Dokarmianie przez klikanie

środa, września 08, 2010

Reminiscencje

Rzadko bywam w urzędach, nie znoszę urzędników, papierków, formalności etc.


Z załatwieniem własnych spraw zwlekałabym miesiącami lub wręcz latami (jakie zwlekałabym? zazwyczaj właśnie tyle zwlekam), ale sprawy innych to inna sprawa ;)

I takie spostrzeżenia z wczoraj:
* wejście do Sądów z całkiem pokaźnym nożem - betka, pomimo prześwietlaczy, bramek i detektorów ręcznych
* pół Warszawy z kimś się procesuje; najprawdopodobniej z drugą połową
* logistykę obsługi Stołecznego Centrum Osób Niepełnosprawnych zaprojektował niepełnosprawny umysłowo (ale taki bez orzeczenia, ukryty)
* obsługę petentów w powyższym ośrodku realizują również niepełnosprawni umysłowo (bez orzeczenia, ale ja bym im dała rentę od ręki, byle tylko zniknęli stamtąd)
* pół Warszawy to niepełnosprawni, druga połowa - to ich pełnosprawni przedstawiciele (w tym ja)
* jak bardzo trzeba być zdrowym i odpornym, aby w tym kraju móc sobie pozwolić na chorowanie (w tym nie jestem odkrywcza, dawno to stwierdzono)

Konkluzje:
* moje sprawy urzędowe odkładam ad acta na czas nieokreślony, bo musi przepłynąć mnóstwo powodziowych fal na Wiśle, zanim znów zdecyduję się obejrzeć jakikolwiek urząd od środka
* jak to dobrze, że dziś czeka mnie zwykły dzień i nie wystawię nosa poza dzielnicę :)

niedziela, września 05, 2010

Remanentowy dorsz

Z powodu planowanego rozmrażania lodówki...

Tu dygresja: ona, ta lodówka jest bardzo stara, sama tego nie umie robić, a żadne z nas tej czynności nie lubi, tak więc lodowiec ją zamieszkujący spokojnie mógłby rozwalić Titanica...

Tak więc z powodu planowanego jw. musieliśmy wyżreć z niej prawie wszystko. W zamrażalniku zostały trzy rzeczy, które należało skonsumować natychmiast i tak powstał powyższy "remanentowy dorsz". Proporcje dla dwóch, lubiących sporo i pikantnie zjeść, osób.

Bierzemy pół rozmrożonego dorsza bez skóry i jedną porcję warzyw (taką na rosół), też rozmrożoną oraz rozmrożony koperek - same pocięte listki. Resztę mamy żywą lub suszoną, a ta reszta to: cztery duże ząbki czosnku (mają być nieobrane), dwie średnie cebule, dwie spore papryczki chili, dwa liście laurowe, bulion z kury - jedna kostka, pieprz czarny i ziołowy, vegeta, wrząca woda.

Do roboty: na rozgrzaną oliwę wrzucamy czosnek i liście laurowe w całości, papryczki w ósemki i niech to się tak sobie smaży, a my sobie czasem to łyżką pomerdamy... Gdy nie mieszamy, to obieramy cebule i kroimy w ćwiartki, dokładamy i merdamy.
Gdy się tak smaży, to kroimy włoszczyznę w kawałki, takie sobie, byle jakie. Dorzucamy do reszty, dodajemy kostkę bulionową, rozgniatamy ją und posypujemy dowolnie pieprzem ziołowym oraz czarnym (ziołowego tak ze dwa razy więcej). Jeszcze chwilę smażymy, podlewamy wrzątkiem, zmniejszamy ogień do minimalnego (stawiamy na płytce), przykrywamy i zapominamy na razie o tym garnku - robi się samo.
Dorsza kroimy w kawałki w miarę równe, nam wyszło dziewięć, oprószamy vegetą i pieprzem ziołowym (jednego i drugiego niewiele) i smażymy po 2-3 minuty z każdej strony na dosyć dużym ogniu (na oliwie rzecz jasna). Usmażonego odkładamy na talerz i zapominamy o nim. Chyba że kot nam przypomni, to wynosimy z kuchni (dorsza albo kota - wg uznania).

Warzywa ponownie ciut podlewamy woda, mieszamy i przykrywamy i dusimy jeszcze z 10 minut (w tym czasie można np. obrać i wstawić ziemniaki z gałązkami koperku). OK, skoro ziemniaki wstawione, to gasimy ogień pod warzywami i mamy czas na kawę oraz papierosa.
Ziemniaki się zagotowały - możemy zająć się rybką: na półmisek wkładamy 2/3 warzyw, na to płasko rybę, przykrywamy ją warstwą koperku, na to reszta warzyw z sosem. Wstawiamy półmisek do piekarnika na 125 st. C i 20 minut. Teraz mamy więc 20 minut luzu - można wejść np. na demoty.

Ziemniaki i rybka będą jednocześnie. Nałożyć jedno i drugie, na ziemniaki dodatkowo po trochę świeżego masła... gotowe. Bardzo dobre jest, nawet nie zdążyłam fotki zrobić...

P.S. W gradacji pochwał MnM: szaleję za tobą!

Full romantyzm ;)

Zapowiada nam się romantyczna niedziela:

a) rozmrażanie i mycie lodówki;
b) pichcenie;
c) pranie.

Aby było jeszcze romantyczniej, to od poniedziałku zaczynam po raz trzeci tę samą pracę - poprzednie dwa razy udawało mi się znaleźć zmiennika, a teraz znów padło na mnie. Do końca życia się od niej nie uwolnię :)

Do wrogów:
nie macie się z czego aż tak bardzo cieszyć, romantyczna niedziela ma też przewidzianą baaardzo romantyczną końcówkę, a robota mi się przyda, bo rozpaczliwie brak nam kasy :D

wtorek, sierpnia 31, 2010

Pięćset dwudziesty czwarty

Spotkanie było, dwudziestu jeden wariatów... Całkiem miło.


Nieoczekiwane: spojrzeć na Wawę oczami kogoś, kto jej jeszcze nie poznał. Niewyjęte. Bardzo mi się podobało.

Nie wiem, zmęczona jestem trochę, trochę przepita. Ale generalnie raczej zadowolona ;)

P.S. Mąż ostrzygł psa. Niektórzy - złośliwi i głupi - mówią, że w schodki. Może i w schodki, ale i tak odwalił super robotę. Pimpiakowi się podoba :)

czwartek, sierpnia 26, 2010

Znów się udało...

...bo Pan Doktor zrozumiał naszą wariacką decyzję i jak zwykle pomógł. Musi nas chyba lubić, nie widzę inaczej :)


Cóż więc?
A żyjemy sobie wreszcie tzw. normalnym rytmem (bo poprzedni był, delikatnie ujmując - chaotyczny), wreszcie mamy coś takiego jak weekend (pojęcie zupełnie zapomniane). W zamian poszła w las instytucja szewskiego poniedziałku oraz niespodziewanych, bez konsekwencji - nieobecności.
Coś za coś, jak zwykle, niemniej stan obecny jest lepszy, bo mamy wreszcie czas dla siebie. Futerka też się przystosowały - na początku były nieco skołowane, ale już im przeszło i dostrzegają plusy :)

piątek, sierpnia 20, 2010

Nawiązanie

Nawiązuję niniejszym do pierwszego postu z 18. sierpnia.


Warto było jednak, bo K. naprawdę znów się uśmiecha, a wraca z pracy tak zrelaksowany i pełen energii, jakby nie wracał z pracy, a z wizyty w jakimś spa. Czyli to jednak była dobra decyzja... :)

czwartek, sierpnia 19, 2010

Kocurek




Kocurek i już.

Rozmowa z S.

S. to siostra Męża nad Mężami.


Naprawdę piękna, urodą modelki - ale pięknej modelki, a nie jakiegoś tam wieszaka. Mówię zresztą do niej od zawsze "Śliczna" bo to bardzo adekwatne jest w kwestii powierzchowności rzeczonej...

Tak sobie gadamy na fb, w końcu sprawa schodzi na kwestie zawodowe... Proponuję S. karierę w Wawie; znaczy tak lekko proponuję, bez nalegania. Na co czujna jak ważka Śliczna mówi:
- Że niby co, u was będę mieszkać? O, nie. To ja wolę tu zostać.

Nie dość, że śliczna, to jeszcze mądra... ;) W końcu każdy mądry wolałby trzymać się z daleka...

środa, sierpnia 18, 2010

Jolalojalna

Rozmowa z bardzo lubianą przeze mnie osobą na fb (osoba jest płci męskiej), chcę być miła i jestem miła... Rozmowa ogólnie dotyczy cech charakteru i ich wpływu na blabla etc.


Qilia:
- Wiesz, w porównaniu z K., to ty oczywiście jesteś żaden, ale tym się w ogóle nie przejmuj, w porównaniu z nim każdy jest żaden. Bez porównywania jesteś super, zdecydowanie górna półka.

W tej wypowiedzi Qilii jest zawarte wyjaśnienie, czemu każda kobieta to... córka... psa... Ale jakże lojalna, co nie? Jak to córka psa. ;D

Głód pod mostem

Państwo M. jak zwykle narozrabiali... Głuptasy z nich trochę. Ale za to ideologicznie OK.


Pan M. czyli CudnadWisłą poszedł był właśnie pierwszy raz do nowej pracy. Nic nadzwyczajnego, ostatecznie ludzie od czasu do czasu zmieniają pracę...

Problem wynika z nas jak zwykle. Otóż my wszystko musimy odwrotnie i dlatego CnW zmienił dobrze płatną (choć patologiczną i poje...) pracę na inną, duuużo gorzej płatną - ale bez patologii i poje...nia.
Jeśli Pan Doktor nie zrozumie tej wymiany, to czeka naszą czwórkę głód. Głód pod mostem w dodatku.

Dlatego właśnie nie wiem, z czego się cieszę... Może z tego, że CnW będzie się częściej uśmiechał, bez tego stresu wynikającego z codziennego obcowania z patologią? Nie wiem, czy to jest duży powód czy mały. Dla mnie wystarczająco duży w każdym razie.

poniedziałek, sierpnia 16, 2010

Nie wiem, co to znaczy ;)

Dowcip sytuacyjny z dzisiejszego popołudnia.


Państwo M. muszą obgadać ważną rzecz, więc zaopatrzeni w po setce na ryjek udali się w spokojne podcienia Mostu Świętokrzyskiego, co by rzecz rzeczoną obgadać.
Obgadują zawzięcie, ledwie sącząc, bo gadanie ważniejsze.
Nagle Qilia (może wiedziona instynktem, a może przypadkowo), kieruje wzrok w górę i lekko na prawo... O, q...
Nad państwem M., oparci o barierkę, stoją dwaj policjanci i z wiele mówiącym uśmiechem im się przypatrują... Jeden z nich mówi:
- Zaraz tam zejdziemy...
Na co Q. wzorem Thelmy czy Louise (nie pamiętam, która była która) z "T&L" robi "proszącego pieska" - plus dla niej, że choć nie popiskuje jak pierwowzór ;)
Policjant zimno, powtarzając gest:
- Nie wiem, co to oznacza...
(Drugi policjant w tym czasie się śmieje.)
Qilia:
- To jest prośba, nie schodźcie, no po co ( jednocześnie państwo M. demonstracyjnie chowają mikrobuteleczki do mikroskopijnego plecaczka Q.)? A poza tym mamy poważną rozmowę, musieliśmy (widzi już rozjaśnione miny obu policjantów). Dziękujemy :)

Ładne? A w dodatku prawdziwe co do słowa. Policja nie jest zła, a poza tym odróżnia chlanie od popijania. Brawo i... dziękujemy ;)

środa, sierpnia 11, 2010

Zadania na dziś

To trzeba dziś zrobić:


1. Zarezerwować knajpkę na koniec miesiąca, na cantryjskie spotkanie.
2. Pójść do pani Stanisławy i przyjąć robotników od ciepłej wody.
3. Napić się piwa w poczuciu dobrze spełnionych obowiązków.

wtorek, sierpnia 03, 2010

Duch z przeszłości

Dziś w planach mam piwo z bardzo, ale to bardzo dawno nie widzianym kolegą.


Prawdopodobnie przebiegnie ono pod hasłem "A pamiętasz...?", jak zwykle przy takich okazjach bywa. Ale nie tylko, więc bardzo się na nie cieszę i liczę na megatony pikantnych plot o wspólnych znajomych, którzy już teraz powinni mieć piekące uszka, choć spotkanie dopiero za kilka godzin ;)

niedziela, sierpnia 01, 2010

Cholera, znów ta polityka...

W związku z rocznicą Powstania pojawiają się dyskusje, choćby na FB.


Czy to PW dobre było czy niedobre? Potrzebne czy zbędne? Bardzo mądre czy bardzo głupie w założeniu?

Ja tam nie wiem, większość dyskutujących pewnie też nie wie, bo nie dość, że ich - to nawet ich rodziców nie było wtedy na świecie. Ale kocham Warszawę i kocham wolność i myślę, że gdyby należało dziś podjąć decyzję, czy walczyć czy też nie, to 100% (pełne sto procent, albo nie znam ich) moich przyjaciół oraz ja, nie zastanawialibyśmy się wcale, czy to mądre, czy to dobre, czy niezbędne. Zrobilibyśmy po prostu to samo, co nasi dziadkowie.

A potem po latach znów by się pewnie ktoś zastanawiał, czy to mądre było.
Ale nam by to było słodko obojętne, bo my już zrobiliśmy to, co czuliśmy, co chcieliśmy, co uważaliśmy za słuszne. Na szczęście podczas tych dyskusji bylibyśmy już od dawna martwi, więc one by nas zupełnie nie dotyczyły.

The After Ride

No, kochaaani... Państwo M. są z siebie absolutnie zasłużenie dumni.


Bo i są powody. Gleba została zaliczona raz, ale było to zamierzone i kontrolowane, jedynie w celu sprawdzenia, czy nadal umie się upadać. Się umie - ani otarcia ani siniaka, ani w ogóle nic z tych rzeczy...

Jak na pierwszą jazdę na wrotkach (bo trening na klatce schodowej się nie liczy), państwu M. poszło po prostu śpiewająco. Jutro drugi trening, też w godzinach wczesnoporannych, zainteresowani mogą rezerwować miejsca w loży na moście Świętokrzyskim. Stamtąd bowiem wszystko widać, ale z zachowaniem bezpiecznego dystansu od państwa M., którzy może jako tako jeżdżą, ale hamować to się jeszcze, niestety, nie nauczyli ;)

Sen

Przed chwileczką:


- Śniło mi się, że kupiłem ci pierścionek...
- A chociaż ładny był?
- Nie no, nie jakiś taki bardzo super, ale tak, ładny, ładny był raczej...
- To dzięki :D
- A nie ma za co :)
- No, fakt...

Xanadu ;)

Pamiętacie ten musical? Bardzo był kiczowaty, ale za to z dobrą muzyką no i fajnie tam na wrotkach jeździli.


Czemu akurat teraz o tym piszę? A bo państwo M. nabyli wczoraj dwie pary wrotek i dziś udają się na jazdę próbną. Słowo, że gdy wrócą, to opiszę uczciwie, ile razy zaliczyli glebę.*

Niezależnie od tego, pani M. już pewnie jest na Youtube, bo wczoraj trenowała na klatce schodowej, monitorowanej przez KSP, tak więc - jeśli chłopaki się nagraniem sami nacieszyli, to pewnie wrzucą, co by inni ludzie też się mogli pośmiać ;)

*Pod warunkiem, że w ogóle będę w stanie policzyć...

piątek, lipca 30, 2010

Like as...

Dziewczynki kochają się w aktorach.


Ja tam się nie kochałam, w końcu normalna jestem, ale kilku aktorów zawsze mi się podobało... Marlon Brando w "Młode lwy" i w "Tramwaj zwany...", Rutger Hauer w "Autostopowicz", Harvey Keitel w "Pulp Fiction", Robert Duvall w "Czas Apokalipsy", Michael Madsen w kilku kreacjach oraz James Woods... ten ostatni zawsze i wszędzie.

Wejdźcie na FB oraz TU. Porównajcie fotografie...Tak więc jednego z nich mam, w końcu się doczekałam. Z tym, że ma tę zaletę, iż jest moim mężem ;) Poza tym jest IMHO przystojniejszy, wyższy o 9 cm i młodszy o 40 lat :) Same zalety...

Jak się wkurzać, to do końca

Więc się będę wkurzała...


Otóż wczoraj byliśmy u przyjaciół i oni się (oni plus mój mąż) denerwowali. Czym? A duperelą polegającą na tym, że ja sobie siedziałam.

Siedziałam sobie na barierce. Barierce balkonu. Na dziewiątym piętrze, nad Tamką.

I nie wiem czym ich tak wkurzałam (z daleka, bo bali się podejść), bo przecież ja nie jestem samobójcą i byłam tak pochylona i tak zapętlona w barierki, że spaść mogłabym tylko z 60 cm, na balkon... Się zawsze wszyscy czepiają....

Starość widzę, starość...

Na cantryjskim forum niejaka Wró (tak właśnie, nie ma tu błędu w nicku) napisała, iż rodzice (jest osobą najwyraźniej nieletnią) pozwolą jej się udać na spotkanie cantryjskie pod koniec sierpnia tylko wówczas, gdy zostaną spełnione warunki.


Warunków było kilka, zaczęło się od szofera, ale mnie wkurzył punkt b) w którym stało jak byk: przedstawię was wszystkich od najlepszej strony.
Otóż ja się tak nie bawię, bo a) nie mam najlepszych stron; b) nie mam nawet zwyczajnie dobrych; c) gdybym miała wymienione w punktach a) lub b), to nie życzyłabym sobie rozpowszechniania tej wiadomości, bowiem w opinii publicznej funkcjonuję jako osoba wyjątkowo zła i nie życzę sobie zmiany tego, jakże mi miłego, wizerunku :)

Chyba się starzeję, bo nigdy aż tak bardzo o własny wizerunek nie dbałam, a tu mnie nagle wzięło, cholera ;)