu, posypać go dużą ilością sproszkowanego czosnku, białego i czarnego pieprzu oraz ostrej papryki i niewielką - soli, kurkumy oraz imbiru.
4. Znów wymieszać, tym razem porządnie i zostawić w cholerę na pięć minut, chyba że nie jedliśmy od doby - to wtedy na trzy (no dooobra, łżę strasznie - czekałam minutę ;)

Smacznego wam życzę, ja już nic nie mam, bo pisząc tę notkę, uporałam się ze swoją porcją...
Ale zostało jeszcze po pół puszki tuńczyka i warzyw, więc jutro zrobię z nimi coś zupełnie innego i też dam wam przepis :)