Dokarmianie przez klikanie

środa, listopada 11, 2009

Ale bywa i dobrze... Part 2.

Moje porozumiewanie się z resztą świata jest raczej ubogie w słowa, bowiem polega głównie na wypowiadaniu "nie" w różnej intonacji.


Anioł A Nie Mąż mówi:
- Pójdziemy do Syrenki?
Ja odpowiadam:
- Nie.

AANM: Czemu?
J: Nie.
AANM: Coś nie tak?
J: Nie.
AANM: No to czemu?
J: Bo nie (ale się rozgadałam...).
AANM: Powiedz.
J: Nie.
AANM: To chodźmy, najwyżej wrócimy szybciej...
J: Nie, bo: nie mam fryzury, w co się ubrać, miałam zły dzień, ta kretynka nie zadzwoniła, a ty mnie nie rozumiesz, bo masz to w nosie i w ogóle zaraz skoczę z mostu, bo to wszystko jest bez sensu...
AANM: Rozumiem, to chodź do Syrenki, zaniosę cię, dobrze?
J: Nie (ale już po cichu to mówi i daje się zanieść; w trakcie niesienia coś tam mówi, ale na szczęście nikt nie zwraca na to uwagi).

Po powrocie:
AANM: Kładziemy się?
J: Nie.
(da capo al fine)

Widać po powyższym, że to naprawdę anioł, a nie zwykły mąż.

Ale bywa i dobrze...

Czasami, rzecz jasna.


Gotuję, lubię, staram się, głównie wymyślam nowości.

Mąż nad Mężami komentuje to według określonego schematu - gradacji pochwał (w nawiasach moje odczucia):

0 = dobre (czyli wpadka na maxa, może przestać gotować?)
1 = bardzo dobre (ujdzie, ale gdzie moja fantazja?)
2 = pyszne (no, rzeczywiście, niezłe, starać się nadal)
3 = kocham cię (rewelacja, tym razem mi się rzeczywiście udało)

Miło, nie? Szczególnie, gdy naprawdę nie jestem z siebie zadowolona.

Nie jest dobrze... Part 3. ;)

- To, jak mnie tu szkalujesz, słowo w słowo przypomina perypetie Myszy i Niedźwiedzia, tych Matkowskiego... - marudzi Anioł wśród Mężów.

- Powinieneś być szczęśliwy, Niedźwiedź to prawdziwy facet - archetyp faceta, a Mysza to prawdziwa, odpowiednia dla niego kobieta - archetyp tejże. - odpowiadam niewzruszona.
- No dobrze, to daj buzi...*
- Nie!*

* Taka rodzinna tradycja - zawsze na pytanie K., czy dam buzi, odpowiadam zbyt głośnym i przesadnym NIE!

Nie jest dobrze... Part 2. ;)

Po przemeblowaniu.


-Ale masz fajna norkę.
- Mam. - odpowiadam bez fałszywej skromności.
- Każdy by chciał taką mieć...
- Pewnie. Ale przecież masz swoją.
- Mam, ale komputer mi nie działa, to co to za norka... - marudzi najlepszy z mężów.
- I co, to tak zostanie aż do nowego komputera? - wnikliwie drążę.
- Tak, bo teraz to tam nie ma atmosfery do pracy.

Musimy szybko kupić ten nowy komputer, bo norka Męża Wzorowego wygląda jak... nie wolno używać słów, które byłyby adekwatne ;)

Nie jest dobrze... ;)

Otóż mąż mój najukochańszy, po zabronieniu mu przeze mnie dostępu do mojego bloga i zakazie "maziania" po nim, zaczął kombinować...


- Zrobię własnego bloga... - rozmarzył się.
- Świetnie - potaknęłam żywiołowo - A o czym?
- No taki tematyczny... - kontynuował dalej w tonie marzycielskim.
- O, a o czym tematyczny? - wyraziłam przesadnie entuzjastyczne zainteresowanie.
- No... o przemyśleniach Kota...
- Doskonały pomysł! - ten okrzyk był na wyrost, ale w końcu chodziło o bezpieczeństwo mojego bloga, więc byłam gotowa na wszystko.
- ...ale to dopiero jak będzie nowy komputer, a w nim net...
- Tak, tak, masz rację, jak tylko będzie, to koniecznie musisz - odparłam ochoczo z akcentem stepfordzkim.

Chwilowo qiliada jest bezpieczna... Uff ;)

niedziela, listopada 08, 2009

Marudzenie i cieszenie

Od czterech dni: raz od trzeciej, innym razem od piątej rano... komputer. Przerwy na posiłki, wieczorem pad i niemożność nawet patrzenia na małe, czarne i zazwyczaj bardzo lubiane przeze mnie urządzonko. Google (niech je Pan zaleje pomyślnością wszelką, bowiem kocham je miłością wielką) przez wakacje - czyli kiedy mnie nie było - wprowadziły rewolucyjne zmiany we wszystkich usługach. Najpewniej stopniowo, ale dla mnie, wskakującej w to dopiero teraz - nagle. I się uczę od nowa...


No, to pomarudziłam. Ale tak naprawdę, to bardzo się cieszę :)


A, właśnie, nie pochwaliłam się - w międzyczasie tak zwanym zrobiłam sobie dziurki w uszach (znaczy zapłaciłam komuś, aby mi zrobił) i przy okazji niejako nauczyłam się robić kolczyki, żeby robić dla siebie. I się udało. Mam takie, jakich nie ma nikt. Nie jedne, tylko ileś tam par. Mała rzecz, a cieszy ;)


Innych rzeczy też się nauczyłam, ale o tym będzie później.


K. w pracy jeszcze, zasuwa jak dziki, ale dzięki niemu właśnie powoli wychodzimy z dołka. Bo moja praca to jest - jeśli chodzi o zyski - niestety, ale trochę taka przyszłościowa raczej, grrr...



czwartek, listopada 05, 2009

Siedem honey moons za nami ;)

W związku z tym wczoraj było szampanskoje igristoje oraz prezent od nas dla nas w postaci powrotu do świata.


W związku więc z tym z kolei, dziś od rana przerzucanie ton poczty i inne takie - trzy miesiące bez pełnej obecności - uuu... Powroty bywają bolesne, ale damy radę ;) Dobra, czas wracać do przerzucania.

P.S. Jeden pozytyw - sadziliśmy, ze jesteśmy uzależnieni od netu. Te trzy miesiące pokazały nam jednak, że nie. Że nawet od Cantra nie. To chyba dobrze.

czwartek, października 15, 2009

Notka z BUW-u

Wszystko prawie w porządku, ale nie mamy netu. Damy znać, gdy się wreszcie ze wszystkim uporamy. Pozdrawiamy tych, co nas lubią :)

Qilia, Sasza i Pimpi

poniedziałek, sierpnia 03, 2009

Cztery miodowe miesiące...

...minęły, a raczej mignęły ;)


Wiele osób pytało, co z blogiem. Długo nie byłam pewna, ale już wiem - reaktywacja :) A teraz krótkie sprawozdanie z tych czterech miesięcy.

Z kryzysowych powodów musieliśmy zmienić trochę profil firmy i dopiero od jutra ją formalnie uruchomimy, tzn. wystawimy pierwszą fakturę (bo jeśli chodzi o produkcję, to już działa). Z tych samych kryzysowych powodów K. ciężko pracuje najemnie; na szczęście to już tylko przez trochę i niebawem będziemy pracować razem - u siebie.

Z Macedonii po dwóch latach wróciły Kasia i Alicja, zamieszkały wraz z Markiem bardzo blisko, bo w Ursusie. Miło jest mieć koleżankę niedaleko, tym bardziej, że - jak wiadomo - na nadmiar koleżanek nie narzekam ;)

Zaliczyliśmy kolejne spotkanie cantryjskie; nasze wspólne imieniny (bo okazało się, że jednego dnia w roku są imieniny K. oraz I. - więc pozmienialiśmy daty naszych dotychczasowych imienin); półurodziny Pimpi (skończyła 2 i pół roku - życie piesków jest tak krótkie, powinny mieć urodziny co pół roku, nie co rok).

Za trzy tygodnie czeka nas miła impreza - ślub W. (czyli mojego eks) z W. Odwiedzili nas oboje przed tygodniem, miło się gadało i czekamy na powtórkę, ale to chyba dopiero po uroczystości, bo przeprowadzka (nareszcie są po naszej stronie Wisły) i ślub to naprawdę dużo na raz - coś o tym wiemy ;)

O problemach, zresztą jedynie finansowych, zwyczajowo nie piszę, bo nie warto. Kasa raz jest, raz nie - ważne, jak jest między nami. A między nami jest tak, że te cztery miesiące uważamy za miodowe i sadzimy, że następne też będą takie. Za słodko? Coż, przepraszam... ;)

sobota, kwietnia 18, 2009

Cantr to fajna gra...

...no tak, bo:


1. Na jednym łóżku leży mój mąż - z Cantr, a jakże...
2. Na drugim nasz przyjaciel - z Cantr, a jakże...
3. Wieczorem wpadnie moj eksmąż - z Cantr, a jakże... (żeby zabrać nas na koncert kolegi, ten kolega nie jest z Cantr akurat, co w tej sytuacji jest prawie dziwne ;)
4. Wczoraj gadając, obgadaliśmy niemal całą polską ekipę cantryjską (i kawałek litewskiej oraz ułamek amerykańskiej), bo tak bywa, gdy się troje cholernych Cantryjczyków spotyka.
5. No nie wiem, jak można w tę grę nie grać - przecież wówczas nie znałoby się chyba nikogo.
6. Czyli dom wariatów jak zwykle...
7. A ten wpis poniżej... Tak jest jak się mąż do kompa dorwie, na konto wejdzie i sprawdza, czy się da coś napisać na żony blogu. Dało się ;)

wtorek, kwietnia 14, 2009

Podsumowanie z 1,6 tygodnia

Kocham Qilię!

K. :)

niedziela, kwietnia 12, 2009

czwartek, kwietnia 09, 2009

Just Married - part 1.

Krótkie sprawozdanie z "dnia zero", jak zwykle w stylu telegraficznym:


* pobudka o piątej rano, już od kawy narasta zdenerwowanie (no dobra - panika)
* wtulamy się w siebie na jednym fotelu, pijemy kawę i udajemy, że to zwykły dzień
* świadek czyli K2 miłosiernie zabiera Pimpi na spacer, my nadal panikujemy
* ja piszę na ścianie: help, ratunku, pomocy
* dosyć paniki - trzeba wyprasować białe koszule oraz
* wykąpać się, ubrać, wymaziać pyszczek, zamówić samochód, sprawdzić czy wszystko mamy
* pod pałacem: walimy po łyku whisky, palimy i opowiadamy sobie głupie dowcipy
* w pałacu: krótkie bitwy o Pimpi oraz rodzaj muzyki - zwyciężamy obydwie w mig
* ślub: z P. na naszych kolanach, uśmiechnięta pani kierownik dobrze się bawi wraz z nami
* nareszcie rozluźnieni, piwko w ulubionej knajpce, gadanie, zabawa, luz
* przenosimy się do drugiej knajpki, dalej się alkoholizujemy i wygłupiamy
* muzyka robi się ostra, więc K. odprowadza P. do domu i wraca na dalszy ciąg
* duży łysy wraca ze swoją połówka do domu, natomiast K2 idzie szaleć na parkiecie
* my oboje półleżymy objęci na kanapce, leniwie obserwując tłum
* wszyscy jesteśmy podrywani przez różnych, ale ich spławiamy
* do domu, nareszcie, bo padamy już ze zmęczenia, doba stresu za nami... Just married :)

poniedziałek, marca 30, 2009

sobota, marca 28, 2009

Nerwowe dni...

Już tylko albo aż tydzień. Wyjątkowo obfity w sprawy będzie ten czas, chciałabym go przeskoczyć, ale się nie da.


Małej udziela się nasze zdenerwowanie, wszyscy jesteśmy tacy podminowani. Poziom stresu na poziomie zejścia... Niech to się skończy nareszcie, niech będzie spokój i normalność...

niedziela, marca 22, 2009

Wiosna :)

Pierwszy dzień wiosny uczciliśmy pod hasłem "dla każdego coś miłego".


W praktyce wygladało to następująco...
Zaczęliśmy od wizyty u Jimmy'ego, gdzie my wypiliśmy po jednym grzanym (za odchodzącą zimę) i jednym zimnym (za nadchodzącą wiosnę) piwie, a Pimpi opchnęła jak zwykle porcję kebaba.
Mało nam tego jednak było, więc - skuszeni słońcem - poszliśmy nad Wisłę. W kieszeniach po puszce piwka i tuptamy. Niestety, słoneczko słoneczkiem, ale nad Wisłą zimny wiatr hulał, więc piw nawet nie otworzyliśmy... Za to P. miała furę patyczków do ganiania za nimi, a K. wszystko dokumentował, przy okazji zapoznajac się z nowym aparatem.
Zmarznięci wróciliśmy do domu i znów było piwko... No, co? Tylko dlatego, aby się nie przeziębić tej wiosny ;)

poniedziałek, marca 16, 2009

W telegraficznym skrócie

1. Mamy już firmę, nadspodziewanie sprawnie udało się ją założyć.

2. Lista spraw do zrobienia ma już długość... a tak z półtora metra chyba.
3. Lista spraw miała dwa metry, więc jednak sporo już zrobiliśmy.
4. Wczoraj usiadłam do mojej super maszyny, aby ją oswoić - nooo, niezły sprzęt.
5. Nie szyłam od lat, ale okazało się, że to jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina.
6. Znów nas czeka krótkie rozstanie - nie lubimy bardzo, ale trzeba.
7. Uganiamy się za forsą, na razie bez spektakularnych rezultatów, niestety.
8. Pomimo problemów (patrz: pkt 2, 6, 7) z uśmiechem czekamy na wiosnę oraz z niecierpliwością na "godzinę zero".

piątek, marca 06, 2009

Szczęściarze z nas :)

Mieliśmy przez kilka dni bardzo sympatycznych gości i - pokazując im atrakcje stolicy - zajrzeliśmy wczoraj do takiej miłej, zaprzyjaźnionej knajpki na terenie "Zagłębia Dobra". Ponieważ ja znam tam właścicieli, obsługę i stałych gości, tak więc oni wszyscy zostali na wstępie poinformowani o naszym ślubie.


Po zwyczajowych gratulacjach nastąpiły pytania, między innymi o datę, a gdy ją wymieniliśmy, współwłaściciel lokalu zrobił zaskoczoną minę...
- Kiedy???
- No czwartego czwartego...
- Ale numer! To macie u nas w prezencie ślubnym darmowe przyjęcie.
- Nie, no... Nie żartuj, zniżkowe to jeszcze, ale przecież nie możesz nam fundować całości.
- Mogę, bo i tak miałem was zaprosić, bo dokładnie tego samego dnia są urodziny D. (tu wymienił nazwę lokalu)!
- Dzięki, Marcin! Cudowny jesteś!

Nazwę kamufluję i ujawnię dopiero po fakcie, bowiem mam w pamięci ostrzeżenia naszej najulubieńszej studentki medycyny ;)

poniedziałek, marca 02, 2009

"...czy już rozdajecie autografy?..."

Nasza najulubieńsza studentka medycyny była uprzejma wygłosić powyższe pytanie i jednocześnie stwierdziła, że czuje się niedoceniona, bo jej nikt o nas nie nagabuje. Uspokoiliśmy ją zapewnieniem, iż nasza przyjaźń jest tak zakamuflowana, że żadna z fanek mojego narzeczonego o niej nie wie i to wszystko dlatego... ;) No, ale czy ja nie mówiłam, że to dom wariatów?


Niech już będzie ten czwarty, a najlepiej to niech już będzie noc z czwartego na piąty, bo wtedy wszystko się unormuje nareszcie.
Nasza najulubieńsza studentka medycyny wygłosiła bowiem (aby nie prorocze!) słowa: po jaką cholerę podałaś datę i miejsce, jeszcze ci jakiś rejtan w spódnicy, z odkrytą piersią, zagrodzi wejście do urzędu, żebyś tylko S. nie zaobrączkowała. Odpowiedziałam, że przecież godziny nie podałam. Na co ona: takie to i dobę mogą czekać... O, mamo, nie!!! ;)

Post scriptum: S. i K. to ten sam człowiek. S. to nick, a K. - imię. Mam w zasadzie same wady, ale bigamistką nie mam zamiaru zostać.

sobota, lutego 28, 2009

Stateczni, hmm...

Do K. z okazji urodzin z dalekiego grodu Kraka:

Od wczoraj jestem ojcem. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Już wiem, że się żenisz; to dobrze, że się ustatkowałeś.

Hmm... No cóż, nie zna mnie i nie może wiedzieć tego, że K. był znacznie bardziej ustatkowany w okresie najdzikszego młodzieńczego buntu, niż będzie teraz - po ślubie ze mną. Być moim mężem - to nie jest tożsame z byciem ustatkowanym. Ups...

Welcome To The Jungle ;)

Wcześniej wspomniane przeze mnie pijane zdjecie mojego narzeczonego uczyniło większe spustoszenie w serduszkach Cantryjek, niż mogliśmy się spodziewać...


Dzwonią więc sierotki do niego, zagadugadują, mejlują zawzięcie... Czy to nie za wcześnie? Czy jest pewien? Czy aby na pewno tak ma być?
No, łzy wzruszenia zalewają mi oczy, a w myślach przepowiadam sobie listę tortur i tak się zastanawiam, czy lepsze bedą wyrafinowane made in China, czy też - równie skuteczne, choć prymitywne - Specnazu. Mieć gwiazdę za męża, to być czujnym i gotowym na wszystko, czyż nie?

No nic, panienki w końcu przeboleją zubożenie rynku matrymonialnego o jednego, całkiem atrakcyjnego faceta, a my znajdziemy sobie nowy powód do żartów. Ostatecznie nie tylko ta sfera życia jest zabawna ;)

Wyrwane z kontekstu

Parę takich sobie ciekawostek z ostatnich dni.


* Jesteśmy pod dużym wrażeniem profesjonalizmu pani z urzędu stanu cywilnego. Zero zdziwienia, ba - nawet tego charakterystycznego błysku w oku nie było. Zupełnie jakby codziennie miała po kilka takich par, a przecież to niemożliwe... Poszliśmy z nastawieniem na walkę, a wyszlismy zdziwieni; brawo dla tej pani ;)
* Piękne obrączki wybraliśmy, oksydowane na czarno, z kropelką złota. Teraz "tylko" trzeba znaleźć na nie kasę...
* Rozmowa z Jimmy'm, który opowiada nam, co poda na imprezie... On roztacza wizje, a my: Jimmie, pliiiz, pamiętaj o naszych kieszeniach... Kryzysowi narzeczeni, kurczę...
* Wczoraj na GT tekst miesiąca: bardzo ci dziękuję, bo dzięki tobie odzywają się do mnie dawno nie widziani znajomi, aby spytać - za kogo ona, do cholery, wychodzi?
* W trakcie tejże rozmowy drugi tekst: będziecie pierwszym cantryjskim małżeństwem. Nie wierzymy, bo to raczej niemożliwe, żeby za oceanem nie było takich par. Ale w polskiej strefie... Kto wie, może i tak. Fajnie. Tyle tylko, że Cantr nie działa.
* A tak w ogóle, to dziś są urodziny K. Miłosiernie nie napiszę które, bo i bez tego poranne godziny przedwiośnia sprzyjaja występowaniu zawałów ;)

środa, lutego 25, 2009

"...kocham cię, prawie-żono ty moja..."

No, to już wiemy. Pałac Ślubów na Placu Zamkowym, czwartego czwartego, potem imprezka na Tamce u Jamila :)

sobota, lutego 21, 2009

...to rozstania i powroty...

K. znów na wyjeździe, ale to już na szczęście ostatnie egzaminy i jutro wieczorem wróci. Nie lubimy tych rozstań, choć powroty są bardzo miłe ;)


Jeszcze nie ustaliliśmy daty naszego "tak", bo okazało się, że brakuje jednego dokumentu, który właśnie jest w trakcie przesyłania, więc jakoś tak w połowie tygodnia dopiero pójdziemy do ratusza.

P., czyli drugi świadek (ten duży) wytatuował nam na ramieniu po kropeczce (wiosną w tym miejscu będzie coś wiekszego). Jak on to ślicznie i profesjonalnie zrobił, myk myk i już, według najlepszych wzorców "spod celi" :)

Tyle nowości, a teraz wracam do aktywnego czekania na K. Polega to na tym, że wynajduję sobie jak najwięcej zajęć, nawet tych zupełnie zbędnych, gdy niezbednych już brak. Dom na tym niewątpliwie zyskuje...

poniedziałek, lutego 16, 2009

Bezboleśnie

No to jesteśmy po ważnych (poważnych) rozmowach - rodzice K., jego najlepszy przyjaciel, jednocześnie przyszły świadek na naszym slubie. Przeszło gładziej i aksamitniej, niż się spodziewaliśmy. Albo tyle w nas determinacji, albo wcale nie jesteśmy aż tak oryginalni w poczynaniach ;)


Nieistotne - ważne, że ważne za nami. Dziś spotkanie z drugim świadkiem, ale to już czysta rozrywka - 190 cm wytatuowanego ciała zniesie wszystko, tym bardziej, że kryje mojego najlepszego przyjaciela.

K. wrócił po piątej rano, teraz śpi z wtuloną w siebie Pimpi. Trzydzieści osobnych godzin minęło - jak dobrze znów być razem.

niedziela, lutego 15, 2009

Wracaj już (nie na temat)

Ciężko jest być tu, gdy ktoś inny załatwia sprawy kilkaset kilometrów dalej, a te sprawy dotyczą nas obojga. Tu będąc - nie może się nic. Może się czekać, czytać sms-y, odpowiadać na nie; można się denerwować, wariować, ale tak naprawdę i tak nie można nic zdziałać. Frustrujące.


Z drugiej strony, tej lepszej - świadomość, że mozna się nie martwić - bo cokolwiek się stanie, on zrobi to dobrze, zrobi najlepiej, jak się - w tej akurat sytuacji - da.

Z mężczyznami jest jak z arystokracją.
No tak. Bo jedni rodzą się z tytułem. Inni go kupują.
Jedni rodzą się mężczyznami i potem już tylko dorastają, inni - mając lata i płeć zatwierdzoną, muszą długo mężczyznami się stawać. Szczęśliwe kobiety to te, które mają mężczyzn z urodzenia, a nie z nabycia przez nich umiejętności takowych...
Jestem szczęśliwa.

wtorek, lutego 10, 2009

Narzeczeni

...od jakiejś godziny juz oficjalnie, ale nie matrwcie się - na krótko, bo nie zamierzamy tym stanie długo funkcjonować. Zgromadzenie papierów kilka dni zajmie, potem miesiąc urzedowego odczekiwania... No i tyle. Będzie skromnie, szybko, bez fet - nie stać by nas było na nic wielkiego. Szczęśliwi. Jak to narzeczeni... ;)

poniedziałek, lutego 09, 2009

Początki

Dopasowanie się do wspólnego zamieszkania przebiegło bez żadnych problemów. Inna sprawa, że tego się spodziewaliśmy. Nie jesteśmy konfliktowi, ani bałaganiarscy, ani też zbyt pedantyczni. Rytm dobowy mamy podobny, upodobania też. Łatwo poszło :)


Teraz myślimy nad resztą. Praca, interesy, plany, projekty - przyszłość jednym słowem. Nie było na to wcześniej czasu, a teraz z kolei zrobił się najwyższy. Tak więc praca koncepcyjna w pełnym wymiarze i w dodatku w niedoczasie.

Cóż więcej? Hmm, pierwsze zetknięcie z niemiłą rzeczywistością mamy za sobą, wyszliśmy z niego zwycięsko. Jeszcze wiele takich zetknięć (a moze raczej zderzeń?) nas czeka, ale to wkalkulowaliśmy na starcie, więc ani dziwi ani boli. Poza tym same pozytywy, w ilości większej od spodziewanej. Bilans - póki co - na zdecydowany, duży plus. Tak trzymać ;)


piątek, lutego 06, 2009

No, nie...!

Wiecie co, jak człowiek z kimś zaczyna mieszkać, to się w zasadzie wszystkiego można spodziewać, prawda? Moze nie tyle wszystkiego, co jednak wielu różnych rzeczy. No, należy się spodziewać, tak dla higieny psychicznej. I to jest normalne.


Ale tego, to się jednak w najdzikszych nawet dywagacjach na temat przewidzieć nie dało. Może mam za mało wyobraźni...

Otóż sytuacja od środy przedstawia się tak, że rywalizuję z własną, wychowaną przeze mnie psicą o mojego mężczyznę. Stwierdziła bowiem, że szanse obie mamy równe, a ona też go kocha i niech on wybiera...

Z jednej strony, to K. jest raczej biedny. Woli bowiem kobiety na dwóch nogach, ale w żadnym razie nie chce ranić tych na czterech. Z drugiej - żyje jak basza turecki, a dwie panie zabiegają na różne sposoby o jego względy, więc aż tak biedny nie jest.

Mała dąży do trójkąta międzygatunkowego, my oboje jesteśmy przeciw - dom wariatów :)

P.S. A tak przy okazji... Nie wiemy, jakim cudem udało nam się ze sobą spotkać, ale jesteśmy bardzo szczęśliwi, że jednak się udało i że jesteśmy i że mamy nadzieję być.

środa, lutego 04, 2009

Beginning of the story?

Jak teraz tak na to patrzę, to wcale nie było tak, jak się wydawało.

Bo wcale nie zaczęło się od Nowego Roku. Dużo wcześniej. Zaczęło się od zdjęcia niepokornego faceta o złym i trochę pijanym spojrzeniu. Często do tego zdjęcia wracałam, bo miało w sobie coś przyciągającego, intrygującego... Czy wiesz, że to było prawie trzy lata temu?
Potem było to z PD, nieoczekiwane znalezienie się po tej samej stronie barykady.
Jeszcze później, wreszcie - spotkanie. "Czy będzie można tu zapalić?" Westchnienie ulgi z mojej strony. Jasne, nawet należy, wreszcie jakaś bratnia dusza. Teraz już nie palisz - to inna sprawa. To było prawie 15 miesięcy temu...

Na tym spotkaniu, nie wiem czy pamiętasz, ale inni raczej milczeli. Rozmowa - to był głównie dialog między nami dwojgiem, a reszta się przysłuchiwała. Zaskoczyła mnie wtedy mała, która wybrała Ciebie spośród nas wszystkich, aby bezpiecznie przytulona, zasnąć. Psy są mądre intuicją, a ja wierze jej ocenom.
Została zresztą wierna swojemu wyborowi - rywalizuje teraz ze mną o Twoje uczucia.

Potem były listy, najpierw w sprawach technicznych i później, już te bardziej osobiste... Propozycja: musimy się spotkać na piwo. Byłam bardzo za, ale czas mijał i nic się nie udało wykroić z niego. Szkoda, bo chciałam.

Cholera, właśnie przejrzałam logi z GG. Nasze podświadomości już wtedy wiedziały. Tylko my posługiwaliśmy się rozumem. Bo tak nas wychowano...

Zanim przyszedłeś, przygotowywałam się jak małolata na pierwszą randkę, Tomek się śmiał, więc rzuciłam wszystko w kąt i stwierdziłam, że będę taka jak zawsze. A potem spacer po północy nad rzekę... Powiedziałam, gdy patrzyliśmy na oleiście czarną wodę, że nie zapomnisz nigdy tej chwili. Odpowiedziałeś, że ja też.

Nie wiem, czemu potem tak to wyszło, że razem poszliśmy na zakupy i wtedy z rozpędu (bo zimno było jak cholera) do mojej knajpki. Nie wiem, skąd wziął się dalszy ciąg, zwierzenia i ta cała reszta. Szczególnie reszta...
No, to tak to wyglądało z mojej strony, kochanie.

Godzina zero...

Jasne, że się denerwuję, że się obawiam, że się niepokoję (chyba każde z tych słów mogłoby się kończyć na -my, ale przecież piszę tu tylko za siebie).

Spotkania - gdy za mało czasu i za mało siebie nawzajem - zawsze są wspaniałe, a wszystko jest piękne. Bycie razem to jednak zupełnie co innego - to zawsze starcie dwóch odrębnych osobowości, nauka kompromisu i dążenie, aby suma z dodawania jednego "ja" do drugiego "ja" wyniosła "my" - co wcale nie jest takie proste do uzyskania...

Oprócz lęku jest jeszcze cicha radość i nadzieja na nowy, wspaniały świat. Obietnice składane samemu sobie, że będzie się lepszym i nic się nie spieprzy, bo przecież już tyle się wie. Naiwność początków... Ale gdyby nie było tej naiwności, to co zamiast? Nic nie robić? Zaryć się w samotność i pić? Czy też zastrzelić się od razu, bez tych wstępów?

Godzina zero już niebawem. Niech Bóg uchroni nas od egoizmu - na poczatek wystarczy ;)

A teraz coś do śmiechu.
Umawiamy się wcale nie w domu, lecz w kawiarni. Dlaczego? Otóż musimy natychmiast odbyć naradę na poważny temat i skonsultować pomysły z naszym doradcą. To trzeba zrobić szybko. No, ale czemu nie w domu? A temu, że:
- To gdzie się spotykamy?
- A gdzie będzie dla nas najlepiej?
- Zależy. Bo wiesz, dla nas to lepiej w domu, ale dla rozmów to zdecydowanie w kawiarni...
- No tak. Dawno się nie widzieliśmy. To rzeczywiście lepiej w kawiarni. Tam będziemy się musieli przyzwoicie zachowywać :)

piątek, stycznia 30, 2009

Plus-minus

Newsy o powyższej wymowie, czyli jak to zwykle w życiu bywa. Zacznę od minusów, a potem bedą plusy.


- jestem chora, chorsza, najchorsza... (poszłam wczoraj do lekarza i biorę antybiotyk, co przy moim wstręcie do tego typu akcji przekłada się na to, że musiałam się już poczuć prawie umierająca)
- kasa mi potrzebna (ale nowość)
- w interesach wszystko stoi, za to ja leżę (czy to wymaga komentarza?)
- tęsknię i czekam (nie cierpię tęsknoty i czekania)

+/- małe puchate Pimpi skończylo dziś dwa latka (minus dlatego, że nie będzie urodzinek - a miały być huczne - bo pani psa leży i zdycha)

+ biorę te paskudztwa, więc zakładam, że chyba jednak wreszcie zaczynam zdrowieć
+ powoli nabieram energii, udało mi się przespać noc i może nawet dziś uda mi się coś zjeść
+ tęsknić i czekać będę już tylko przez pięć dni
+ za pięć dni będę zdrowa, szczęśliwa i urządzimy już we trójkę zaległe urodziny puchatej

Widzicie więc, że jak to u mnie, pół na pół. Mam nadzieję, że po czwartym lutego szala plusów zacznie powoli, lecz stale i konsekwentnie przeważać.

P.S. Dziś rano zadzwoniła moja mama i w pewnej chwili powiedziała mi coś mile zaskakującego:
- Wiesz, od kiedy z nim jesteś, to masz zupełnie inny głos przez telefon. Przedtem miałaś taki matowy, a teraz masz szczęśliwy.

sobota, stycznia 24, 2009

Tyle w temacie...

- Uprzedzałam, że wygladam jak zombie. W dodatku piłam, więc jestem pijanym zombiakiem...

- Kocham cię i w ogóle tego nie zauważyłem.

poniedziałek, stycznia 19, 2009

Dobrze...

Magiczny znak na Twoim ramieniu... Pies, który cichutko oddycha, jakby nie chciał spłoszyć chwili, leżąc między nami. Aż tyle uśmiechu i tak mało łez. Muzyka, której wcześniej nie znałam. To, że te same miejsca w filmach nas bawią. I to, jak na mnie potrafisz spojrzeć. I że punk's not dead ;)

Dobrze, że jesteś.

niedziela, stycznia 11, 2009

Miłości naszego życia

Rozmawiałam wczoraj z M. Ma kobietę i jest szczęśliwy. Jak to dobrze, że po naszych zawirowaniach wreszcie oboje dobiliśmy do przystani, które wydają się być wymarzonymi. Inna sprawa, że gdy powiedziałam mu, z kim jestem, to się... no bardzo, bardzo był zaskoczony. Ale ja przecież polegam na tym, że jestem nieprzewidywalna, czyż nie?

sobota, stycznia 10, 2009

Eclesiastes

Są dni tęsknoty i dni odliczania. Są dni smutku samotności i dni radości z przewidywania przyszłych zdarzeń.


To mógłby być Eklezjasta, ale nie - to jestem ja.

wtorek, stycznia 06, 2009

Coś się kończy...

...i, jak to zwykle w życiu bywa, coś się może i niebawem zacznie, coś zupełnie innego...


Na razie przede mna czas oczekiwania i zajmowania się rzeczami równie koniecznymi, jak niemiłymi. Też bywa.

niedziela, stycznia 04, 2009

Dziwnie

Człowiek czuje się dziwnie... Będąc pierwszy raz - od dawna - szczęśliwym i pierwszy raz - od dawna - majac nadzieję. Czuje się dziwnie, boi się tak czuć, a jednocześnie bardzo chce się tak czuć. Dziwność do sześcianu.

czwartek, stycznia 01, 2009

Wczoraj...

...było ciekawie :) A to krótkie, niejasne streszczenie, z którego raczej nic nie zrozumiecie poza tym, że było ciekawie ;)


* zemsta na babci za karolinkę
* zakaz szerzenia treści faszystowskich
* emo jako element jednoczący hippisów, punków i skinów
* bądź jak emo - potnij się nożem do masła
* efektywne wykorzystanie łokci w tańcu pogo
* because I got high przegłosowane jako najlepsze życzenia
* jak to drzewiej, za kibolskich czasów, bywało...
* syrenka na cokole, pies też, na tym samym
* a rzeką płynie kra
* a pod domem policja czuwa, abyśmy rozrabiali bezpiecznie
* na skłotach sprzedają fajne rzeczy
* kiedyś to były blanty, a teraz... trzy szczypty i fruwasz
* spoko, mam jeszcze trzy życia
* trzeba sprawdzić, bo dokuję do tego statku
* a pamiętasz te kilki... klikowałaś... ja też... to były czasy
* głupie psy boją się fajerwerków, mądre - pogo
* chyba, że też nauczą się tańczyć i wtedy nie boją się już niczego
* a świece za tych, co odeszli
* po co taki nóż... jak to po co... do obcinania nitek... też
* a jeśli w tym pociągu siedziałaby pana matka...
* moja matka siedzi w australii
* a tak w ogóle, to wcale nie siedzi
* walc angielski, tango i pogo - to w zasadzie na jedno wychodzi
* to nieprawda, że pimpiak nie lubi techno
* lubi, jeśli jest na parkiecie
* niektórzy siedzą w auszwicu, ale mogą całować na odległość
* obóz pracy jest lepszy, niż areszt, bo można oglądać wiosnę
* a właśnie, gdzie - do cholery - jest ta wiosna, już powinna być
* a w sobotę idziemy na skłota nawiązywać kontakty biznesowe
* ale śpimy pod trzema kołdrami, żeby każdy miał własną
* tylko pimpiaczek ma wszystkie i tak jest sprawiedliwie

I wcale nie mam kaca :) Było zaje... naprawdę ciekawie :)

sobota, grudnia 20, 2008

Szparagi

Pora zupełnie nie szparagowa, ja to wiem, ale ponieważ (zupełnie nieortodoksyjnie) uwielbiam szparagi również ze słoika, więc tak sobie dziś kupiłam, bo akurat nagle w sklepie były. Nie przewidziałam jednakowoż, że na Pimpi sam zapach szparagów podziała tak, jak na kota - waleriana.


Tak więc postanowiłam zaszaleć kulinarnie, zamiast jak zwykle - wyżreć wszystko, wyjmując palcami ze słoika. Pierwsza potrawa była dosyć mało wyszukana: ot, rybka zapiekana w maśle ze szparagami, standard.

Ale druga... No to już było ciekawsze. Tak więc proszę do garów, robi się to szybko i na kolację będzie bardzo miłe danko.

Musimy mieć, rzecz jasna - szparagi (dowolnie dużo, byle sporo), po jajku na osobę, śmietanę (najlepiej kwaśną, wysokoprocentową), po łyżce masła i mąki, troszkę dobrej oliwy, ser żółty łatwotopliwy (ja miałam akurat wędzoną mozarellę, lepsza byłaby niewędzona i do niej parmezan) oraz przyprawy: biały pieprz, gałka muszkatołowa, sól i ćwierć kostki rosołowej.

Robimy najpierw omlety - każdy z jednego jajka, po francusku, na oliwie i bez żadnej tam mąki czy mleka - tylko jajko, oliwa, pieprz, sól. A z jednego jajka dlatego, że omlet to w tym wypadku tylko opakowanie.
Teraz sos: biała zasmażka z mąki i masła, do niej przyprawy (sól, pieprz, gałka, kostka rosołowa), rozetrzeć ją z kilkoma łyżkami zalewy ze szparagów, potem dodać śmietanę, wymieszać, chwilę pogotować. Powinien być bardzo gęsty; na koniec dodać starty ser, a gdy ten się rozpuści - sos jest gotowy. Dla niefachowców - sos mornay to po prostu sos beszamelowy, tyle że z serem.
Teraz już z górki: w każdy omlet pakujemy dużo szparagów, polewamy niewielką ilością sosu, składamy na pół. Omlety układamy na półmisku, polewamy sosem, posypujemy serem, lekko oprószamy gałką i wstawiamy do zapieczenia w temperaturze 180 stopni C - wystarczy 12 minut, można nawet 15.

Opinie zjadaczy: niebiańskie, boskie, pyszne, rewelacja, mlask, mniam, hau... Smacznego :)

sobota, grudnia 06, 2008

Foczka...

...okazała się strzałem w dziesiątkę. Już drugi z rzędu poranek spojrzenie jej czarnych oczek wita mnie przy obudzeniu, bo Stworek stwierdziła, że od teraz będziemy spały razem - wszystkie trzy sztuki.


Na zdjęciu: Pimpi z foczką; niestety - na uzyskanie tak statycznego zdjęcia jak tamten pierwowzór, przy temperamencie Pimpi... No, nie ma na co liczyć. To z nią jest jakie jest ;)

czwartek, grudnia 04, 2008

Europejka

Od pierwszego grudnia małe puchate ma paszport. Europejka całym pyszczkiem, a co... Dodatkowego smaku całej sprawie dodaje fakt, że ja na przykład paszportu nie mam. Ale nie byłam też szczepiona przeciw wściekliźnie, co różnym (a często i mnie samej) wydaje się wielkim niedopatrzeniem ;)


Pamiętacie ZDJĘCIE z foczką? No to dziś taką właśnie foczkę wypatrzyłam w sklepie i kupiłam Pimpi na Mikołajki :)

sobota, listopada 22, 2008

No, to cześć ponownie...

Chyba takiej jeszcze przerwy nie było, prawda?

To były bardzo trudne dni... Jak zwykle, gdy milczę - wiadomo, że wtedy dobrze nie jest. Teraz też jeszcze nie jest dobrze, ale już nie aż tak źle. Wszystko spadło naraz, jak to zazwyczaj w życiu bywa: problemy, choroby, załamanie w końcu - bo jestem cyborgiem, lecz widać nie na najlepszych podzespołach. Na szczęście zaprogramowano mnie nieźle w kwestiach samonaprawiania... Powoli, bo powoli, ze zgrzytem i opornie, lecz jednak w końcu ta opcja zadziałała.

Wracamy do życia. Jeszcze na niepewnych nogach, jeszcze z lekkim wirowaniem w głowie... Ale wracamy.

Tyle na razie, nawet pisanie mnie męczy i trochę się boję tego powrotu do życia... Ale dam radę, bo przecież gdybym nie dała, to co wtedy? No właśnie.

piątek, października 10, 2008

Bywa tak i tak

Bywają złe dni - jak środa, gdy - czegokolwiek się tknęłam - sypało się tak bardzo, jak tylko zdołało. Ale na szczęście bywają też takie jak czwartek, gdy z kolei - cokolwiek ruszyłam, co wcześniej się w środę zepsuło - zaczynało działać i działało już bez przeszkód, pięknie i bezproblemowo.

I nawet udało mi się wczoraj zrobić jeden dobry uczynek, co generalnie rzadko mi się zdarza, jako że jestem dosyć wredną babą. I nawet byłam miła dla swojego współlokatora, co też stosunkowo nieczęsto mi się zdarza.

A w nagrodę po tym udanym dniu dodatkowo od mojego właściciela (znaczy właściciela mieszkania, które wynajmuję) dostałam wspaniały prezent - bo był z wojaży wrócił - czy dostajecie prezenty od ludzi, od których wynajmujecie mieszkania?

A już na sam koniec, w nocy - odezwał się zleceniodawca, dla którego kiedyś robiłam kilka rzeczy i napisał takie fajne słowa na końcu listu o nowym zleceniu... że jeśli ja się tego podejmę to na pewno będzie to dobrze zrobione.

Tak więc był to ogromnie udany dzień i dzięki takim dniom chce się naprawdę żyć. Takie czwartki dają energię na wiele nieudanych i irytujących śród.

czwartek, października 09, 2008

Tak w ogóle...

...to zaglądajcie do sklepu, bo tam się teraz pisze i dzieje, a nie tu. Chwilowo nie mam prywatnego życia, Pimpi też - obie mamy jedynie zawodowe. Dlatego proszę mnie nie nagabywać o newsy, bo one są, ale TAM.

poniedziałek, października 06, 2008

Full wypas

W ramach polepszenia sobie warunków życia i pracy (co na jedno wychodzi), nabyłam drogą kupna dwie rzeczy, a w sumie to nawet cztery, ale dwie były jako gratisy, więc nie liczą się jako nabytek.

Te dwie podstawowe to fotel i stolik pod laptopa. No, kurczę, kochani... Inna jakość życia. Zupełnie inna. Przesuperowo i przemądrze wydana kasa - i to w zasadzie wcale nie tak dużo. Tak wygodnie nie było mi chyba nigdy w życiu :)
Dwie pozostałe rzeczy to pufka pod tylne łapy (na fotelu jest wygodnie, ale na fotelu z pufką... no co ja wam bedę mówić...) i otwieracz do piwa. Pufka bardzo ekstra, a piwo? No to może dziś ze dwa w butelkach się kupi, aby wypróbować ten otwieracz... ;)

AHA. Bym zapomniała...

...zajrzyjcie TU, to nowy blog.

Hmm... a bo my wiemy?

Taka akcja była wczoraj - ludzie przy budach, żeby zwrócić uwagę na problem... Hmm, ale my mamy lekko mieszane uczucia. Znaczy Pimpi i ja.

Dlaczego? No bo po pierwsze to w Wawie raczej niewiele psów ma budy, łańcuchy etc. W Pimpiakowie Dolnym (gdzie akcji nie było) - niewątpliwie więcej. Albo w Górnym, tam nawet sołtys, jak mówią...

Po drugie: bo może w Wawie to należałoby inaczej - kazać się zamknąć każdemu w odpowiednio ciasnym pomieszczeniu. I przez tydzień dać mu wyjść tylko na pobliski skwerek 3x10 minut na dobę. I zaraz z powrotem. Oczywiście przez ten czas może mieć towarzystwo... z wyjątkiem dziesięciu godzin, gdy go nie może mieć. Ale można zostawić mu kość. Albo piłkę. A na spacerze niech sobie powącha newsy... Tylko szybko, bo pańci się spieszy - zaraz serial będzie.

Po trzecie: może kazać im sikać w locie. Tak, w locie. Bo milion razy widzę, gdy spieszący się pan nie ma czasu zaczekać, by psiak załatwił potrzebę. Więc cóż - niech skurczybyk (na sznurku) też powiewa kutasem, choć raz, a może i dziesięć razy, skoro pies tak musi codziennie?

Ja przepraszam za słownictwo, ale to jest miejski problem - nie buda, ale właśnie to.

Mój pies zostaje sam w sytuacjach wyjątkowych. Bo na przykład pada deszcz i ona nie chce iść - ale to inna sprawa, jej wybór. Ale nie chodzę na przykład do klubów techno - bo Pimpi nie znosi techno (tylko techno, inne rodzaje muzyki lubi). A ja lubię techno i co z tego, że lubię? Nie chodzę też do kina i teatru, bo tam z psami nie wolno. Z kinami to zero poświęcenia - mogę bez nich żyć, ale do teatru to bym sobie poszła, szczególnie że bardzo dobry mam 20 m od domu. Może jednak z nimi pogadam, może nas obie wpuszczą?

Mój pies nie zna (z wyjątkiem jakiś góra 200 godzin na ponad półtora roku) pojęcia "tęsknota". Nie dałam jej poznać tego słowa na tyle, na ile tylko mogłam. I zawsze staram się mieć czas dla niej. Mogę nie mieć czasu na inne rzeczy, ale dla niej muszę. Bo jest żywa. Bo jest moja. Bo jestem jej światem, a to ogromna odpowiedzialność.

Dlatego wczoraj nie przykułyśmy się do budy. Bo nie w tym rzecz. Nie to trzeba zmieniać. No. To tyle w temacie. Sorry za dziwną tematykę, ale chyba musiałyśmy...

wtorek, września 30, 2008

Lubię poniedziałki...

...zawsze lubiłam, ale dzięki wczorajszemu - lubię je jeszcze bardziej. Gdy minie dzisiejszy dzień, mam nadzieję mieć powód do równie mocnego polubienia wtorków. Ale namąciłam :) Szczegóły już wkrótce :)

poniedziałek, września 29, 2008

Chora nadal...

Po przechorowanym weekendzie z wyjściami typu błyskawiczny spacer z małą i do sklepu, muszę się już dziś ruszyć dalej i na dłużej i załatwić parę spraw, które niby czekać mogą, ale ja już nie chcę czekać.

Tak więc niebawem skończę trzecią kawę, spróbuję uzyskać wygląd odmienny od obowiązującego przez weekend (czyli zombie w łachmanach) i zaatakuję kilka miejsc. Mam nadzieje, że mój upór nie zaowocuje padnięciem na kolejne kilka dni; to bowiem byłoby bardzo nieładne ze strony losu.

Choroba która doprowadza do szału, ma wszakże dobre strony: udało mi się zrobić parę rzeczy, do których - w zabieganiu - nie mogłam się zebrać od dawna. A teraz dzięki unieruchomieniu w domu mam za sobą przemeblowanie oraz wykonanie bardzo potrzebnej bazy danych. Chociaż tyle korzyści...

piątek, września 26, 2008

Chora...

Choroba zawsze jest nie w porę, no ale u mnie to "nie w porę" to teraz do sześcianu... A dopadło mnie tak mocno i wrednie, jak już od wielu miesięcy się nie zdarzyło. No nic - trzeba przeczekać i liczyć na to, że to pierwsza i ostatnia niemoc w tym sezonie.

Pewien miły pan wczoraj powiedział mi przez telefon, że lokal już na 99% mam. Może od początku, może od połowy października. Wolałabym to pierwsze, już i tak za długo trwa ten przestój. Na szczęście - jeśli to będzie ten lokal (napiszę o nim więcej, gdy będę go miała na 100, a nie na 99), to nie czeka mnie w nim dużo pracy - po prostu tylko zaprojektować i zrobić wystrój, zgromadzić pierwszy towar, otworzyć.

A teraz wyzdrowieć. Jak najszybciej. Już.

sobota, września 20, 2008

Raport bieżący

Malutka po wczorajszym fryzjerze znów wygląda jak na ostatniej fotce. W poniedziałek wszczepiono jej chipa, w listopadzie dostanie paszport, na grudzień planuję dla nas tydzień w Amsterdamie ;)

Ja uczę się korzystać z tabletu, ależ to fajne urządzonko, choć rzeczywiście - trzeba się do niego najpierw przyzwyczaić.

Plany firmowe: jeśli do końca miesiąca nie znajdę sensownego lokalu, to zaczynam w domu, opierając się na razie tylko na sprzedaży internetowej. Ale wolałabym znaleźć... Znaczy niby jest, jasne... Za trzy tysiące na Puławskiej. Jak fajnie, że mnie nie stać. Znaczy stać. Na połowę.

środa, września 17, 2008

Bez sensu... a może właśnie z sensem?

Nie jestem młoda, młoda byłam dwadzieścia lat temu...

Kocham żyć, bo co to ma wspólnego z młodością? Z miłością - do życia - ma. Kocham się budzić, bo dzień zawsze przynosi coś nowego. I raczej dobrego. Mam wspaniałe życie, naprawdę - wielu ludzi mi zazdrości - choć ja sama często klnę.

Mam wszystko co człowiek powinien mieć: piękną pracę, która jest zabawą; stworzenie dla którego jestem światem; wygląd jak z okładki durnego magazynu; zdrowie. Wszystko to mam.

To dlaczego czuję, że chyba czegoś mi brakuje?

Powtórka z... cholera wie, z czego

Ja. Noc. Mały kłębek futerka na kolanach. Łyk koniaku. Kawa. Muzyka. Gonitwa myśli. To już było. Chyba niedawno, z pół roku temu, może wcześniej...

Podobna sceneria, ale zupełnie inny kawałek życia. Inna jest teraz muzyka w słuchawkach i ja jestem gdzie indziej. Kto inny śpi gdzieś tam w drugiej stronie pokoju, a ja myśli mam inne. Kiedyś więcej niepewności, teraz rozsadzająca wola walki... Cholera... Więc jednak trochę się zmieniło...

Tylko noc taka sama. Pochłaniała kiedyś mój strach, teraz łagodzi brawurę. Ale to dziwne jest... Bo tak czy owak to jest dziwne, taki pół-powrót-do-przeszłości.

poniedziałek, września 15, 2008

Po koszmarze

Ta historia poza wnioskami przyniosła jeszcze wiedzę, ile tak naprawdę znaczy dla mnie mała. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile miejsca w moim sercu i umyśle to stworzenie zajmuje... W czasie, gdy jej nie było, stwierdziłam że nie chcę bez niej firmy, sklepu ani nic. Że przecież robiłam to dlatego, abyśmy my obie miały fajną zabawę z tworzenia czegoś nowego i fajne życie. Że bez niej to już nie jest ważne, bo nie będzie miało żadnego smaku, żadnej pasji i nie da radości...
To dobrze, że jest ważna aż tak - dobrze dla niej, ale to też i bardzo niebezpieczne - niebezpieczne dla mnie...

19 godzin koszmaru

Musiałam pojechać do Krakowa na spotkanie biznesowe. Mądrzy radzili - nie bierz małej, to tylko dwa dni, podróż was bardziej zmęczy, niż to warte... Posłuchałam mądrych i sobotnim porankiem odwiozłam Pimpi z wyposażeniem i instrukcją obsługi do opiekunki.

Pociąg, Kraków, rozmowy, właśnie siadamy do obiadu... Telefon. Zapłakana (w zasadzie to na granicy histerii) opiekunka: Pimpi uciekła, od półtorej godziny wołamy, szukamy, powiedz co robić. Zrobiło mi się słabo, ale ktoś musi myśleć, więc mówię: straż miejska, policja, schroniska, obietnica nagrody, a ja zajmę się ogłoszeniami w necie. Na GT pokazał się przyjaciel: mówię, co się stało - redagujemy ogłoszenie ze zdjęciem, on drukuje i podrzuca na Ochotę. Mateusz i Ewa rozklejają gdzie się da. Nikt z nas nie je ani nie śpi... Wieczorem wypijam butelkę koniaku, nawet nie czuję...

O świcie pędzę na dworzec, pani w kasie, gdzie chcę przedatować bilet, mówi: ja się pani boję... Nie ona jedna, nikt nie staje mi na drodze, bo jestem furią... W IC palę, choć nie wolno, jadę na kawie i napojach energetyzujących. Modlę się i klnę na przemian...

Na godzinę przed Warszawą telefon: mam Pimpi, nagroda zadziałała... Ulga jak nigdy w życiu... Jadę prosto do małej: przeszczęśliwa, brudna jak nieszczęście, cała w rzepach, ale żywa, zdrowa, moja. Wiozę ją do domu, resztę dnia i noc przesypiamy wtulone w siebie.

Wnioski: przenigdy nie słuchać mądrych, lecz tylko własnego serca. Nigdy więcej rozstań.

niedziela, września 07, 2008

Ostatni odcinek

Reasumując - powoli dochodzę do siebie i zbieram się do tego wszystkiego, co mnie czeka już od jutra. Boję się i cieszę jednocześnie, taka klasyka uczuć ambiwalentnych. Ale gdzieś w środku - co u mnie prawie nigdy nie występuje - mam przekonanie, że wszystko mi się uda. Aha, no i jeszcze jedna wiadomość dla was, jako czytaczy mojego bloga: będzie jeszcze jeden blog, taki blog sklepu od momentu powstania, ale najpierw domenę muszę wykupić. Bo cały portal będzie, blog to tylko element, będzie też sklep netowy jako wsparcie tradycyjnego, będzie również forum i takie tam różne inne będą. Będzie się działo innymi słowy, oj, będzie... i to już od jutra. Tak więc - do jutra.

Jeszcze kolejniejszy odcinek

Ja tak to rozbijam na odcinki, bo tak się chyba lepiej czyta. Lepiej?
Jutro będzie pożar w burdelu - mam tyle spraw do załatwienia, że nie wiem, jak zdołam... Ale aż się do tego palę, aby wreszcie zacząć, więc nie będzie bolało... Upatrzyłam sobie lokal i czeka mnie chwila prawdy - czy ja go zdołam w ogóle wynająć? Bo jeszcze tego nie wiem, choć w myślach już wiem, jak będzie wyglądał po remoncie... Zobaczymy. No i firmę trzeba założyć i spotkać się z bankiem w celu odebrania drugiej i trzeciej części kredytu. I net mobilny kupić (chyba w Playu, ale to też jeszcze nie jest pewne) i furę roboty zupełnie codziennej odwalić i ogłoszenia dać, że szukam takich i owakich... Nie wiem, czy dzień nie okaże się za krótki na to wszystko. Zważcie, że wszystko to robić będę w towarzystwie futerka, które już znane jest jako bywalec firm, ministerstw, urzędów, banków, kafejek netowych i innych przybytków. Wszystkie te przybytki są podobno nie dla psów - ale jak się w praniu okazało, to one jednak są dla psów, trzeba tylko mieć determinację, a ja jej mam ostatnio w ilościach do ogłupienia.

Kolejny odcinek

Weekend w antrakcie dobrze mi zrobił - miałam czas oswoić się z tym, że wreszcie się udało i że już nic się złego na razie nie stanie i nie rozwali mi planów. Przez ostatni miesiąc schudłam dziesięć kilo - to sporo jak na kogoś, kto normalnie waży tylko 50... Ale teraz już będzie dobrze i wierzę w to, porzuciwszy chwilowo moje normalne czarnowidztwo (żadne tam czarnowidztwo - to się nazywa zdrowy realizm). Kilka dni temu Mervil, mój znajomy Holender, właściciel Lente (zajefajna knajpka w centrum Wawy), powiedział:
- Przychodzi taki czas, w którym się wie, że chce się coś zrobić. I to się robi i to się musi udać, nie może być inaczej. Ty jesteś teraz właśnie w takim momencie.
I miałeś rację, Merv, choć wtedy, gdy to mówiłeś, traciłam właśnie powoli wiarę w cud. Ale miałeś rację. Na szczęście miałeś. I w tym miejscu - niejako przy okazji - dziękuję wszystkim, którzy byli przy mnie i myśleli o mnie najcieplej jak się da. Nie miałabym raczej bez was sił na przetrwanie jednego z najtrudniejszych miesięcy w moim życiu. Tomek, Mervil, Czarek, Mari, Maga, Kaja, Marek, Ewa i wszyscy inni, niewymienieni, ale ważni bardzo... dziękuję wam, że byliście i że jesteście i że będziecie :*

Następny odcinek

Już dawno temu (czytaj: przed miesiącem) upatrzyłam sobie pewne prześliczne maleństwo, które było mi bardzo potrzebne z racji tego, że muszę być bardziej mobilna. Otóż od przedwczoraj to maleństwo mam. Jest śliczne i przyjazne jak mój stary notebook, tyle że jakiś milion razy mądrzejsze. Nazywa się Wind, jest czarne jak węgiel i kocham je od zawsze (czytaj: od miesiąca), choć wtedy jeszcze nie było moje. Pisze się na nim wspaniale, gdzie się tylko z nim udam, tam znajduje mi net, nie marudzi i w dodatku waży tylko kilogram. I jak tu się nie cieszyć, że świat i technologia pędzą zawrotnie, jeśli można na tym tak fajnie skorzystać. Stukam sobie te literki i od czasu do czasu (z powodu rozpierającego mnie wewnętrznego szczęścia) głaszczę maleństwo jednym palcem po niebieskiej gwiazdce. Kto ma takie maleństwo, ten wie gdzie ta gwiazdka jest ;)
Kupiłam maleństwu śliczną myszkę i inne gadżety do kompletu, aby nie czuło się samotne, kupiłam mu też skórzany plecak, aby miało gdzie spać, gdy na nim nie piszę. Teraz leżymy (znaczy wszystkie trzy sztuki - Pimpi, ja i maleństwo) w łóżeczku i jest nam świetnie razem. Kupcie sobie takie maleństwo, jest naprawdę super :)

Opowiadanie o kredytach

Wczoraj wiele nie napisałam, bo tyle się wydarzało, że nie było za bardzo czasu, ale dziś już luz i mogę napisać coś więcej, niniejszym więc piszę.
Otóż, od dłuższego już czasu nosiłam się z myślą założenia sklepu; pomysł nie był nowy - bo sama idea zrodziła się przed rokiem, niestety - bez środków to i Salomon nie naleje, jak wiadomo. Pomysł wrócił, wszystko się w planach wykrystalizowało, przyjęło kształty bliższe realnym, tylko kasy jak zwykle na inwestycję nie stało. Udałam się więc byłam do banku, co by może jakiś kredyt dali albo co... Podobno te banki to się aż proszą, by kredyty brać. Oj, naiwna, naiwna, naiwna, jak dziecko we mgle... W praktyce to niestety trochę inaczej wygląda...
Tu - korzystając z posiadania własnego medium - popowieszam na co poniektórych trochę psów.Otóż, jeśli myślicie o kredytach, omijajcie szerokim łukiem Deutsche Bank. DB, dobre kredyty - tia, akurat... reklamowe łgarstwo i w dodatku zeżrą wam mnóstwo czasu, aby w efekcie nic nie załatwić; zresztą pewnie nie oni jedni. Jeśli nie jesteście ekspertami w tej kwestii, jeśli wasz własny bank nie wciska wam właśnie kredytu na siłę, to nie bawcie się w to sami. Ja bujałam się bezskutecznie z tym wszystkim przez ponad trzy tygodnie i nie załatwiłam nic. Po zwróceniu się do fachowców od tematu - po półtorej doby dostałam odpowiedni kredyt, a oni zajęli się całą resztą. Moja rola ograniczyła się do złożenia jakiegoś miliona podpisów li tylko. Trzeba tak było od razu, ale miesiąc temu jeszcze tego nie wiedziałam.
Sorry za tę dygresję pseudoedukacyjną, lecz myślę, że może się przydać, przecież możecie się spotkać z podobną sytuacją, a po jaką cholerę wyważać otwarte drzwi. Na razie koniec, reszta w następnym odcinku.

sobota, września 06, 2008

No...

...to się właśnie wszystko choć raz ułożyło jak powinno... Prawie nie wierzę. Się odezwę niebawem, bo na razie przeżywam i się oswajam z nową sytuacją. To pa.

wtorek, sierpnia 26, 2008

Tłumaczę się po raz n-ty

Znów muszę, bo niektórzy pytają o powód milczenia, nauczeni doświadczeniem, że zazwyczaj nie piszę, czekając aż przeminie czas złej passy.

Tym razem jednak nie o to chodzi. Czekam, to prawda, lecz na czyjąś decyzję - która to decyzja przyniesie określone skutki. Ponieważ te skutki - w opcji "tak" są bardzo przeze mnie pożądane, a w opcji "nie" - wręcz tragiczne będą, więc czekam na tę decyzję ze zrozumiałym chyba, w tej sytuacji, niepokojem. I nie bardzo mam chęć o tym pisać, ja cała jestem tym czekaniem teraz i w zasadzie brak mi obszarów w mózgu, które byłyby wolne do zaangażowania się w coś innego. Zresztą - chyba każde z was czekało kiedyś na coś tak bardzobardzobardzo, aż do bólu, więc proszę uruchomić wspomnienia i spróbować zrozumieć...

Gdy się doczekam na "nie", to tu będą potem tylko trzy kropki, bo nie będzie mi się chciało o tym gadać. Gdy usłyszę "tak" - to będzie mnóstwo rzeczy do opisania. No, nic... Spadam teraz i zobaczymy jak będzie... Ja czekam, to i wy trochę możecie.

piątek, sierpnia 15, 2008

Barowa pogoda

Nie spałam od piątej rano wczoraj do piątej rano dziś. Ta doba minęła pod znakiem gości, wręcz tłumów, bo rzadko się zdarza, żeby przewinęło się przez dom jednego dnia aż osiem osób... Ale bardzo to było miłe.

Teraz już odespałam trochę, kac mija powoli, zaraz chyba zabiorę się za robienie obiadu. Niby powinnam się ruszyć z domu, ale ten deszcz nie nastraja do jakichkolwiek spacerów - nawet małe futrzaste śpi skulkowane na fotelu i nie molestuje mnie o wyjście.

Mam nadzieję na wieczór filmowy po powrocie T., to będzie chyba najlepszy pomysł na spędzenie reszty tego sennego i mokrego dnia. A teraz kawa - niby były już dwie, ale to chyba za mało - ziewam rozdzierająco, a przecież muszę "się wziąć"... OK, zaraz się wezmę.

sobota, sierpnia 09, 2008

Same dobre wiadomości

Będę znów pisać do drukowanego pisma i bardzo mnie to cieszy, bo - jak wiadomo, jest to wyżej cenione w branży niż pisanie tylko w sieci. A że przy okazji za to płacą i to całkiem uczciwie, to tym lepiej, bo jak zwykle brakuje mi kasy, o czym ostatnio nawet nie piszę, ponieważ jest to stan permanentny (ciii, miały być przecież same dobre newsy).

Pismo traktuje o tematyce jak najbardziej mnie obchodzącej, czyli o psach :) Miłym akcentem całego przedsięwzięcia jest dodatkowo fakt, że nie ubiegałam się o to zajęcie, lecz zostałam wypatrzona i przeczytana w sieci i dlatego mi to zaproponowano - mnie pozostało tylko propozycję przyjąć.

Kolejna dobra wiadomość - kilka dni temu dostałam nagrodę za recenzję książki.

I czwarta dobra wiadomość : wiesz, T. - myślę, że przynosisz mi szczęście :)

środa, sierpnia 06, 2008

Dialogi

- Zawsze chciałem...
- Zawsze chciałam...
- ...ale...
- ...ale?
- Nie jesteś w moim typie.
- Tak, nie jesteś w moim typie.
- Lubię wracać.
- Lubię, gdy wracasz.
- Boję się tego.
- Ja też.
- ...ale chcę.
- Ja też.
- I?
- Nie wiem...
- ...
- ...

niedziela, sierpnia 03, 2008

Prosty przepis na wieczór

Niewiele czasem potrzeba, żeby było miło...

* dwa wygodne fotele
* mały, puchaty pies
* laptop i dobre głośniki
* Władca Pierścieni
* białe wino i kurczak z KFC
* ciemność i deszcz za oknem
* aha, i te głośne pociągi na moście...

No tak, bez pociągów to jednak nie byłoby aż tak miło ;)

piątek, sierpnia 01, 2008

Mężczyzna, który myśli

Trafiłam dziś przypadkiem na rewelacyjną stronę: blog mężczyzny - nie mylić z facetem (szczegóły klasyfikacji tamże).

Jeśli interesujecie się związkami, to koniecznie zajrzyjcie, szczególnie jeśli jesteście płci męskiej, choć i kobiety mogą się dowiedzieć bardzo dużo. Jestem naprawdę pod wrażeniem, na nic lepszego w tym temacie (ani nawet w jednej czwartej tak dobrego) w polskim necie się nie natknęłam.

Link umieszczam w "warto zajrzeć", choć zasługuje na "lektura obowiązkowa".

czwartek, lipca 31, 2008

Na Powiślu

Od pewnego czasu spacery (szczególnie wieczorne) odbywamy w poszerzonym składzie czyli 2+1. Jest zabawniej, więc i ich długość się zwiększyła, co z kolei pozwala więcej zaobserwować.

Przyroda na Powiślu, w bliskości rzeki i licznych parków, pleni się bujnie. Ale zobaczyć bobra? To naprawdę rzadkość, a jednak dwa dni temu płynął sobie w górę rzeki, blisko brzegu i nie peszyła go nawet obecność ludzi. Tego samego dnia obserwowaliśmy też nornicę lub "coś" w tym rodzaju (taka grafitowa myszka, ale z krótkim ogonkiem; nie wiem, co to za zwierzątko), która najpierw pokonała dzielnie betonowe schody nabrzeża, potem jeszcze wpław 20 cm wody i już była u siebie, w kępie zarośli.

Codziennie wczesnym rankiem można oglądać taki widok: na brzegach koszy na śmieci siadają wrony i robią inspekcję zawartości. Zachowują się jak wkurzeni celnicy - z furią odrzucają rzeczy zbędne i po kilku minutach trawa w otoczeniu kosza zasłana jest śmieciami. Nieładnie to wygląda, a całe odium spada oczywiście na ludzi, bo któż podejrzewałby niewinne ptaszyny :)

Dziś na porannym spacerze niecodzienny widok stanowił przycumowany do drzewa statek wycieczkowy w formie łodzi Wikingów, na którym panowie marynarze słodkowodni odbywali właśnie poranną toaletę przed dalszym rejsem.

Jak ja lubię to Powiśle ;)

poniedziałek, lipca 28, 2008

Zamiary sobie, życie sobie

...czyli standard... Znów wszystko jest inaczej, niż miało być. Czy inni też tak mają, czy tylko ja?

Pozytywną wiadomością jest to, że "inaczej" tym razem - chyba - nie jest równoznaczne z "fatalnie". Przynajmniej taką mam nadzieję.

sobota, lipca 26, 2008

Przyczynek do teorii imion?

Podobno imię determinuje charakter człowieka, tak twierdzą niektórzy. Osobiście jak najdalsza jestem od oceniania ludzi na podstawie znaków zodiaku, innych horoskopowych i numerologicznych charakterystyk, czy też nadanych im imion.

Nie zgadzam się z tym, co mówi o mnie mój znak zodiaku, już z większą przychylnością oceniam to, co podobno na mój temat mówi moje prawdziwe imię - tak mi jest po prostu wygodniej...

Ale. No właśnie, skoro tak się rozpisuję o czymś, co ponoć nie ma dla mnie znaczenia, to znaczy, że musi być jakieś "ale" ;)

Otóż pewne imię męskie raczej mnie w życiu omijało, miałam dwóch znajomych o tym imieniu, ale tak dalekich, że o żadne oceny bym się nie pokusiła. Ale wczoraj poznałam dwóch mężczyzn o tymże imieniu, których to mężczyzn mam zamiar poznać bliżej i...
...i zobaczyć jak to jest z tymi teoriami :)

sobota, lipca 19, 2008

Głupi pomysł?

No, może i głupi... Zrobiłam coś głupiego, nietypowego, ale czy ja wiem... Czas pokaże, czy to aż tak głupie jest.

Na razie - po kilkunastu godzinach - uśmiecham się na samą myśl, więc chyba to nie jest aż tak złe. Dla mnie.

poniedziałek, lipca 14, 2008

Paseczek

Rozmowa ;)

- Miałaś urodziny, chcę ci kupić prezent. Ale ponieważ wiem, jak bardzo prezenty mogą być nie trafione, więc kup sobie coś, czego najbardziej teraz chcesz, a ja zapłacę, dobrze?
- Samochodzik?
- Nie, nie, może nie aż tak...
- Ale ja wszystko mam, niczego mi nie trzeba poza kasą... Ale czekaj, jednej rzeczy chcę, a teraz mnie nie stać.
- Mów.
- To ja ci pokażę w necie... Chcę to...
- Co to jest? Paseczek? (siedzi w dużej odległości od monitora i widzi tylko czarny zarys w kształcie pętli)
- No wiesz?! Paseczek? A po jaką cholerę mi paseczek? To jest kabel USB do łączenia komórki z komputerem.
- Naprawdę tego właśnie chcesz?!
- No. Jak na teraz to jedyna rzecz, której naprawdę potrzebuję.
- Dziwna z ciebie kobieta... No dobra, to już masz.
- Dzięki!

wtorek, lipca 08, 2008

Krótko

1. Posypało się z transportem (no bo jakże by inaczej - z czymś musiało), ale i tak się przeprowadziłyśmy, bo jesteśmy twarde i operatywne.
2. Jeszcze nie do końca jestem rozpakowana, ale zostały już ledwie drobiazgi do rozlokowania.
3. Od dwóch godzin mam net. Znaczy wczoraj był przez półtorej godziny, ale zaraz potem odmówił współpracy - mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni taki numer. Optymistka...
4. Przez ten tydzień (z powodu przymusowego urlopu) głównie robiłyśmy długie spacery. Boże, jak tu jest pięknie...
5. Mała na jednym ze spacerów pociągnęła mnie tak niefortunnie, że rozwaliłam sobie obie łapy tylne. Kuleję na obydwie - śmiesznie to wygląda.
6. Mała wskoczyła do Wisły za dwiema parkami kaczek. Na szczęście nie musiałam jej ratować, dała sobie radę.
7. Po tygodniu nieobecności w necie zaległości wcale nie jest dużo - jest ich monstrualnie przerażająca ilość, dlatego wracam do ich ogarniania.
8. Jutro będą moje urodziny. W moim wieku na taki dzień mówi się bu ;)

poniedziałek, czerwca 30, 2008

Nomadki

Jeśli nic się nie posypie (bo posypać przecież zawsze się może i to z wielu stron), to dziś wieczorem przeprowadzamy się do nowego mieszkania.

Zniknę z sieci, bo netu tam jeszcze nie ma i dopiero muszę zamówić, więc pewnie założenie kilka dni potrwa. Wykorzystamy ten czas na poznawanie topografii terenu; mieszkałam kiedyś w tej dzielnicy, ale to było 21 lat temu i jak zauważyłam - zmieniło się tam prawie wszystko. Poza tym oczywiście trzeba będzie rozpakować to, co zaraz zacznę pakować.

Czy ja już pisałam, że nie cierpię przeprowadzek?

piątek, czerwca 20, 2008

Najnowsze przekleństwo

Obyś miał równie ciekawe życie, jak ja...

Tak. U mnie nic nowego, co przekłada się na to, że jak zwykle musiało się wszystko ułożyć nie tak.

Z jednej strony jedzie umowa do podpisania, ale ja jej na razie nie podpiszę, bo z drugiej strony wczoraj nagle dowiedziałam się, że muszę sobie szukać nowego mieszkania. Jak miło.

Z trzeciej strony: oszaleję od tego ciekawego życia i wreszcie będę miała święty spokój.

środa, czerwca 18, 2008

Trema, wampiryzm, owady, daty...

1. Zżera mnie trema, przechodząca w panikę i przerażająca świadomość, że nic nie wiem, nic nie umiem, nie poradzę sobie - klasyka przypadku.

2. Po ostatnich koszmarach, wypadkach, wyjazdach i tak dalej, czuję się jak ktoś pozbawiony żywotnych sił przez kilka wampirów. Kto wie? Przynajmniej o istnieniu jednego wiem już na pewno... A tu zaległości skrzeczą po kątach i się domagają.

3. W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie, więc cóż z tego, że ze Szwecji przyjechały brzmiące inaczej? Przecież i tak się wyalienował z rozentuzjazmowanego tłumu i strzaskał nawet krzesło (już sami wiecie, jakie to krzesło)...

4. A ten 23. to mam nadzieję, że się da przesunąć i że zacznę dopiero od 1. lipca.

poniedziałek, czerwca 16, 2008

Nie ma to jak Norka

O północy wróciłyśmy z Krakowa. Spałam dwie godziny. Gdy w nocy odpalałam komputer po przerwie, to bałam się spojrzeć na pocztę, depesze i to wszystko... I słusznie, było się czego bać. Od szóstej rano do teraz udało mi się rozładować połowę poczty i może jedną czwartą depesz. Przesuper, megaekstra, gigawspaniale.

Kraków był równie mało sympatyczny jak zawsze bywa. Wawel chyba jeszcze stoi, nie sprawdzałam, ale tak mi się wydaje. W krótkiej chwili luzu wpadłyśmy na rynek tamtejszy, znaczy krakowski. Po jednej stronie tej dużej hali targowej (ona się chyba nazywa Sukiennice) była jedna estrada, po drugiej - druga. Na każdej z estrad ktoś się produkował - taka delikatna kakofonia. Wybrałyśmy stronę Skrzyneckiego (jak może być Barssa, to chyba Skrzyneckiego też może, co nie?) z powodu, że w momencie dokonywania wyboru śpiewano tam "cztery piwka na stół" i jakoś tak nam to korespondowało z nastrojem chwili i zamiarami na wieczór.

Okropnie nie było, ale powiedzieć, że dobrze... No, nie, też nie.

Usiłujemy się jakoś zorganizować ponownie i jesteśmy szczęśliwe z powrotu do nory.

P. S. Do komentatora poprzedniego posta:
To nie jest wcale zły pomysł z tą kategorią i dosyć nawet adekwatny do tego, co się wydarza. Nowa codzienność... Rozważymy ;) Pozdrawiam.

czwartek, czerwca 12, 2008

Nie wiem, od czego zacząć...

Milczałam, bo było bardzo źle, a nawet gorzej. Nie chciało mi się pisać, rozmawiać, nie chciało mi się tak naprawdę już nawet żyć. Szymborska pisała, że nie robi się kotu tego, że się umiera. Ja najchętniej w tamte dni bym umarła, lecz nie chciałam tego zrobić psu, bo psu chyba też się takich rzeczy nie robi.

Ale życie jest nieprzewidywalne i wykonało kolejną woltę... I wszystko zmieniło się o 180 stopni. Nie dość, że chce mi się żyć, to jeszcze w dodatku chce mi się bardzo. Nie, nie - to nie efekt jakiś tam spraw męsko-damskich, żaden facet, żaden seks. Praca, kochani, praca... Tylko, albo aż. Chyba "aż", bo jeśli nagle dostaje się pracę, która była marzeniem w dzieciństwie i to marzenie się nam ziszcza w oczach...

To jest jak sen. To przedtem też było jak sen, tyle że koszmarny. A teraz czuję się jak w środku bajki, choć tamto od tego dzieli ledwie kilka dni.

Ponieważ jestem wstrętną małpą, to za wiele na razie nie zdradzę... Ale jeśli jesteście ciekawi, to proszę, abyście zarezerwowali sobie czas przed południem 23 czerwca. Przy komputerach... Bliższe szczegóły wkrótce.

P.S. Znów kategoria "codzienność" wydaje mi sie nieodpowiednia dla takiego newsa ;)

wtorek, maja 20, 2008

Czasem bywa tak, że od grudnia do maja...

...życie robi sobie z ciebie jawne jaja.

No, dobra. Fakt. Od grudnia. Ale przecież mamy już maj, chylący się powoli ku końcowi. Wystarczy jak na jedną rundę, czyż nie? Jasne, że złośliwie-realny refren brzmi:

Nie licz na fart, nie licz na fart,
To może być kolejny głupi życia żart.
Opanuj się, opanuj się,
Bo za tydzień może być zupełnie źle.

Ale przecież jesteśmy optymistycznie nastawione.

Dzięki, Krzyśki. Dzięki, Romek. Warto czasem pomyśleć, że nie ja pierwsza tak, choć to tylko piosenka. I nie ostatnia też, jak sądzę - ale to nie mój problem ;)

sobota, maja 17, 2008

Horror... horror... horror...

Nie, tytuł nie oznacza, że po raz n-ty obejrzałam "Czas Apokalipsy"...

Padł mi główny twardy dysk. Padł zupełnie i nieodwołalnie. Całkowicie. Wziął i umarł.
Tym, którzy wiedzą o co chodzi i z czym się to wiąże, nie muszę nic tłumaczyć. Tym, którzy nie wiedzą - i tak nie zdołam wytłumaczyć niczego.

Jutro może skończę wszystko stawiać na nowo... i może też przestanę myśleć o tym, co straciłam...

P.S. Nie wiem, czy kategoria "codzienność" to dobra kwalifikacja tego zdarzenia...

poniedziałek, maja 12, 2008

Lekko ponad, ale nic ponadto

Udane popołudnie miałyśmy wczoraj. Skończyło się dziś...
Teraz - lekko głupawe, ale za to bardzo miłe uczucie jakby lewitowania... Nie jakoś wysoko i spektakularnie, tak najwyżej ze trzy centymetry nad ziemią. I dobrze, bo unoszenie się wyżej mogłoby pozbawić nas odpowiedniego dystansu do rzeczywistości.

niedziela, maja 04, 2008

Zmęczone...

...ale tak przyjemnie :) Bo to był przecież dwu- i pół- dniowy odpoczynek. Ale intensywny w treści, dlatego ja jestem zmęczona, a stworek padnięty śpi i nieprędko wróci do zwykłej aktywności - może jutro?

Ja niestety muszę już dziś i przyznam, że dosyć niemrawo mi to idzie... Ale nic to - rozkręcę się w końcu.
Spędziłyśmy fajne półtora dnia z Ewą i Mateuszem, było przesympatycznie. Wypoczynek zakończył się wizytą na Nowym Świecie, gdzie mała najpierw "konwersowała" z panem od obsługi nagłośnienia (pan mówił przez megafon "raz, dwa, trzy, siedem", a Pimpi odpowiadała mu równie inteligentnie "hau, hauhau, hau, wrrr"). Wzbudzili oboje duże zainteresowanie publiczności.

Później było trochę gorzej - Nowym Światem szła parada wojskowa. A część wojska jechała niestety na tych przerośniętych psach. Dużo ich było, tych psów... Mała już nawet nie warczała, lecz chyba naprawdę się bała, więc wzięłam ją na ręce i z bezpiecznego zacisza bramy obserwowałyśmy wszystko.

Na koniec zakupy, powrót do domu, walnięcie się do łóżka, jeszcze parę minut książki i odpłynięcie w sen. Kac lekki, w normie. Teraz - do roboty, a małe niech odsypia wrażenia.

czwartek, maja 01, 2008

Pasjami...

...uwielbiam być budzona przez psicę o tej porze. Taki krótki konieczny spacerek w środku nocy. Dobrze, że zbyt często się to nie zdarza. Dobrze, że teraz noce są ciepłe. Dobrze, że mam puszkę piwa, która - wraz z książką - pomoże mi zasnąć ponownie.

Plany na weekend są takie, że będę pracować. Trafiło mi się bardzo ciekawe wyzwanie tematyczne, mnóstwo materiałów do przeczytania, a później sporo do napisania. Nie zamierzam jednak na tym poprzestać. Druga połowa dzisiejszego dnia już przewidziana jest na rozrywki - spotkanie, spacer, knajpka :) Później znów ma być praca, ale mam nadzieję więcej czasu niż zwykle spędzić poza domem, jeśli pogoda dopisze.
Ogólnie jednak plany mówią - spokojnie, miło, umiarkowanie. Zawsze, gdy mam takie plany, to z niepokojem myślę o tym, jak to naprawdę będzie... ;)

niedziela, kwietnia 27, 2008

Gracze

Byłam wczoraj (a raczej - byłyśmy) na spotkaniu ludzi z gry - tej w którą namiętnie grywam od ponad dwóch lat.

Z mojej strony nie było to pierwsze takie spotkanie, ale jedno z najsympatyczniejszych. Zawsze trochę mnie zachwyca fakt, gdy można wreszcie przypisać twarze i osobowości ludziom znanym tylko z nicków i avatarów. Miłe jest, gdy uśmiechnie się do ciebie osoba, z którą zawsze chciałeś pogadać i tak dalej...

Ta akurat gra jest wyjątkowo interaktywna, więc gracze nie mają do siebie obojętnego stosunku - nie mogą. Jeśli ich postaci się znają, wówczas często są to silne emocje o spektrum od miłości do nienawiści. A jednak na spotkaniu okazało się, że można te emocje pominąć i zwyczajnie się polubić. Nie było wielu momentów niewygodnej ciszy, która czasem zapada, gdy spotykają się po raz pierwszy ludzie zupełnie sobie obcy. No, może na samym początku ze dwa takie były, po kilka sekund, ale - zaraz potem jakoś poszło ;)

Reasumując - bardzo było fajnie i to nie jest tylko moja opinia, skoro rano na forum przeczytałam wpis jednej z osób obecnych (umieszczony po pierwszej w nocy) i traktujący o tym samym, co ja tu napisałam, tyle że bardziej lakoniczny w treści, na zasadzie: było super, niech żałują nieobecni :) I się zgadzam, niech żałują...

piątek, kwietnia 25, 2008

Inaczej

Już nie chcę udawać, że jestem zła. Gorzej - chcę udawać, że jestem dobra, choć dopiero to jest prawdziwym kłamstwem, prawdziwym kłamstwem - proszę zwrócić uwagę na ten zwrot. Skoro chcę, to znaczy, że się zepsułam. Znaczy- dostosowałam się.

środa, kwietnia 23, 2008

Może rzeczywiście do przodu?

Pojawiła się kolejna propozycja, po niej jeszcze jedna. Czyżby się coś odblokowało i wracamy powoli do spokoju i normalności? Dobrze by było wreszcie... Trochę jestem zmęczona tym uganianiem się za własnym ogonem, bo to tak zazwyczaj wygląda przecież...
Na najbliższy weekend szykuje się miła impreza w dobrym towarzystwie... Tylko te poranki ciągle takie chłodne, ale to chwilowo najmniejszy z możliwych problemów.

poniedziałek, kwietnia 21, 2008

W trybie przypuszczającym

Istnieje delikatnie zarysowana możliwość, iż dzisiejsza wymiana zdań via e-mail zaowocuje ciekawą współpracą. Może i nie musi, ale byłoby fajnie, bo to - w całości - wygląda jak kumulacja dziwnych zbiegów okoliczności. Nie wierzymy w przypadek, ani w jego siłę sprawczą, ale bawi nas jak się coś z czymś nagle zaczyna wiązać i to potrójnie :)

No, nic. Zaczekajmy, nie pali się. Jak będzie i wyjdzie, to może być nawet całkiem miło. A na razie to konsumujemy sobie radośnie wiosnę, tym bardziej, że mamy fajny pomysł na mały portalik i może go zrealizujemy nawet. Tego pomysła...

sobota, kwietnia 19, 2008

Taka uśmiechnieta notka :)

Z dawnej Pimpi zostały oczy i charakter. Nikomu już teraz nie uda mi się wmówić, że to kundelka... Ta mała cholera po fryzjerze wygląda jak westie... Wiec już wiem, jak to było z genami, choć tata był szitzusiem, a mama terierkiem... Łomatko, co za bur... bałagan, chciałam powiedzieć ;)

Najważniejsze, że małej podoba się nowy wizerunek, a jego osiągnięcie też przesadnie nie bolało. Żadnych urazów, zrobiły to profesjonalistki i zrobiły dobrze, zdecydowanie polecam, po adres proszę pisać - podam.

Jasne, że trudno z dnia na dzień przestawić się na brak futerka, w które wsuwa się palce. No, ale... jest taki milutki krecik. Też fajne.

No to mam nowego psa...


Ładny?

wtorek, kwietnia 15, 2008

Yesterday

Spędziłyśmy wspaniały dzień, który zaowocował kolejnym zmęczeniem stworka - zwierzątko odsypia wrażenia i nawet nie myśli o spacerze :)

Fakt, nałaziłyśmy się sporo... Cała Starówka najpierw, potem Krakowskie, Nowy Świat (z tradycyjnym przystankiem na piwo i wodę w Bajce), później dalej - Alejami do Zamku Ujazdowskiego, tam spacer po parku z rzucaniem patyczków i kolejny przystanek w Blues Barze na kolejną wodę i piwo. Potem jeszcze odwiedziny u przyjaciela, pizza (a dla stworka kurczak) i wreszcie o 21. powrót do domu. Widzicie więc, że mała ma uzasadnione prawo padniętą być :)


Już dawno nie miałyśmy tak miłego dnia, uśmiech od rana do wieczora nie schodził mi z twarzy, a jeszcze przy okazji podłapałam zlecenie, co dodatkowo poprawiło mi i tak już wyśmienity humor. Jaka szkoda, że każdy (albo chociaż co drugi) dzień nie może być taki...

Edit: dodałam fotki padniętego stworka.

poniedziałek, kwietnia 14, 2008

Oh, miaaau...

Dziś udało mi się obudzić o siódmej, co samo w sobie jest wielkim osiągnięciem.

Ostatnio bowiem zahaczałam o godziny przedświtowo jeszcze ciemne... No i wkurzyło mnie to. Lubię budzić się wcześnie, ale nie aż tak. Wczoraj więc wieczorem wypiłam kawę, nawet film obejrzałam, żeby jak najpóźniej położyć się spać, ergo - później się obudzić.

Nie przewidziałam jednakowoż, że o 22. zacznie się spontanicznie zmontowana przez internet impreza u mnie i że to dopiero ona naprawdę nie pozwoli mi zasnąć. Niemniej najważniejsze, iż efekt został osiągnięty... inna sprawa, że za cenę lekkiego kaca. Ale podobno nie ma nic za nic, miaaau ;)

niedziela, kwietnia 13, 2008

Coś jakby tortilla...

Całkiem fajna rzecz na niedzielne śniadanie - dobre, łatwe i szybkie.

Na dwie osoby bierzemy cztery młode niezbyt duże ziemniaki, cztery też nie za wielkie pieczarki i trzy lub cztery jajka oraz dodatki, ale do nich dojdziemy już w trakcie przyrządzania.

Ziemniaki i pieczarki obieramy. Ziemniaki kroimy w słomkę (najwyżej 3 mm grubości, a długość - jak długość ziemniaka). Pieczarkom przycinamy nóżki równo z kapeluszami, a potem kroimy na cienkie plasterki.

Do rondelka wlewamy oliwę (na wysokość 1,5-2 cm) i smażymy w niej ziemniaki, aż będą złociste i miękkie. Przygotowujemy dobrą patelnię i wyjęte z oliwy ziemniaki rozkładamy na dnie patelni równą warstwą. Solimy i pieprzymy.

Na tej samej oliwie smażymy pieczarki na złoto. Usmażone układamy na ziemniakach i oprószamy pieprzem. Skrapiamy wszystko oliwą ze smażenia (ale niewielką jej ilością - nawet łyżka to troszkę za dużo).

Jajka wbijamy do miseczki, dodajemy sól i pieprz i rozbełtujemy to, ale nie jak na omlet, tylko tak byle jak. Dwa ząbki czosnku grubo siekamy i dodajemy do jajek, kruszymy kawałek sera pleśniowego i też wsypujemy do jajek. Ustawiamy patelnię na niewielkim ogniu. Jeszcze raz mieszamy masę jajeczną i wylewamy ją na podkład z ziemniaków i pieczarek. Po wierzchu posypujemy cajenne.

Smażymy, aż jajka się zetną. Nie powinniśmy przykrywać potrawy, ale jeśli patelnia nie jest za dobra, to lepiej przykryć, bo prędzej się przypali niż zetnie. W trakcie smażenia nie mieszać, nie odwracać, nie przeszkadzać. Podając zsuwamy w całości na okrągły półmisek i kroimy jak pizzę.

czwartek, kwietnia 10, 2008

Chce się żyć

Dziś wyszłyśmy na spacer wyjątkowo wcześnie, bo trochę po szóstej. Pięknie było - ciepło, leciutki deszcz, cała okolica rozśpiewana ptakami; mnóstwo głosów, jeszcze nie zagłuszonych przez nieliczne o tej porze samochody.

Po trawnikach spacerowały parki kawek, wybierające co bardziej odpowiednie patyczki do budowy gniazd. Ludzie uśmiechnięci, psy zadowolone. Wokół coraz zieleniej, a w tej zieleni - plamki kwiatów w różnych kolorach. Gdzieś pod płotem - maleńki samotny fiołek... Sielanka jednym słowem.

Dziś mamy dzień wyjściowy, więc otrzemy się o jeszcze więcej wiosny. Od wczoraj natomiast mała może swobodnie biegać po naszym terenie, bo właściciel ogrodził ogródek symboliczną siatką, więc nie ma już niebezpieczeństwa, że Pimpi coś w nim zniszczy. Ogródek jest oczkiem w głowie mamy właściciela, która powiedziała mi wczoraj, że będę tu miała bardzo ładnie, bo wszystko w nim kwitnie od wiosny do późnej jesieni.

poniedziałek, kwietnia 07, 2008

I co tu powiedzieć...

...komuś, kto tej odpowiedzi żąda?

Ile razy można niezłomnie mówić "nie"?

Czy wiecie, jak trudno jest uporczywie zniechęcać kogoś do siebie, aby - przekonany o tym, że jestem naprawdę złą kobietą - wreszcie przestał pytać?

Zmęczona jestem. Ale się trzymam. Tego "nie".

sobota, kwietnia 05, 2008

Po wczorajszym

Wczoraj byłam zmuszona udać się do pewnej, dosyć oddalonej ode mnie - firmy.

Zabrałam więc małą i po raz pierwszy od powrotu do Warszawy postanowiłam skorzystać z komunikacji miejskiej. Pimpi - do czego już mnie przyzwyczaiła - znów zachowywała się wzorowo. Nie jak pies, który pierwszy raz w życiu jechał autobusem, lecz jak pies, dla którego takie jazdy to codzienność od zawsze :)

Antraktem wyprawy stała się szybka kawa u Ewy, później przyszedł czas na interesy, a następnie czas na rozrywki - baaardzo długi spacer do Pól i po Polach Mokotowskich. Było coś dla mnie (duże piwo i gazety w ogródku Lolka) i coś dla niej (woda, psy, ganianie, patyczki, szaleństwo).

Wracałyśmy zadowolone, ale ledwie się wlokąc, bo nie jesteśmy przyzwyczajone do tak długich pieszych spacerów (ten w święta to była ledwie jedna czwarta wczorajszego, a i tak był męczący). Pimpi do dziś nie wykazuje zainteresowania opuszczaniem domu. To się nazywa zmęczyć stworka...

Ona jeszcze tego nie wie, ale dzisiaj też nas czeka parę kilometrów do pokonania, niech się tylko obudzi ;)

wtorek, kwietnia 01, 2008

Coco Chanel miała rację...

Ubieram się zazwyczaj, jak istota w moim wieku ubierać się raczej już nie powinna. Jakieś jeansy, jakieś glany, jakiś podkoszulek z niepoprawnym politycznie napisem, jakaś skóra... Lubię to i mam nadzieję, że mój - stosunkowo młody wygląd - pozwoli mi przez parę lat jeszcze cieszyć się możliwością noszenia takich strojów.

Ale wczoraj coś mi odbiło i... ubrałam się jak dama i makijaż zrobiłam w dodatku... i fryzurę. No, full wypas. I, kurczę - słuchajcie - to działa! I to jak! Napotkanym znajomym szczęki poopadały. "Jesteś jakaś inna", "wspaniale wyglądasz", "co ci się stało?", "to pogrzeb czy ślub?" und cetera... ;)

Zabawne. Czyli wystarczy się tylko przebrać. Czyli Coco miała rację. Bo to niegłupia kobieta była.

poniedziałek, marca 31, 2008

Stworzonko

Stworzenie - leżące w moim łóżku obok mojego zwierzątka - znane mi jak mało kto (w końcu 13 lat to sporo jak na jedną znajomość, szczególnie jeśli 11 z tych 13 spędziło się w systemie 24/24, prawda?) - śpi jak mops. Wczoraj za plecami Stworzenia musiałam oczami i gestem w pubie dawać znać różnym, żeby olali zachowanie Stworzenia - bo Stworzenie miało fazę zaczepno-awanturniczą, a prawie każdy z zaczepianych był dwa razy od Stworzenia większy i na pewno lepiej wyszkolony, tudzież brutalniejszy... Stworzenie nigdy nie miało wyczucia w takich sprawach, ale na szczęście przy mnie i na moim terenie było bezpieczne, mimo iż robiło wszystko, aby bezpiecznym nie być...

Teraz śpi z moim zwierzątkiem. Obudzi się Stworzenie - jak je znam - z kacem moralnym i mocnym postanowieniem poprawy :) Jasne, że nic z tego nie wyjdzie, bo niebawem znów powtórzy się ta konfiguracja spania, a ja znów będę musiała ("musiała" to nie jest właściwe słowo, bo ja lubię to Stworzenie i nie muszę być dla niego ostoją, ale nie boli mnie nią bywać) się Stworzeniem zająć...

Bawi mnie to, szczególnie zważywszy okoliczności towarzyszące... ale przecież mam tylko dwa takie Stworzenia, a wśród nich takie z problemami - tylko jedno - więc jest o kogo dbać :) Na razie śpi ono wtulone w futerko, a ja mogę spokojnie wypić kawę przed zmierzeniem się z porannymi dylematami Stworzenia. A będzie z czym, będzie...

sobota, marca 29, 2008

Śmieszny jest ten świat...

No tak. Bo kiedyś - i to było normalne - faceci rwali panienki na kolekcje płyt czy innych motyli, a przy okazji... wiadomo co.

A teraz świat stanął na głowie i wyszło na to, że ja rwę faceta na komputer i internet. Znaczy na konfigurację plus szkolenia. No, przecież to jest chore. Bo jest. W dodatku w barterze (kiedyś nikt takich brzydkich słów nie używał). Barter polega na wożeniu mnie i małej, dokąd tylko będziemy chciały.

Z pozoru dobrze to wygląda, ale... no, kurna... To jednak jest trochę postawione na głowie. A nie jest?

poniedziałek, marca 24, 2008

No bo drzwi się zamyka...

Ewa - nigdy nie mająca w domu zwierzaka - pozbawiona jest naturalnych odruchów i nawyków myślowych, właściwych posiadaczom zwierząt. Ich brak zaowocował poniżej opisaną sytuacją.

Tu mały opis: mieszkanie Ewy jest rozciągnięte na długość, z przedpokoju można wejść najpierw do kuchni, dalej są drzwi do łazienki, toalety, pokoju syna Ewy, a na końcu dopiero jest duży główny pokój z loggią. W tym pokoju, między innymi, stoi ława, przy niej dwa fotele i dwa (czy dwie? bo nigdy nie wiem...) pufy.

Niedzielny poranek. Siedzimy w kuchni, ja robię papierosy, a Ewa przygotowuje półmiski z różnościami na śniadanie. Pimpi oczywiście nam towarzyszy. Ewa najpierw nałożyła sałatkę, przybrała, zaniosła do pokoju, postawiła na ławie.
Później przygotowała, pieczołowicie zwijając plasterki w fantazyjne stożki i ruloniki - półmisek wędlin, przybrała zieleniną i świeżym ogórkiem, zaniosła do pokoju, postawiła na ławie.
Wróciła do kuchni i w równie artystyczny sposób zajęła się teraz jajkami... Pokroiła je, ułożyła na półmisku, przybrała sałatą, listkami pietruszki etc. Poszła zanieść je do pokoju... A po chwili dobiegł do mnie jej zduszony głos:
- Qilia, chodź tu, szybko...
Zaniepokojona tym tonem, porzuciłam maszynkę do skrętów i błyskawicznie przemierzyłam parę metrów korytarza. Ewa w jednej ręce trzymała półmisek z jajkami, drugą rękę przyciskała do serca, a spojrzeniem wskazała mi ławę.
- Patrz! - wyszeptała dramatycznie.
Spojrzałam... w pierwszej chwili nawet nie mogłam załapać, o co jej chodzi... ale już w drugiej tak. Niedawny półmisek z wędlinami był teraz półmiskiem z kilkoma plasterkami ogórka... A Pimpi patrzyła na mnie z mieszaniną wstydu i satysfakcji w spojrzeniu...

Bardzo trudno jest skutecznie skarcić psa, jednocześnie krztusząc się ze śmiechu. Poprzestałam więc na warknięciu w stronę Ewy:
- Jak jest zwierzę w domu, to się, moja droga, zamyka drzwi do pokoju z łatwo dostępnymi smakołykami!

Mała złodziejka, po opchnięciu około ćwierci kilograma wędlin, do końca dnia nie wzięła do pyszczka nic innego (mimo zachęt) i tylko na przemian piła i siusiała... Jakoś tej soli i saletry trzeba się było pozbyć...