Dokarmianie przez klikanie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty

wtorek, stycznia 18, 2011

Pi, pi, piiiiii, gr, gr, grrrrrr...

Ja wiem, że to bardzo mądre tak patrzeć przyszłościowo i tworzyć podwaliny, czy jak się to tam mądrze określa...

Ja to wszystko wiem, ale - no kurczę - z natury jestem bardzo, ale to bardzo mało cierpliwa. Więc mogę sobie wiedzieć, że to mądre, ale z drugiej strony cholery dostaję, kiedy pomyślę, że to wszystko dopiero będzie. Wolałabym móc napisać: yes, yes, jest!
No powiem wam, że to wściekle ciężka próba dla mojego charakterku niespokojnego... Siedzę i piszczę i zgrzytam. Na plus dla mnie, że jednak jakoś wytrzymuję... Jeszcze ;)

sobota, grudnia 18, 2010

Duszoszczypatielnyj

Na fb coraz więcej nawoływań o chociażby domy tymczasowe dla kotów, którym tak trudno przeżyć mrozy skuwające nasz świat. Prosi się i robi się akcje mające zwierzakom dać choćby trochę jedzenia i kawałek koca.

Tak od siebie to powiem, że klikam na wszystko, co służy pomocy tym bezdomnym stworzeniom, bo gdzieś w środku czuję się winna, że mogę dać dobry i spokojny dom tylko dwojgu. Że może mogłabym jeszcze czemuś trzeciemu, ale wtedy włącza się rozsądek z suchą informacją, że nie mieszkam u siebie i że ta chwilowa stabilność to nic pewnego i wzięcie sobie na łeb kolejnej odpowiedzialności nie jest dobrym pomysłem.

Za kilkanaście dni minie rok od czasu, gdy złamaliśmy się wewnętrznie i wzięliśmy Franza. Jedynaczka Pimpi nie kochała go od początku, nie pokochała przez ten rok i prawdopodobnie nie pokocha już nigdy. Z wzajemnością zresztą... Ale zwierzaki to na szczęście nie ludzie. Wypracowały sobie jakiś tam konsensus, daleki od oczekiwanej sielanki, ale jednak i... I przeżyliśmy jakoś szczęśliwie ten rok; nie sądzę też, aby kolejny miał być gorszy.

Dać dom jest trudno. Dać spokój i szczęście - niewyobrażalnie trudniej. Ale warto zaryzykować, nawet gdy sam pomysł nie wydaje się z początku być zbyt mądrym. Jest bowiem ogromna szansa, że jeśli intencje będą dobre, to się jakoś tam samo poukłada.

Myśleć, myśleć. Po to to napisałam.

piątek, sierpnia 20, 2010

Nawiązanie

Nawiązuję niniejszym do pierwszego postu z 18. sierpnia.


Warto było jednak, bo K. naprawdę znów się uśmiecha, a wraca z pracy tak zrelaksowany i pełen energii, jakby nie wracał z pracy, a z wizyty w jakimś spa. Czyli to jednak była dobra decyzja... :)

sobota, lipca 10, 2010

Nie rozumiem

TU jest coś, czego nie rozumiem, a raczej "rozumiem inaczej".


Najpierw wejdźcie, obejrzyjcie i przeczytajcie.

Już?

No. Dlatego nie rozumiem, bo...

...dla mnie ciemność to bezpieczeństwo i spokój. Mam takie dwa miejsca nawet, gdzie - gdy nie włączy się oświetlenia - panuje ciemność absolutna, nie ma okien, więc ta ciemność otula, jest czerń i nic więcej... Wspaniałe, naprawdę - spróbujcie. W ciemnościach nic złego nie może się zdarzyć. Jest cudownie, ciepło, miękko, absolutna samotność, ale w najlepszym znaczeniu tego określenia.

Może otworzę warsztaty leczenia ciemnością. O, kurczę, a może to właśnie niegłupi pomysł?

poniedziałek, maja 31, 2010

Prawie nigdy nie poślubia się jednej osoby...

...no tak, bo razem z ukochaną osobą - jednocześnie - poślubiamy również rodzinę ukochanej osoby.


Przed ślubem rzadko się o tym myśli. Własnej rodziny nie wybieramy, często zresztą nam ona zupełnie nie pasuje (choć bywają wyjątki - i tym ludziom bardzo zazdroszczę), a tu w dodatku zostajemy obdarowani kolejnym pakietem rodziny, czasami jeszcze bardziej nie na miarę skrojonym, niż własna nieudana rodzina. Czyli, generalnie - przegwizdane mamy na maxa.

Nie przepadam za dowcipami o teściowych, bo są śmieszne, więc nieprawdziwe... W życiu, niestety, do śmiechu w układach z teściami daleko...

Jestem recydywistką, więc wiem o czym mówię, mając więcej doświadczeń w tym względzie, więcej niż średnia krajowa pozwala. Mam bowiem teraz trzecią parę teściów.
Mam w dodatku całe mnóstwo sióstr męża (i niestety tylko jednego brata, naprawdę szkoda wielka, że W. nie występuje w ośmiu na przykład wersjach). Tak więc dla mnie, socjopatycznej jedynaczki, to powinien być teoretycznie horror.
A ja jestem szczęśliwa, wyobraźcie sobie. Bo - po moich poprzednich doświadczeniach z rodzinami mężów, byłam nastawiona na koszmar do sześcianu. A tu się nagle okazało, że mam dużą nową rodzinę. Taką fajną, która mnie w dodatku (bardzo mnie to zresztą dziwi, bo nie wiem czemu, przecież jestem okropna) chyba lubi. Całkowicie zabili moją traumę i spojrzenie na rodzinę jako taką (a było to - do czasu ich poznania, spojrzenie z jak najgorszej strony). Gdy o nich myślę, uśmiecham się. Dlatego każdemu, kogo ja z kolei lubię, życzę, aby wraz z ukochaną osobą poślubił też tak wspaniałych ludzi - takiego właśnie pakietu "całe mnóstwo w jednym" ;)

Mówiłam, że jestem szczęściarą. Jestem jak cholera, bo to jest, kochani, baaardzo ważna sprawa :) Rada na dziś: przyjrzyjcie się nie tylko przyszłej połowie waszego związku... Bo prawie nigdy nie poślubia się... da capo al fine ;)

piątek, maja 28, 2010

Odliczanie

Odliczamy ostatnie dni do...


Oczywistym jest, że przy takim niecierpliwym odliczaniu każda doba ma po sto godzin, zamiast nominalnych dwudziestu czterech... Znów relatywizm czasu, o którym wielokrotnie tu mówiłam.
Planowanie, liczenie, rezygnacja z czegoś na rzecz czego innego. Tak czy inaczej - krok, może nawet kilka kroków we właściwym kierunku.

Wzajemne pilnowanie się w miarkowaniu pomysłów, choć chciałoby się naraz tak wiele. Normalne, każdy to zna.

Nic więcej nie potrzeba nam teraz poza mądrością, bo dzięki niej wszystko może się udać. I spokój, wyważenie, miast rzucania się w wir... Myśleć i nie wariować. Aż tyle.

piątek, kwietnia 23, 2010

Egzaminy

Tak jest, że niemal każdego dnia jakieś zdajemy. Podejmujemy wybory, które są przecież egzaminami. Stajemy przed mniejszymi i większymi sprawami codzienności, a obok zawsze ktoś stoi i... ocenia. Nie dlatego, że lubi oceniać. Dlatego, że siłą rzeczy się do tego odnosi.


Podobnie z drugiej strony. Stoimy z boku, przyglądamy się, oceniamy... Nie dlatego, że mamy taką nieodpartą potrzebę oceniania, lecz po prostu - siłą rzeczy - odnosimy się do poczynań innych i klasyfikujemy je. Taką najprostszą klasyfikacją jest "podoba mi się - nie podoba mi się"...

Superkomfortem jest, gdy patrząc na partnera życiowego - w 99 wypadkach na 100 - myślimy (nawet nie zdając sobie z tego sprawy, bo to własnie taki myślowy odruch oceniający): podoba mi się, że tak robisz, zgadzam się z tym.
Procentowość zgody w takich momentach świadczy o tym, czy to jest ta właściwa osoba. Poniżej 75 procent czas się poważnie zastanowić, poniżej 60 - raczej pakować walizki (swoje lub jej ;).

Ten jeden procent u mnie zostawiam na różnicę charakterów i błąd statystyczny w jednym;)

niedziela, kwietnia 18, 2010

Normalnie. Nareszcie :)

Moje miasto wreszcie wraca do zwykłego rytmu życia...


Trudno tu się ostatnio mieszkało. Chyba, że było się egzaltowaną istotą spełniającą się w pseudogestach. Nie byłam, nie jestem, nie planuję być, więc mnie mieszkało się trudno, bowiem kultywowałam z uporem normalność.

Na fb nie podpisałam się pod grupami "nie dla K-ch na Wawelu" ani "tak dla K-ch w piramidzie Cheopsa", choć mentalnie rzecz jasna byłam po stronie obu tych grup i jeszcze kilku podobnych. Ale nie podpisałam się z zupełnie innego powodu...

Otóż byłam za K-mi na Wawelu. Od pierwszej chwili. Z dwóch powodów. Po pierwsze - pan K. był (zanim został prezydentem kraju) prezydentem Wawy. I dlatego w wyborach prezydenckich, tych krajowych, Wawa go nie chciała (można zajrzeć do raportów z wynikami, Google pomoże), bo próbkę prezydentury w skali swojej, lokalnej - miała i nie była skłonna do powtórki o większym zasięgu... Z jakiej racji więc niby powązkowska aleja zasłużonych?
Po drugie - Kraków, czyli najbardziej zadufane w sobie i najbardziej niezadowolone miasto w kraju, przy tym propisowskie do obłędu, zawsze rościł sobie pretensje (bo w roszczeniu pretensji są niezrównani) do bycia stolicą. No to dziś mają próbkę... Jak miło :) oczywiście, to nie są jakieś strajki trzech grup zawodowych jednocześnie, to tylko zwykła uroczystość państwowa, i to bardzo spokojna, bo o charakterze żałobnym... Żadne tam takie, które my tu mamy na co dzień, ale i tak miło mi, że poczują smak, jak to jest być naprawdę stolicą, choć przez ten kawałek dnia :) Nie jestem aż tak naiwna - nie wierzę, że od tego spokornieją. To tylko taka złośliwa satysfakcyjka.

A u nas na Powiślu wracamy do życia według zwykłych zasad - dziś giełda rowerowa. Będę. Nie żeby kupić, bo Mamba wszystko ma. Żeby się uśmiechnąć, że wreszcie dzień jak co dzień.

poniedziałek, kwietnia 12, 2010

Egzotyka zza miedzy :(

A sądziłam, że już nic mnie nie wkurzy bardziej... Naiwna kobieta ze mnie.


Gdy słyszę niektóre radiowe informacje, to mnie trafia. Co? A to, że mówią o solidarności Rosjan z narodem polskim. I pięknie, że Rosjanie są solidarni... Mnie nie o to chodzi. Chodzi mi o to, jak oni to mówią... Tak, jakby Rosjanie byli... no nie wiem, kosmitami? Czy jakimś dziwnym, świeżo odkrytym gatunkiem pand. Jakby to nie byli ludzie, Słowianie, bądź co bądź sąsiedzi... Się dziwią tak, jakby cudem był sam fakt, że takie pandy, a mówią ludzkim głosem.

Od razu uprzedzam - ja nie jestem i przenigdy nie byłam rusofilką, ale ludzie... no trochę szacunku. Są tacy sami jak wy, mieszkają ledwie o miedzę na wschód i może nie traktujcie ich tak. Są tacy jak my, bardzo do nas podobni, więc może bez podkreślania egzotyki faktu, iż też czują i myślą, co?

niedziela, kwietnia 11, 2010

Nie jestem "wszyscy" - nic z tego

Nie mówcie o mnie "wszyscy", bo mam tego chyba już dość.


Przez bez mała pół wieku znosiłam to "wszyscy" przy okazji różnych powodów, bo kibicowanie - i "wszyscy Polacy żyją tym meczem" - sorry, ale jak dla mnie, to on w ogóle nie istniał - natomiast podciągano mnie pod znienawidzone "wszyscy", bo również wszyscy kochają papieża - ja nie, bo czysty protestantyzm nie dopuszcza kultu osoby... Ja nie dopuszczam też, bo to głupie jest i nielogiczne zwyczajnie.

Nie jestem, do cholery, wszystkimi Polakami - jestem sobą. Mówię jedynie za siebie, nie za wszystkich i nie życzę sobie, aby wszyscy mówili za mnie. Nie, nie i milion razy jeszcze: nie.

Wczoraj więc w końcu szlag mnie przy zylionowym "wszyscy" trafił. Ja wiem, teraz to się mówi tylko dobrze i słodko, bo tak wypada... Ale ja nie robię tego, co wypada, ani tego co dobre i słodkie, robię to co czuję i nie zmieniam poglądów z chwili na chwilę, bo nagle coś (co wydarza się od czasu do czasu) się staje. Mam takie samo spojrzenie, jakie miałam i owszem - żal mi ludzi, którzy pozostali i cierpią, bo najtrudniej jest zostać, o wiele trudniej niż umrzeć, o tym akurat coś wiem... Po ludzku ludzi mi żal.

Ale. Nie będę kłamać i obłudnie żałować, gdy nie czuję prawdziwego żalu, bo to nie była moja opcja, ta Polska pod znakiem trzech literek, wolę dwie. Więc nie mówcie o mnie "wszyscy". Możecie mówić "ona". Możecie mówić, co wam się podoba, tylko - proszę - zamiećcie mnie na osobną stertę, jak powiedział kiedyś Franz M.

P.S. Tragedia w Haiti pochłonęła z samego powodu trzęsienia ziemi 200 tysięcy istnień ludzkich, 300 kolejnych tysięcy zostało rannych (nie mówię tu o śmierci z braku wody czy podczas zamieszek etc., bo to dałoby kolejne wysokie liczby...) Każdy z tego w sumie pół miliona miał na pewno choć jedną bliską osobę, większość - na pewno więcej. Czyli matematycznie minimum nieszczęśliwych to około 800 tysięcy, bo tych 200k umarłych nie liczę -być może są szczęśliwi - nie wiem, jeszcze Tam nie byłam. Takie tam porównanie...

sobota, lutego 27, 2010

Ze wspomnień recydywistki...

...czyli rady ciotki Qilii dla przyszłych mężatek i mężów.


Bogata w wieloletnie doświadczenia z facetami mojego życia, postanowiłam coś napisać na tematy męsko-damsko-małżeńskie. Jeśli ktoś nie lubi dostawać rad, to niech po prostu nie czyta dalej.

Jeśli lubisz lub jesteś tylko ciekawa/y, to powiem ci parę rzeczy, których nauczyłam się w ciągu mojego, blisko półwiecznego, życia (i to jest - o dziwo - wszystko na poważnie):

1. Jeśli jesteś z kimś dłużej niż pół roku w związku nieformalnym, to już tego nie zmieniaj - trwaj w nim i nie próbuj formalizowania, to nie wypali (ostatnio zresztą potwierdzili to naukowcy; tak, amerykańscy - dobrze się domyślasz ;)
2. Kobieta musi (OK, to ważne i powinno być napisane MUSI) szanować swojego mężczyznę, a mężczyzna musi (tu już bez wielkich liter) szanować swoją kobietę. Jeśli się nie szanują i nie podziwiają wzajemnie - padnie im związek wcześniej lub później.
3. W domu, w rodzinie - musi rządzić facet. Tak jest dobrze i tylko to ma sens, a związek ma wówczas głowę i nogi na swoich miejscach. Jeśli w domu próbuje lub - co gorsze - nie próbuje, a rządzi, kobieta - też związek padnie i to z hukiem. I niech mi tu feministki nic nie mówią o równości - równość to sobie może być w związkach... hmm... nazwijmy je jednopłciowymi. O tych się nie wypowiadam, bo nie próbowałam, więc się nie znam.
4. Ważne: podziwiać i doceniać. O tym już było w 2., ale tam bardziej o szacunku. A podziwiać tę drugą osobę można w zasadzie za wszystko... Nawet za to, że tym razem (od tygodnia proszona) wreszcie kupiła zapałki. I mimo, iż przejaskrawiam dla jaj, to jest to bardzo ważny element; sądzę, że wręcz najważniejszy. Ludzie chętnie i łatwo wynajdują powody do krytyki innych, a tak trudno i mało chętnie powody do podziwiania tychże innych... A gdyby tak spróbować odwrócić te proporcje?
5. Jeśli powyższych elementów nie ma w twoim związku, to spróbuj to naprawić. Jeśli się nie da lub czujesz, że nie masz ochoty naprawiać - odejdź. Dziś. Nie męcz siebie i człowieka - kiedyś kochanego... Nie nabijaj bez sensu licznika czasu. Odejdź, choć - obiecuję - będzie bolało.
6. Ucz się na swoich błędach i pamiętaj: tak jak do tanga trzeba dwojga, tak do spieprzenia związku też. Nie łudź się, że to tylko twój partner był winien. Nie. Wina zazwyczaj rozkłada się 50:50 (pomijając jednostronne patologie, ale nie o nich tu mowa).
7. W Biblii jest parę mądrych rzeczy, a najmądrzejsze z nich są te dwie: nie rób drugiemu, co tobie niemiłe oraz kochaj bliźniego jak siebie samego. Wszyscy je oczywiście znamy. Problem w tym, że najrzadziej pamiętamy o nich w relacjach z najbliższymi...

No, i to by było w zasadzie na tyle. Zbyt wiele lat zajęło mi zrozumienie tego. Cóż, ale dobrze, że chociaż późno, a nie wcale. Może dzięki temu, że dotarłaś/eś aż do tego miejsca, tobie zajmie to mniej czasu. Może.
Chciałabym. Bo przecież świat jest tym piękniejszy, im więcej szczęśliwych go zaludnia :)

czwartek, lutego 04, 2010

Głupie...

Nie przypominam sobie, abym zrobiła w życiu cokolwiek dobrego, a co dopiero dużo...


Jestem więc pewna, że nie mam mojego męża za zasługi z tego lub przeszłych żyć. Podobno dobro za dobro, a oko za oko. Za moje dobro to ja powinnam już nie mieć sześciorga oczu tak naprawdę...

A jednak... Mam przy sobie najlepszego człowieka na ziemi i sama nie wiem za co, więc chyba za nic. Kamil... Jesteś ponad marzenia.

P.S. Gdy on wróci i te peany przeczyta, to mnie zwyczajnie zabije, bo nie lubi publicznego chwalenia. Już nie żyję, dobranoc Państwu ;)

niedziela, lutego 15, 2009

Wracaj już (nie na temat)

Ciężko jest być tu, gdy ktoś inny załatwia sprawy kilkaset kilometrów dalej, a te sprawy dotyczą nas obojga. Tu będąc - nie może się nic. Może się czekać, czytać sms-y, odpowiadać na nie; można się denerwować, wariować, ale tak naprawdę i tak nie można nic zdziałać. Frustrujące.


Z drugiej strony, tej lepszej - świadomość, że mozna się nie martwić - bo cokolwiek się stanie, on zrobi to dobrze, zrobi najlepiej, jak się - w tej akurat sytuacji - da.

Z mężczyznami jest jak z arystokracją.
No tak. Bo jedni rodzą się z tytułem. Inni go kupują.
Jedni rodzą się mężczyznami i potem już tylko dorastają, inni - mając lata i płeć zatwierdzoną, muszą długo mężczyznami się stawać. Szczęśliwe kobiety to te, które mają mężczyzn z urodzenia, a nie z nabycia przez nich umiejętności takowych...
Jestem szczęśliwa.

środa, lutego 04, 2009

Beginning of the story?

Jak teraz tak na to patrzę, to wcale nie było tak, jak się wydawało.

Bo wcale nie zaczęło się od Nowego Roku. Dużo wcześniej. Zaczęło się od zdjęcia niepokornego faceta o złym i trochę pijanym spojrzeniu. Często do tego zdjęcia wracałam, bo miało w sobie coś przyciągającego, intrygującego... Czy wiesz, że to było prawie trzy lata temu?
Potem było to z PD, nieoczekiwane znalezienie się po tej samej stronie barykady.
Jeszcze później, wreszcie - spotkanie. "Czy będzie można tu zapalić?" Westchnienie ulgi z mojej strony. Jasne, nawet należy, wreszcie jakaś bratnia dusza. Teraz już nie palisz - to inna sprawa. To było prawie 15 miesięcy temu...

Na tym spotkaniu, nie wiem czy pamiętasz, ale inni raczej milczeli. Rozmowa - to był głównie dialog między nami dwojgiem, a reszta się przysłuchiwała. Zaskoczyła mnie wtedy mała, która wybrała Ciebie spośród nas wszystkich, aby bezpiecznie przytulona, zasnąć. Psy są mądre intuicją, a ja wierze jej ocenom.
Została zresztą wierna swojemu wyborowi - rywalizuje teraz ze mną o Twoje uczucia.

Potem były listy, najpierw w sprawach technicznych i później, już te bardziej osobiste... Propozycja: musimy się spotkać na piwo. Byłam bardzo za, ale czas mijał i nic się nie udało wykroić z niego. Szkoda, bo chciałam.

Cholera, właśnie przejrzałam logi z GG. Nasze podświadomości już wtedy wiedziały. Tylko my posługiwaliśmy się rozumem. Bo tak nas wychowano...

Zanim przyszedłeś, przygotowywałam się jak małolata na pierwszą randkę, Tomek się śmiał, więc rzuciłam wszystko w kąt i stwierdziłam, że będę taka jak zawsze. A potem spacer po północy nad rzekę... Powiedziałam, gdy patrzyliśmy na oleiście czarną wodę, że nie zapomnisz nigdy tej chwili. Odpowiedziałeś, że ja też.

Nie wiem, czemu potem tak to wyszło, że razem poszliśmy na zakupy i wtedy z rozpędu (bo zimno było jak cholera) do mojej knajpki. Nie wiem, skąd wziął się dalszy ciąg, zwierzenia i ta cała reszta. Szczególnie reszta...
No, to tak to wyglądało z mojej strony, kochanie.

niedziela, stycznia 04, 2009

Dziwnie

Człowiek czuje się dziwnie... Będąc pierwszy raz - od dawna - szczęśliwym i pierwszy raz - od dawna - majac nadzieję. Czuje się dziwnie, boi się tak czuć, a jednocześnie bardzo chce się tak czuć. Dziwność do sześcianu.

poniedziałek, października 06, 2008

Hmm... a bo my wiemy?

Taka akcja była wczoraj - ludzie przy budach, żeby zwrócić uwagę na problem... Hmm, ale my mamy lekko mieszane uczucia. Znaczy Pimpi i ja.

Dlaczego? No bo po pierwsze to w Wawie raczej niewiele psów ma budy, łańcuchy etc. W Pimpiakowie Dolnym (gdzie akcji nie było) - niewątpliwie więcej. Albo w Górnym, tam nawet sołtys, jak mówią...

Po drugie: bo może w Wawie to należałoby inaczej - kazać się zamknąć każdemu w odpowiednio ciasnym pomieszczeniu. I przez tydzień dać mu wyjść tylko na pobliski skwerek 3x10 minut na dobę. I zaraz z powrotem. Oczywiście przez ten czas może mieć towarzystwo... z wyjątkiem dziesięciu godzin, gdy go nie może mieć. Ale można zostawić mu kość. Albo piłkę. A na spacerze niech sobie powącha newsy... Tylko szybko, bo pańci się spieszy - zaraz serial będzie.

Po trzecie: może kazać im sikać w locie. Tak, w locie. Bo milion razy widzę, gdy spieszący się pan nie ma czasu zaczekać, by psiak załatwił potrzebę. Więc cóż - niech skurczybyk (na sznurku) też powiewa kutasem, choć raz, a może i dziesięć razy, skoro pies tak musi codziennie?

Ja przepraszam za słownictwo, ale to jest miejski problem - nie buda, ale właśnie to.

Mój pies zostaje sam w sytuacjach wyjątkowych. Bo na przykład pada deszcz i ona nie chce iść - ale to inna sprawa, jej wybór. Ale nie chodzę na przykład do klubów techno - bo Pimpi nie znosi techno (tylko techno, inne rodzaje muzyki lubi). A ja lubię techno i co z tego, że lubię? Nie chodzę też do kina i teatru, bo tam z psami nie wolno. Z kinami to zero poświęcenia - mogę bez nich żyć, ale do teatru to bym sobie poszła, szczególnie że bardzo dobry mam 20 m od domu. Może jednak z nimi pogadam, może nas obie wpuszczą?

Mój pies nie zna (z wyjątkiem jakiś góra 200 godzin na ponad półtora roku) pojęcia "tęsknota". Nie dałam jej poznać tego słowa na tyle, na ile tylko mogłam. I zawsze staram się mieć czas dla niej. Mogę nie mieć czasu na inne rzeczy, ale dla niej muszę. Bo jest żywa. Bo jest moja. Bo jestem jej światem, a to ogromna odpowiedzialność.

Dlatego wczoraj nie przykułyśmy się do budy. Bo nie w tym rzecz. Nie to trzeba zmieniać. No. To tyle w temacie. Sorry za dziwną tematykę, ale chyba musiałyśmy...

środa, września 17, 2008

Bez sensu... a może właśnie z sensem?

Nie jestem młoda, młoda byłam dwadzieścia lat temu...

Kocham żyć, bo co to ma wspólnego z młodością? Z miłością - do życia - ma. Kocham się budzić, bo dzień zawsze przynosi coś nowego. I raczej dobrego. Mam wspaniałe życie, naprawdę - wielu ludzi mi zazdrości - choć ja sama często klnę.

Mam wszystko co człowiek powinien mieć: piękną pracę, która jest zabawą; stworzenie dla którego jestem światem; wygląd jak z okładki durnego magazynu; zdrowie. Wszystko to mam.

To dlaczego czuję, że chyba czegoś mi brakuje?

Powtórka z... cholera wie, z czego

Ja. Noc. Mały kłębek futerka na kolanach. Łyk koniaku. Kawa. Muzyka. Gonitwa myśli. To już było. Chyba niedawno, z pół roku temu, może wcześniej...

Podobna sceneria, ale zupełnie inny kawałek życia. Inna jest teraz muzyka w słuchawkach i ja jestem gdzie indziej. Kto inny śpi gdzieś tam w drugiej stronie pokoju, a ja myśli mam inne. Kiedyś więcej niepewności, teraz rozsadzająca wola walki... Cholera... Więc jednak trochę się zmieniło...

Tylko noc taka sama. Pochłaniała kiedyś mój strach, teraz łagodzi brawurę. Ale to dziwne jest... Bo tak czy owak to jest dziwne, taki pół-powrót-do-przeszłości.

poniedziałek, września 15, 2008

Po koszmarze

Ta historia poza wnioskami przyniosła jeszcze wiedzę, ile tak naprawdę znaczy dla mnie mała. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile miejsca w moim sercu i umyśle to stworzenie zajmuje... W czasie, gdy jej nie było, stwierdziłam że nie chcę bez niej firmy, sklepu ani nic. Że przecież robiłam to dlatego, abyśmy my obie miały fajną zabawę z tworzenia czegoś nowego i fajne życie. Że bez niej to już nie jest ważne, bo nie będzie miało żadnego smaku, żadnej pasji i nie da radości...
To dobrze, że jest ważna aż tak - dobrze dla niej, ale to też i bardzo niebezpieczne - niebezpieczne dla mnie...

środa, sierpnia 06, 2008

Dialogi

- Zawsze chciałem...
- Zawsze chciałam...
- ...ale...
- ...ale?
- Nie jesteś w moim typie.
- Tak, nie jesteś w moim typie.
- Lubię wracać.
- Lubię, gdy wracasz.
- Boję się tego.
- Ja też.
- ...ale chcę.
- Ja też.
- I?
- Nie wiem...
- ...
- ...