Dokarmianie przez klikanie

piątek, lipca 23, 2010

Małe czasy

"Wielkie czasy wymagają wielkich ludzi." - to pierwsze zdanie pierwszego tomu Szwejka...


Właśnie kupiłam cztery tomy przygód wojaka i cieszę się z tego bardzo, bo to edycja sprzed ponad pół wieku, a przy tym w świetnym stanie.

A co u nas? Powoli. Powoli przez te upały, nie sprzyjają bowiem rzemiosłu i wysiłkowi fizycznemu. Staramy się, ale trudno pracować w nocy (hałas) i w dzień też nie najlepiej (wiadomo, temperatury).

Stworki szukają najchłodniejszych miejsc i ożywiają się jedynie w nocy (Franz) lub o żadnej porze (Pimpi).

Ale poza tym to wszystko jest jak najlepiej. Nie takie rzeczy już udało nam się już przetrzymać... ;)

poniedziałek, lipca 12, 2010

Nie jestem ostatnią normalną...

...ale czasem tak się czuję.


Jak bowiem można być tak dalece pozbawionym empatii i wyobraźni i zwykłej wiedzy, aby móc pozostawić zwierzę w nagrzanej do 50-60 st. C puszce, którą jest latem samochód; w takim piekarniku... Jak dalece trzeba być kretynem, aby to zrobić?

Jak bardzo trzeba być głąbem, wskakując po paru lufach do (zawsze chłodniejszej od ciała) wody. Skakać na łeb (jakże durny), gdy nawet nie umie się pływać, bo przecież większość mieszkańców tego kraju pływać nie umie, skakać tym bardziej nie...

Do jakiego stopnia trzeba być imbecylem, aby nie zapewnić psu i sobie wody, aby w efekcie tego paść na szlaku?

Dlaczego na Woodstocku zawsze kilku schodzi z powodu, że się nachlali i zasnęli pod słońcem i już nigdy się nie obudzili?

No cóż, tego wszystkiego mogłoby nie być. Wystarczy, aby wiedzę przekazał np. ojciec synowi, nie? Ale cóż po tym, jeśli ojcowie kretynami, a z synów też nobliści raczej nie wyrosną. W tym układzie żal tylko psów.

niedziela, lipca 11, 2010

Komandos, kurrr...czę ;)

Najlepszy z Mężów

- O, przeczytaj to, tak sobie ekologicznie dom zrobiła, że nawet na dachu ma darń...
Najgorsza z Żon
- Weź się z tym seksistowskim pisemkiem, "Komandosa" mi kup, to będę czytać.
NzM
- Jakim seksistowskim, przecież to babskie obcasy (i gejowskie).
NzŻ
- Właśnie.
NzM
- A jest w ogóle takie pismo "Komandos"? Nie wiedziałem.
NzŻ
- Jest. Jedyne, które można przeczytać w całości łącznie ze stopką redakcyjną. Więc mi kup. Ale pewnie cię nie stać.
NzM
- Stać, stać... Tylko nie jestem pewien, czy ta lektura jest dla ciebie dobra. Testosteronu masz aż nadto...

No, cóż... Chyba rzeczywiście mam... ;) Ale i tak cię kocham, potworze.
Kup mi tego "Komandosa". Kup!

P.S. Jakim cudem udało mi się wyjść za człowieka, który wątpi w istnienie "Komandosa"?! Jakim?!

sobota, lipca 10, 2010

Nie mogłam się nie podzielić...

...urywkiem z rozmowy Pana Kiciusia z Kiciusiem Jego Ukochanym, proszę więc:


- Fraaanz, bo jak mi to usuniesz, to...*

*kociątko zrobiło zwyczajową rundkę po klawiaturze

Ja mam dobrze - mnie włazi tylko na tablet i może zrobić tam jedynie "cofnij" lub "naprzód", ewentualnie wejść na pulpit ;)


Nie rozumiem

TU jest coś, czego nie rozumiem, a raczej "rozumiem inaczej".


Najpierw wejdźcie, obejrzyjcie i przeczytajcie.

Już?

No. Dlatego nie rozumiem, bo...

...dla mnie ciemność to bezpieczeństwo i spokój. Mam takie dwa miejsca nawet, gdzie - gdy nie włączy się oświetlenia - panuje ciemność absolutna, nie ma okien, więc ta ciemność otula, jest czerń i nic więcej... Wspaniałe, naprawdę - spróbujcie. W ciemnościach nic złego nie może się zdarzyć. Jest cudownie, ciepło, miękko, absolutna samotność, ale w najlepszym znaczeniu tego określenia.

Może otworzę warsztaty leczenia ciemnością. O, kurczę, a może to właśnie niegłupi pomysł?

piątek, czerwca 25, 2010

Skok cywilizacyjny

Męczyły się dwie istoty...


Darły cyklinami, drapakami, papierami ściernymi... Męczyły się jak potępieńcy - a dobrze i tak nie wyglądało.

Od wczoraj zmiana:
Bosch robi, a istoty teraz palą, sączą piwko i uśmiechają się zamiast męczyć... A efekt? No, masz! Re-we-la-cja! :)

środa, czerwca 16, 2010

Post 501

No, sama się dziwię, że pół tysiąca strzeliło... Miło, że nadal jesteście ze mną, z nami :) Ale do rzeczy...


Psica w domu raczej gnębi kocurka. Jak już kiedyś wspominałam, uznaje jego prawo do snu (byle nie w naszym łóżku), do jedzenia (byle ta micha nie była lepsza, niż jej), do korzystania z kuwety (dziwne są te koty) i do w miarę swobodnego przemieszczania się po mieszkaniu (byle nie za swobodnego, co by się kotu w łepetynie nie poprzewracało z nadmiaru swobody ;)

Stosunek Pimpi do Franza diametralnie zmienia się po wyjściu z domu. Po przekroczeniu progu to jest JEJ kocur i NIKT, a już szczególnie żaden obcy kundel nie będzie się gapił na JEJ kocura. O czymkolwiek więcej zresztą niż gapienie, żaden wstrętny obcy kundel nawet nie ma prawa pomyśleć, bo w łeb! JA, Pimpi z MOIM kocurem mogę sobie łazić, mogę z nim żreć trawkę, możemy być głaskani przez NASZYCH państwa- cała reszta precz!

Czy muszę dodawać, że po powrocie do domu... Tak. Po powrocie jest jak zwykle, czyli "spadaj futrzaku" :)

poniedziałek, czerwca 14, 2010

Warszawa, piąta rano

- Ale jak państwu się udało go nauczyć? Ja moje dwa usiłuję od dawna, ale niestety, jak dotąd - bezskutecznie...


- Myśmy go w ogóle nie uczyli. On tak sam z siebie...

P. S. Pytanie dotyczyło Franza prowadzonego na smyczy.
P. P. S. Franz z pieskiem pani pytającej (był to kundelek o gabarytach i wyglądzie zbliżonym do goldena, czyli raczej spore zwierzątko) zrobił śmiało spotkanie nosek-nosek, po czym poszedł dalej, aby wspólnie z koleżanką Pimpusią zażerać się trawką ;) Świetnie zresztą wyglądają pies i kot pasące się opodal siebie jak owce :)

sobota, czerwca 12, 2010

Spacerek

Wczoraj wieczorem poszliśmy z F. na spacer. Tylko z F., bo mała rozwaliła sobie łapkę ganiając za patyczkami i ma chwilowy zakaz opuszczania koszar - do wyzdrowienia łapki.


Sprawdziliśmy, czy Wisła opadła (opadła, a jakże), czy da się łazić już nad nią (nie da się, podłoże się ugina, lepiej nie), jak w ogóle tam jest (byle jak i brudno)...

A potem było pięknie... ławeczka. Kocurek wzbudza wielką sensację :) Na końcu było jeszcze piękniej - oboje z kocurkiem leżeliśmy na takim wysokim murku i gapiliśmy się na świat, a K. nas eskortował :) Znaczy najpierw nas na tym murku umieścił, a potem pilnował, żebyśmy za bardzo nie rozrabiali.

P.S. K. wczoraj wtłukł mi dwa razy w bilard. Nie lubię go, nie lubię... Też mu kiedyś wtłukę, zobaczycie. Jak ze sto lat potrenuję ;)

piątek, czerwca 11, 2010

Franz vs. komary

Najkrócej: gdyby nie on, to dawno by nas zeżarły.


W końcu u nas, nad Wisłą, wśród parków, są wręcz (one, te komary) niepokonane. I nie mówcie mi tu o chemikaliach. Komar jest jak włamywacz - gdy wprowadzają nowy zamek na rynek, on już wie, jak go otworzyć. Jak szczepionka przeciwgrypowa... zawsze robiona na grypę sprzed sezonu. Czyli chemikalia im nie szkodzą, może trochę rozśmieszają (nie wiem, czy owady się śmieją, ale gdyby się śmiały, to by się śmiały).

Franz natomiast działa na komary z tego sezonu, tu i teraz. Co im zrobił? A pozabijał je wszystkie :)

poniedziałek, czerwca 07, 2010

A wszystko miało być źle...

Po wczorajszym widać, że nie zawsze w życiu jest źle, zamiast pięknie - czasem bywa odwrotnie (inna sprawa, że rzadko tak bywa, ale nie o tym chcę tym razem mówić ;)


Wczorajszy wieczór miał być osobny, smutny, żaden. Jeden telefon w jednej chwili to zmienił: wieczór okazał się być wygrany do wspólnego wykorzystania. Normalnie pewnie zostalibyśmy w domu, ale te darowane godziny dodały nam fantazji i...

...wspaniale było siedzieć z całym zwierzyńcem na ostatnim suchym schodku nad Wisłą i przypominać sobie tę pierwsza noc i gadać z ludźmi i piwo sobie sączyć. Piękna noc nad rzeką.

A tak przy okazji, to jeśli chodzi o Pimpi - wiadomo - dla niej wszystko jest oczywiste, nie boi się niczego, nikogo i nigdy. Ale Franz - o, kurcze, jesteśmy pod wrażeniem. Jeśli macie koty, to zwizualizujcie sobie, jak zachowywałyby się o 30 centymetrów od kłębiącej się wody. A Franz był zaciekawiony i spektakl nurtu wyraźnie go fascynował. I to wszystko, żadnej paniki, żadnego marudzenia, czysta radość z odkrywania tajemnic świata :) F. niewątpliwie fizycznie jest kastratem, ale psychicznie to ma jaja większe, niż miewają zwykle koty :)

poniedziałek, maja 31, 2010

Prawie nigdy nie poślubia się jednej osoby...

...no tak, bo razem z ukochaną osobą - jednocześnie - poślubiamy również rodzinę ukochanej osoby.


Przed ślubem rzadko się o tym myśli. Własnej rodziny nie wybieramy, często zresztą nam ona zupełnie nie pasuje (choć bywają wyjątki - i tym ludziom bardzo zazdroszczę), a tu w dodatku zostajemy obdarowani kolejnym pakietem rodziny, czasami jeszcze bardziej nie na miarę skrojonym, niż własna nieudana rodzina. Czyli, generalnie - przegwizdane mamy na maxa.

Nie przepadam za dowcipami o teściowych, bo są śmieszne, więc nieprawdziwe... W życiu, niestety, do śmiechu w układach z teściami daleko...

Jestem recydywistką, więc wiem o czym mówię, mając więcej doświadczeń w tym względzie, więcej niż średnia krajowa pozwala. Mam bowiem teraz trzecią parę teściów.
Mam w dodatku całe mnóstwo sióstr męża (i niestety tylko jednego brata, naprawdę szkoda wielka, że W. nie występuje w ośmiu na przykład wersjach). Tak więc dla mnie, socjopatycznej jedynaczki, to powinien być teoretycznie horror.
A ja jestem szczęśliwa, wyobraźcie sobie. Bo - po moich poprzednich doświadczeniach z rodzinami mężów, byłam nastawiona na koszmar do sześcianu. A tu się nagle okazało, że mam dużą nową rodzinę. Taką fajną, która mnie w dodatku (bardzo mnie to zresztą dziwi, bo nie wiem czemu, przecież jestem okropna) chyba lubi. Całkowicie zabili moją traumę i spojrzenie na rodzinę jako taką (a było to - do czasu ich poznania, spojrzenie z jak najgorszej strony). Gdy o nich myślę, uśmiecham się. Dlatego każdemu, kogo ja z kolei lubię, życzę, aby wraz z ukochaną osobą poślubił też tak wspaniałych ludzi - takiego właśnie pakietu "całe mnóstwo w jednym" ;)

Mówiłam, że jestem szczęściarą. Jestem jak cholera, bo to jest, kochani, baaardzo ważna sprawa :) Rada na dziś: przyjrzyjcie się nie tylko przyszłej połowie waszego związku... Bo prawie nigdy nie poślubia się... da capo al fine ;)

piątek, maja 28, 2010

Wiedzieliśmy

Nasz głuchy, lecz bardzo inteligentny kocurek, potrzebuje po prostu więcej bodźców, niż kot normalnie słyszący...


To jasne było od zawsze. Kwestia pomysłu, aby z nim wychodzić na zewnątrz, była kwestią li tylko czasu.
To trzyletni, nigdy wcześniej nie wychodzący kot. Stąd powolne przyzwyczajanie, próby. Nie sądziliśmy nawet, że aż tak mu to będzie odpowiadało. Chodził z nami już na smyczy, był noszony w nosidełku, czas na rower teraz... Też mu się spodoba, bez wątpienia :)

Jak miło jest patrzeć, gdy on chłonie wszystko wokół. No, może z wyjątkiem większości dźwięków... Ale za to jak patrzy! I tyle zapachów. Chyba trafiliśmy w punkt.

P.S. A wiecie jaką sensację wzbudza para: on z psem, ona z kotem? W zasadzie to nie ma szans na przejście najkrótszą ulicą Powiśla bez kilkukrotnego zaczepienia ;)

Odliczanie

Odliczamy ostatnie dni do...


Oczywistym jest, że przy takim niecierpliwym odliczaniu każda doba ma po sto godzin, zamiast nominalnych dwudziestu czterech... Znów relatywizm czasu, o którym wielokrotnie tu mówiłam.
Planowanie, liczenie, rezygnacja z czegoś na rzecz czego innego. Tak czy inaczej - krok, może nawet kilka kroków we właściwym kierunku.

Wzajemne pilnowanie się w miarkowaniu pomysłów, choć chciałoby się naraz tak wiele. Normalne, każdy to zna.

Nic więcej nie potrzeba nam teraz poza mądrością, bo dzięki niej wszystko może się udać. I spokój, wyważenie, miast rzucania się w wir... Myśleć i nie wariować. Aż tyle.

Jak wam się podoba?

Czyli pierwszy spacer. Franzowi się bardzo podobało :)

poniedziałek, maja 24, 2010

Tra-la-lala-la :)

Jeśli wszystko dobrze pójdzie - a może tak być, to Franz będzie dużo bardziej znanym i światowym kiciusiem, niż do tej pory. Dziś się okaże... Jeśli mu się spodoba... Bo nam na pewno ;) Napiszemy i pokażemy post factum, trala-lala-la, hi, hi, hi :D

niedziela, maja 16, 2010

Yesterday...

...znaczy wczoraj.

Pan M. zatelefonował do pani M. (wówczas będącej jeszcze w pracy):
- Umów się ze mną.
- Dobra. Gdzie?
- W Bajce?
- O.K. O której?
- No, gdy dojedziemy, jakoś tak.
- To cześć, do zobaczenia.

Po dwóch godzinach na Placu Zamkowym, rozmowa z rykszarzem.
- Kochany, zawozisz nas do Michała za dziesięć złotych. Albo nie masz kursu. Wybór należy do ciebie.

Po dwóch kolejnych, po beherovce, kawach, piwach i ch... wie czym...
Państwo M. wchodzą do Czarnej Perły. Bilety kupują.
- Kto dziś gra?
- Roczeń. Ten od szant.
- Aha, to O.K.

Następne cztery godziny pękły.
Idziemy do Harlemu.
- Dokumenty proszę...
Tu Qilia niemal umarła ze śmiechu...

Kolejne dwie godziny pod znakiem hip-hopu. Fajnie było. Pani M. spytała menedżera, czemu sprawdzają dowody, a wpuszczają bez problemu ludzi z nożami. Oburzył się i zdziwił. Pani M. odgięła była połę kurtki i pokazała z czym wpuszczają. Już się nie oburzał, ale zdziwiony był bardziej...

Ale państwu M. ciągle mało było jeszcze... Padło na Vanilla Ice... :) Już nie pamiętają, co pili, ale na końcu, jak po haszu, dziki głód im się odezwał i wzięli po hot-dogu. Po czym wsiedli wreszcie do taksówki, kupili pół litra, wrócili do domu; w końcu przestali męczyć to miasto :)

Wiesz, Kamil. Z Tobą tak można. Jak to dobrze, że można :) Dziękuję za wczoraj. Bawiłam się zajeprzewspaniale :)

The Dreamers

Tak sobie gadają państwo M., zanim jeszcze weszli byli na stronę Lotto, co by sprawdzić wyniki...


- Ale co, to im kupimy mieszkanie?
- No co ty, to co najmniej milion...
- Przestań, ale jak fajnie jest móc powiedzieć: weźcie sobie wybierzcie jakieś trzypokojowe... Wiesz jak to miło móc powiedzieć komuś coś takiego?!
- No fajnie, fajnie... Ale w takim układzie to dla siebie musimy kupić co najmniej kamienicę.
- No pewnie. Na Powiślu, jakąś mocno przedwojenną, góra pięć pięter... A doktorowi na gabinet damy dożywotnio jakiś ładny parter...
- A ty znowu, jeszcze nie mamy, a już rozdajesz...
- Z tą kamienicą to tylko taki problem będzie, że każdy gwóźdź będzie musiał być konsultowany z konserwatorem zabytków, ale damy radę...
- To może sprawdźmy, czy coś wygraliśmy?
- Dawaj!
- ...
- O, nawet dwójki nie mamy!
- No widzisz, nie będzie się trzeba użerać z konserwatorem...
- My to jednak mamy szczęście :)
- No :)

P.S. Można zgadywać, komu państwo M. chcieli kupić trzypokojowe mieszkanie...

sobota, maja 15, 2010

Poradnik skutecznej tresury...

...według K.


Wydać polecenie w ćwierć sekundy po tym, gdy zwierzątko wykona samo z siebie zawarte w poleceniu zadanie...

Świetnie wygląda, a większość obserwatorów i tak się nie połapie, co było pierwsze - rozkaz czy wykonanie ;)

Dlatego pięknie jest, gdy Mąż mówi: Waruj!
A Franz waruje... Cokolwiek to znaczy (to warowanie, bo ja na przykład do dziś nie wiem, Pimpi też nie wie, ale również waruje).

Dom wariatów...

...czyli powrót do normalności. Paradoks pozorny ;)

Wyzdrowiałam, powoli się podnoszę, więc i pomysły mamy coraz lepsze. Bo trzeba być wariatami, by robić z czterech stołków i kołdry tunel dla kota, tylko po to, aby mu było fajniej, co nie?



Na zdjęciu Franza nie widać, bo... No, tak, zgadliście - bo jest w tunelu :)