Dokarmianie przez klikanie

czwartek, czerwca 28, 2007

Pimpi's Diary - Part 3.

No to mam przerąbane... Bo:

1. Nie słucham, gdy mnie wołają... (rozumiecie - taktycznie głuchnę, chyba się to wydało, ups...) - ale to chyba normalne, jestem już DOROSŁA i nie muszę ciągle przybiegać jak szczeniaczek.
2. Nie cierpię chodzenia na smyczy (a wy byście lubili?) - ale to chyba normalne, jestem już DOROSŁA i nie muszę być prowadzana na sznurku jak szczeniaczek.
3. Znalazłam sobie fajne perfumy na spacerze (nie znam nazwy, ale ekstra) - ale to chyba normalne, jestem już DOROSŁA i nie muszę pachnieć tfu... mydłem jak szczeniaczek.
4. Lubię czasem odwiedzać te przydrożne stołówki (wiecie - śmietniczek, jakieś jedzonko dla gołębi, te sprawy, fast food - no, co? też lubicie...) - ale to chyba normalne, jestem już DOROSŁA i nie muszę jeść tylko tego co mi dadzą, jak szczeniaczek.

Dlatego mam przerąbane... Ona mnie chyba sprzeda. Tak mówi... Mówi że by mnie sprzedała, ale nie widzi na razie w okolicy idioty, co by mnie kupił... I jak ma lepszy humor, to tłumaczy Jemu że to normalne, że to taki młodzieńczy bunt i że wytrzymają, i jeszcze coś o tym czasem rozmawiają, że jak to będzie fajnie, jak ja już dorosnę i będę normalnym psem.

A przecież ja JESTEM DOROSŁA, nie tak jak szczeniaczek... mam prawie pięć miesięcy, nie tak jak szczeniaczki co mają cztery i pół... Cześć, bo znowu będę miała przerąbane...

wtorek, czerwca 26, 2007

Tęczowo

Dawno już nie było widoczków z okna, psie fotki je wyparły...

Ale jest pretekst... bo bardzo dziś od świtu dzika, zmienna i pokręcona pogoda; chwilami jednak również taka:


poniedziałek, czerwca 25, 2007

Rozdział tylko dla palących

Bardzo dużo palę - długich, normalnych papierosów (nie lajtów, nie mentoli) dziennie ok. 40 sztuk, co przy obecnych cenach kosztuje miesięcznie ponad 300 złotych.

Właśnie ten ostatni aspekt zaczął mnie od pewnego czasu trochę irytować. Nie mam kasy, palić lubię i wyrzec się raczej nie tylko, że nie mogę - bo byłby to wielki wysiłek i pewnie skazany na niepowodzenie, to w dodatku nie chcę. Palić coś, co tanie i cuchnące? No jakoś też mi nie pasuje... Ograniczyć? Eee, tam - próbowałam, po pewnym czasie wraca się do "normy".

No i wpadłam na to, że się trochę pooszukuję ;) Kupiłam tytoń (ten, który mi się spodobał, bo się nie znam na markach), gilzy, maszynkę... i żadnych papierosów. Radź sobie teraz sama, koleżanko Qilio ;)
Okazało się to znacznie prostsze, niż sądziłam. Poza tym - palę naprawdę mniej, bo świadomie, a nie odruchowo. Papierosy mam dużo tańsze i w dodatku bez wtrętów przedziwnych w postaci kołków i tym podobnych... Są smaczniejsze - ten tytoń jest o niebo lepszy, choć wcale nie z górnej półki. A dodatkowo... trochę szpanu, wiecie - zippo i skręt - te klimaty ;) Jeśli będę grzeczna i nie wrócę do tamtych, to przy najbliższej gotówce kupię sobie papierośnicę w nagrodę. A jak!

P.S. Mój M. nie pali, ale czasem przygotowuje dla mnie papierosa, mrucząc przy tym, że nie spodziewał się, iż będzie kiedykolwiek wykonywał taką czynność i że będzie go ona w dodatku bawiła :)

sobota, czerwca 23, 2007

To jeszcze nie był koniec...

Po dwóch godzinach oczekiwania zaniepokojenie tym, że osoby z gazowni sie nie pojawią wzrosło znacznie.

Nie jest to dziwna reakcja, zważywszy iż ich niedotarcie oznaczałoby brak porannej kawy jutro i pojutrze. O takich detalach jak ciepłe posiłki nie wspomnę. Zajrzałam do sąsiadki...
- Mam taki problem (tu opisałam problem), czy mogłabym od pani pożyczyć chociaż elektryczną grzałkę do wody?
-Nie mam grzałki, ale dam pani kuchenkę dwupłytowa i niech sie pani nie przejmuje, u nas ten odbiór instalacji zrobili o dwudziestej pierwszej. Ale to nie była sobota... niech pani zadzwoni do pogotowia. To powinno pomóc.

Dzwonię. Pan powiadamia mnie, że z powodu awarii nie dotarli, lecz dotrą niechybnie.

Dzwonią znajomi. Zapraszają: - Ruszcie się, wpadnijcie do ogródka. Odpowiadamy, wyjaśniając sytuację. Odpowiedź z drugiej strony: - To my niebawem się zjawimy...

Za jakiś czas zjawili się inspektorzy, zatwierdzili, podłączyli... Potem przyszli - mimo burzy - M. i J., uśmiechnięci jak to oni, obładowani jak mikołaje... i z koszmaru zrobiła się zabawa.

Nie mam szczęścia do pieniędzy. Ale mam wielkie szczęście do ludzi, którzy mnie otaczają.

Wyjęte z życia...

...kilka godzin, maksymalne wkurzenie, biedny pies, przerwana robota i zmarnowana większość dnia.

Przez co spowodowane? Przez wymianę instalacji gazowej. Ponieważ panowie operację przeprowadzili w standardach peerelowskich (ci od europejskich zarabiają w Europie, nie tu), więc było głośno, brudno, bałaganiarsko i cała robota porządkowa spadła na nas, a konkretnie na M., bo ja dziś mało sprawna fizycznie jestem. Biedny psiak chciał pogryźć smycz, na której był uwiązany, bo musiał być... Burdel i tyle. Nie obrażając porządnych burdeli.

W normalnym świecie właściciel mieszkania dałby obniżkę czynszu lub też sam się zajął pilnowaniem monterów oraz sprzątaniem. W tym świecie piątego lipca spyta, czemu już aż jeden dzień spóźnione są płatności.

Napisałabym jeszcze coś o naszym stanie hmm... zdenerwowania, ale nie mogę, bo co zaczynam, to mi wychodzą słowa, których dama raczej na publicznym blogu używać nie powinna. OK, więc kończę pozostając damą, grr...

poniedziałek, czerwca 18, 2007

Ciii...

Tu była notka, kto czytał - wie o czym; kto mnie zna, wie czemu zniknęła. Zniknęła jak znika - prędzej czy później - wszystko, co złe. A życie, na szczęście - toczy się dalej.

sobota, czerwca 16, 2007

Uff...

Robiliśmy kolejne przemeblowanie związane z kolejnymi zmianami jakie nastąpią, ale o których - jak zwykle - nic nie napiszę jeszcze.

Najpierw - wczesnym rankiem - robiliśmy zakupy, więc trochę się nałaziliśmy po okolicy. Na dodatek przemeblowanie przerodziło sie w późniejszej fazie w sprzątanie, tak że padamy na mordki zupełnie. Maleństwo bardzo dzielnie nam pomagało, dzięki czemu wszystko trwało trzy razy dłużej. Teraz my podtrzymujemy się przy życiu kawą, ale małe nie musi być na chodzie, więc odsypia w pozycji przesłodkiej, jak to ono.

poniedziałek, czerwca 11, 2007

O pożytkach z posiadania psa płynących...

Są.
Poza tymi, o których się ogólnie wie, rzecz jasna.


Pożytkiem niewątpliwym jest to, że dwoje dorosłych ludzi może siedzieć na pieńkach i strugać fujarki - przecież wyprowadzają psa i muszą się czymś zająć. Bawią się, rzucając w siebie trawkami, jak strzałkami - to samo wytłumaczenie. To trochę jak "wypożyczanie" dziecka od znajomych, aby dogłębnie poznać atrakcje wesołego miasteczka.

Dziś znów poszłyśmy na megaspacer, trzygodzinny, bawiłyśmy się na otoczonej drzewami polance, wśród śpiewu ptaków, były inne psy... obie zresztą nawiązałyśmy nowe znajomości i teraz ledwie żyjemy ze zmęczenia.


Właśnie - nowe znajomości. To kolejny, rzadko wymieniany, a bardzo istotny pożytek. Mieszkając tu od grudnia, poznałam tylko najbliższych sąsiadów i kilka osób w osiedlowym pubie. Z małą wychodzę ledwie od miesiąca i poznałam ze dwudziestu ciekawych ludzi, z którymi codziennie mam o czym rozmawiać i nie są to jedynie rozmowy dotyczące psów.

P.S. Ilustruję tę notkę dwoma portretami Pimpi, według mnie bardzo udanymi, autorstwa M. Zrobił je dwa dni temu. Ładna jest, prawda?

sobota, czerwca 09, 2007

czwartek, czerwca 07, 2007

Tuptanie przez życie


Maleństwo coraz bardziej przypomina prawdziwego psa, tak wyglądem, jak i zachowaniem. Wygląd możecie ocenić sami na podstawie poniższych zdjęć. Jeśli zaś chodzi o zachowanie, to musicie mi uwierzyć na słowo...


Zmiana w zachowaniu uwidoczniła się na przykład dwa dni temu, gdy Pimpi skutecznie pogoniła swoim szczekiem i postawą bullteriera, który chyba zbyt mocno nadepnął ja w zabawie. Wszyscy - bullterier, jego właściciele i przede wszystkim my - byliśmy tak zaszokowani, że tylko staliśmy osłupiali, podczas gdy zadowolona mała od niechcenia pogryzała trawkę i patrzyła na pozostałą piątkę wzrokiem typu "a tak w ogóle to ossso chodzi?" :)


A co u mnie? Lekko ruszyło się ku lepszemu, więc wszystko wskazuje na to, że znów zacznę częściej bywać i więcej pisać. Jak zwykle mam coś w zanadrzu - pewien zamiar, który niebawem ujrzy światło dzienne i gdy nabierze konkretnych kształtów, to oczywiście dowiecie się drudzy, zaraz po M., który już wie.

czwartek, maja 31, 2007

Takie sobie rozmyślania...

Miło jest czytać miłe komentarze, takie pozytywnie nastrajające. Bardzo miło :)

...nawet jeśli się wie, że ich prawdziwym autorem wcale nie jest osoba, która je pisze, tylko pewien duży facet, który ma dosyć gapienia się na fale i wsłuchiwania w milczenie w zupełnie innym świecie, niż ten tu...

Taaa, ale komentarze i tak są miłe, nie liczy się w końcu powód ;)

Edytuję po komentarzu na GT "to dziwny wpis". No dziwny, nie przeczę, ale czy ja muszę być zawsze tak do bólu i dla wszystkich zrozumiała? Nie muszę. A zatroskanych stanem mojego zdrowia psychicznego zapewniam, iż wszystko na razie jest w granicach normy.

środa, maja 23, 2007

Milczenie...

Piszę to, bo kilka osób pytało mnie o powody milczenia, więc - choć odpowiedziałam im prywatnie - to tu też czuję się w obowiązku wyjaśnić, czemu tak rzadko ostatnio się tu pojawiam.

Cóż, ludzie dzielą się na intro- i ekstrawertyków. I choć po osobie piszącej blog raczej oczekuje się ekstrawertyzmu, to jednak ja należę połowicznie do tych pierwszych. A czemu połowicznie? Bo lubię dzielić się tym, co idzie dobrze, natomiast gdy coś jest źle, to wtedy znikam, milknę i pojawiam się ponownie, gdy znów jest dobrze. Ci, którzy znają mnie w realu dobrze o tym wiedzą. Cóż, taka już jestem i żaden blog, choćby najintymniejszy, tego nie zmieni.

Tak więc pominę sprawy, które idą źle lub bardzo źle, a skupię się na tym, co dobre... Mała właśnie wskoczyła na fotel, wgramoliła mi się na kolana i tak się fajnie przytula. Aha, no i spacery z nią i odkrywanie świata z jej perspektywy sprawiają mi naprawdę dużo radości. No właśnie... i to chyba wszystko :)

Nie przestawajcie tu zaglądać. Wrócę, niech tylko będzie choć trochę lepiej.

sobota, maja 12, 2007

Pimpi wchodzi w świat

No i nadszedł wreszcie tak wyczekiwany przez nasza trójkę dzień pierwszego spaceru.

Co tu dużo mówić... było świetnie, nawiązaliśmy pierwsze psie i ludzkie znajomości, ganialiśmy po trawie, bawiliśmy się i uczyli różnych rzeczy - tak zeszły nam w sumie chyba ze trzy godziny, obfotografowane przez M. dokładnie (zrobił 55 zdjęć, z których tu zamieszczam dwa).

Pimpi buszująca w trawie:


Pimpi pokazuje, że umie chodzić na smyczy, a ja pokazuję, że świetnie mi idzie prowadzenie tak dobrze ułożonego psa - same kłamstwa, rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej ;)


piątek, maja 04, 2007

Niewolnica ;)

Mała weszła dziś symbolicznie w rolę psa miejskiego - w wolnym przekładzie oznacza to, że założyliśmy jej obrożę oraz smycz. Obroża zostanie na razie na stałe; smycz była tylko przez kilka minut.

Pimpi jest zdecydowanie samicą alfa i przy zakładaniu obroży udowodniła to po raz kolejny. Oj, nie spodobał jej się prezent ani trochę... Ze smyczą było zresztą jeszcze gorzej :) Ale cóż, trzeba.
Ponieważ zawsze lubiła wybiegać na korytarz, więc pierwszy spacer odbyłyśmy właśnie tam. O ile zwiedzanie w pierwszych sekundach było ciekawe, to już w następnych przerodziło się w ogromny protest psa: rozpłaszczyła się na posadzce - bierny opór w najczystszej postaci.

Przez najbliższy tydzień będziemy tak trenować na sucho, ale już teraz widzę, że pierwszy spacer stanie się wyzwaniem dla całej trójki :)

Budzikom... sen ;)

Pimpi - jak tu pisałam kilkakrotnie - budzi nas o wschodzie słońca. Ponieważ wypada on coraz wcześniej, to i pobudka coraz wcześniejsza. Ostatnio to już tak około 4:40...

Może was ciekawi, co dzieje się później, gdy my już siedzimy w sieci, pijemy kawę, a poranne słońce złotym blaskiem zaczyna zalewać pokój... No jak to, co? Dzieje się to, co poniżej...




P.S. Zdjęcie znów autorstwa M.
P.S.2 Równo za tydzień pierwszy spacer. Już nie możemy się doczekać...

środa, maja 02, 2007

Film

Ponieważ ostatnio tyle jest o psie, więc dziś - dla równowagi, będzie coś o kotach.

FILM został nakręcony w 1947 roku, jest czarno-biały, z napisami i trwa 22 minuty. Wyrwijcie je z dzisiejszego planu dnia. Warto :)

sobota, kwietnia 28, 2007

Piękna bestia

Uff, Pimpi jest po ostatnim szczepieniu - za dwa tygodnie wreszcie wybierzemy się na pierwszy prawdziwy spacer. U weterynarza była bardzo dzielna, więc M. kupił jej w nagrodę piłeczkę.


Spotkaliśmy w gabinecie weterynarza, którego kiedyś prosiliśmy o pomoc w znalezieniu zwierzątka... Rozbawiony spojrzał na nas i małą, uśmiechnął się szeroko i powiedział:
- O, widzę że mają państwo wreszcie tego wymarzonego czarnego kocurka...

P.S. Autorem zdjęć jest M.

środa, kwietnia 25, 2007

Blokada. Niemoc. Impotencja.

Każdy piszący zna ten stan. Siadasz przed białym ekranem i... No właśnie nic.

Termin goni, materiały są, znasz temat na wylot, obstawiłeś się literaturą, czekoladą, kawą, papierosami; muzyka gra cicho, nikt nie przeszkadza czyli warunki - zdawałoby się - idealne... A tu nic.

Mijają godziny, zrobiłeś już wszystkie zaległe, a później wszystkie zbędne rzeczy, aby samemu sobie wydać się zajętym. I nic.
Wertujesz ponownie materiały, próbujesz zmienić koncepcję... Ale nie, wszystko jest dobrze - to tylko czynności pozorne, którymi chcesz się oszukać. Na przemian mobilizujesz się twierdząc, że masz jeszcze aż dwie doby do oddania... potem odwrotnie - że masz tylko dwie doby, a jeszcze nic nie zrobiłeś. A biały ekran straszy...

W głębi duszy wiesz, że się zbierzesz i choćby nie wiadomo co się działo - oddasz to w terminie. Taki stan przechodziłeś wielokrotnie, za każdym razem w końcu go pokonując. Ale też zawsze, gdy się powtarza, boisz się, że tym razem naprawdę nie napiszesz nic.
Ale napiszesz w końcu... ruszysz z miejsca i przełamiesz się i zrobisz. I co więcej - to będzie dobre.

Zawsze, gdy mnie to dopada, przypominam sobie, co powiedział mi ktoś, kto parał się pisaniem, gdy ja dopiero raczkowałam i przebijałam się przez pierwsze takie niemoce. Powiedział... "wiesz, grafomani nie mają takich problemów" :)

niedziela, kwietnia 22, 2007

Się rośnie, a co :)

Dziś rano M. postanowił zrobić Pimpi parę fotek, aby udokumentować jej - zmieniający się z dnia na dzień - wygląd.

Niestety, mała nie ma w sobie nic z modelki... Większość zdjęć wygląda jak abstrakcje z wielobarwnych smug. A z tych, które się udały, prezentuję dwa.

Pimpi "zostaw ten aparat i baw się ze mną":


Pimpi "to nie ja to pogryzłam, przecież cię kooocham":

piątek, kwietnia 20, 2007

Jak zombiak...

Wiosenny kryzys dopadł mnie później, niż innych. Gdy wszyscy wokół snuli się i narzekali - ja śmigałam radosna jak skowronek i pełna energii. Teraz im przeszło - a ja oklapłam. Bywa.

Problem tylko w tym, że nad głową wisi mi parę niezrobionych, a krzyczących o zrobienie rzeczy, a ja nie mogę się zebrać. Najchętniej wylegiwałabym się z książką i żeby nikt nic ode mnie nie chciał. Niestety, moment na spełnienie tych marzeń jest wybitnie niesprzyjający.

M. już obiecał, że w weekend bierze wszystko na siebie, a ja mam skupić się na autoreanimacji. Powinno podziałać, tym bardziej, że ponad wszystko nie cierpię siebie takiej i mam ochotę się udusić/postawić do pionu/opieprzyć z góry na dół/oblać zimną wodą... No, cokolwiek byle nie być taka.

Ponieważ przy takim samopoczuciu narzekam również na swój wygląd, M. przygotował sobie dyżurnego post-it'ka, którego nakleja mi na monitor, wychodząc z domu. Na karteczce napisał: "Qilia NIE wygląda jak zombiak!!!" Wiecie, że to nawet działa :)

niedziela, kwietnia 15, 2007

Mieliśmy wychodne :)

Wczesnym popołudniem puchate maleństwo usłyszało "zostań", a my poszliśmy zainaugurować dwa sezony: piwno-ogródkowy oraz lodowy.

Obydwie misje zostały zakończone powodzeniem: wypito piwo w ilości litra i skonsumowano cztery gałki lodów zielonobudkowych. Pierwszy raz też zasiedliśmy w ogródku naszego osiedlowego pubu i stwierdzamy, że jest równie sympatyczny jak sala.

Wracając zrobiliśmy małe zakupy, a M. doprowadził mnie stwierdzeniem o swoim nadmiernym piciu (z mojego punktu widzenia M. jest abstynentem) do takiego ataku śmiechu, że przez kilka minut nie byłam w stanie wykrztusić, jakie chcę papierosy; w efekcie - jak to już parę razy nam się zdarzyło, rozbawiliśmy cały sklep. Chyba w duecie mamy taką właściwość... może spróbować to sprzedać jakoś?

Pimpi chyba przespała naszą nieobecność - mieszkanie zastaliśmy w stanie nienaruszonym, a jedna kałuża na podłodze to naprawdę detal :)

P.S. Tak dziś rozmawialiśmy i chyba "Ona i On" - czyli nasz blog związku na odległość nie będzie kontynuowany, zresztą i tak od dosyć dawna nic tam nie pisaliśmy, a i związek przestał być na odległość i terapeutycznego oddziaływania blogu już nie potrzeba... Ale tu jest moje życie, a moje życie, to przecież także nasze życie... więc nie znikamy z sieci.
P.S. 2 Uświadomiliśmy sobie, że niebawem minie rok, odkąd jesteśmy razem... cholera, nigdy by nam do głowy nie przyszło, że to wszystko tak się potoczy.

Ogłoszenie - sprzedam budzik

Działanie:
unikalna technologia - budzi o wschodzie słońca, a nie o konkretnej godzinie, idealny dla ludzi chcących żyć w zgodzie z naturą. Samobieżny, ew. przenośny. Cichy - proces budzenia nie jest powiązany ze stosowaniem bodźców dźwiękowych, lecz dotykowych, stopniowo się nasilających.

Data produkcji:
styczeń 2007, na gwarancji, po obowiązkowych przeglądach.

Obsługa:
w załączonej instrukcji, łatwa, wymaga tylko odrobiny samodyscypliny. W okresie gwarancyjnym nieco bardziej kłopotliwa.

Obudowa:
bardzo delikatne, mięciutkie tworzywo na bazie surowców naturalnych o stonowanej kolorystyce. Można myć wodą.

Zasilanie:
ekologiczne, dostępne w prawie wszystkich sklepach, po umiarkowanej cenie, biopaliwo.

Elementy dodatkowe:
pojemniki na biopaliwo, estetyczna podstawka z ładowarką oraz niewielkie elementy luzem - niezbędne do prawidłowego funkcjonowania.

Uwagi:
Urządzenie jest w pełni sprawne, doskonale funkcjonujące i bardzo estetyczne oraz tanie w eksploatacji.

Cena:
przystępna, do uzgodnienia.

P.S. Tu powinno paść pytanie, czemu chcę się pozbyć tego cudu techniki... Z jednego tylko powodu. Nie umiem znaleźć wyłącznika, a chcę się wreszcie wyspać!

piątek, kwietnia 13, 2007

Życie przyspieszyło

...jakoś tak prawie niezauważalnie z początku, lecz po kilkunastu dniach już widzę, że znacznie.

To dobrze. Praca przyspieszyła, życie osobiste się dotarło, mała rośnie, wiosna już w pełni, kilka spraw zakończyło się definitywnie, kilka nowych zaczęło. Dobrze. Zmęczenie wiosenne mi przeszło, przydechnięta ochota do życia znów energicznie podniosła łepek. Bardzo dobrze.

Jak zwykle w przełomowych momentach zniknęłam na trochę z bloga, ale to chyba nie dziwi... Szkoda mi trochę, że więcej siedzę w domu, niż bym chciała - pierwszy prawdziwy spacer z Pimpi będę mogła, po wszystkich tych szczepieniach i kwarantannach, zrobić dopiero 11 maja.


Na koniec pokażę wam moje marzenie... Jak ja bym chciała TEGO spróbować :) Może być na rzece, może być z górki, ale chyba ten wodny sposób bardziej mi się podoba.

sobota, kwietnia 07, 2007

Troche o niej, troche o mnie

Mała wyspecjalizowała sie w pewnej czynności, która - o ile ją przyprawia o euforię - o tyle mnie o furię.

Dochodzi do perfekcji - jeszcze rano zajmowało jej to około dwóch sekund, teraz ledwie ułamki sekundy. O co tyle gadania? No prawie o nic. Każdy kto ma słuchawki z mikrofonem wie, iż na mikrofon nałożona jest taka wytłumiająca gąbka. No i to o nią chodzi... Pimpi zdobywa ją coraz szybciej... A mnie coraz więcej czasu zajmuje wyciągnięcie gąbki spomiędzy zaciśniętych, przeszczęśliwych z trofeum szczęk i nałożenie jej ponownie na mikrofon... Ona się rozwija - ja się uwsteczniam najwidoczniej... Ale nie do końca, bo...

...już od lutego, ale nieoficjalnie, a od dziś już oficjalnie pracuję nie tylko u siebie, ale i w Trójce. Tej radiowej. I bardzo się z tego cieszę, ba... dumna jestem, cieszę to mało powiedziane :) Jak wejdziecie na ich STRONĘ - to ja tam gdzieś jestem :)

P.S. Dziękuję, Wojtku. Nie musiałeś, ale mogłeś... i za to właśnie dziękuję.

środa, kwietnia 04, 2007

To miał nie być blog o psie...

Jasne, że miał nie być... ale co ja poradzę, skoro ten kawałek futerka przesłania swoimi potrzebami cały świat, a jeśli przypadkiem nawet w jakiejś krótkiej chwili nie przesłania... to wtedy człowiek próbuje się wyspać albo choć przez chwilę w spokoju przeczytać parę kartek książki.

Co nowego u Pimpi? Jest silna i ma długie pazurki - wdrapuje się już na każdy mebel wyściełany w mieszkaniu; dziś trenowała przed lustrem, jak wygląda wydając określone dźwięki - nie mogłam tego sfotografować, bo i tak by się spłoszyła - miałam kabaret za free, coś pięknego; bez problemu zostaje sama na coraz dłużej; uczy się pisać na klawiaturze; niestety polubiła moją kuchnię, woli to od gotowego jedzenia... czemu?! za co?! No i niestety polubiła pobudki o 4 rano... ja nie. I nie polubię.

Teraz jest spokój. Wróciłam z zakupów, kupiłam papierosy i piwo dla siebie i gryzadełka dla niej - jakieś superspiralki z wołowina i nie wiadomo z czym jeszcze, ale chyba pyszne. Dzięki temu mamy niewielki rozejm i wzajemne zrozumienie dwóch sybarytek, chwilowa sielanka, krótki cud :)

P.S. Zdjęcie małej z misiem zrobił M. dwa dni temu. Miś dostaje po uszach od niej za wszystko, za co ona dostaje od nas.

piątek, marca 30, 2007

Pimpi's Diary - Part 2.

Ona jest okropna... Zabrała mnie znów do lekarki, a przecież nie jestem chora. Podobno dlatego, żebym była jeszcze zdrowsza... phi, też pomysł.

No i było tak, że Ona mnie trzymała na rękach, a ta druga ukłuła mnie w szyję. Myślałam, że Ona mnie kocha i że za to ukłucie to tamtą pogryzie, albo chociaż na nią nawarczy. A Ona nic, a nawet gorzej - dała tamtej jakiś papierek w nagrodę. No wariatka zupełna... Chyba się na nią obrażę i już. Idę spać, jakoś mi niewyraźnie po tym ukłuciu. Cześć.

P.S. Inna sprawa, że też mi taka nagroda, papierków to już nawet ja nie gryzę, tylko prawdziwe dzięcielinowe kostki, ale dobrze jej tak.

Notka do czytelników

Wielką przyjemność - w tym pewnie nie jestem oryginalna - sprawia mi czytanie komentarzy na moich blogach czy listów, które przychodzą ze stron.

Dziś rano przyszła informacja o nowym komentarzu na kulinarnym i uświadomiłam sobie, że chyba te dają mi najwięcej satysfakcji. Włożyłam przez lata sporo pracy w swój serwis i - kiedy padł całkowicie - myślałam, że już nigdy nie uda mi się nic podobnego zrobić, że nie odzyskam czytelników, a jednak...

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy w tak miły sposób dają mi znać, że to co robię - ma sens.

środa, marca 28, 2007

Pimpi's Diary - Part 1.

Podobno dziś też był ważny dzień.

Pewnie, że ważny... poszła sobie. Tak zwyczajnie, ubrała się, wyszła, zamknęła drzwi... i już. Słyszałam potem jak wchodziła do tej wstrętnej skrzypiącej i chyboczącej skrzynki. A potem cisza. Płakałam... zostałam sama. Pierwszy raz. Przedtem zawsze był On albo Ona. Albo oboje, tak jak lubię najbardziej... a tu nagle nikogo...

W końcu zasnęłam... byłam zmęczona i przestraszona... i wiecie co? Obudziła mnie ta wstrętna skrzynka... i kroki... i coś tam się działo w drzwiach i potem Ona weszła i strasznie się ucieszyła i mówiła że jestem grzeczna i dała mi taaaki faaajny kawałek pysznego czegoś, to się podobno nazywa dzięcie..., nie... cięcie... coś takiego, ale dobre... Kurczę, może niech Ona częściej wychodzi, bo jak wraca, to jest naprawdę kochana i nie mówiła wcale tego paskudnego "nie" Ani razu, wyobrażacie sobie...? Może też tęskniła?

wtorek, marca 27, 2007

Stworek u doktora

Dzień pod znakiem wizyty u weterynarza.

Przegląd, profilaktyka, książeczka, umówienie się na szczepienie... wiadomo, wszystko to, co trzeba. Najważniejsze, że Pimpi jest zdrowa jak rydz, choć lekarka stwierdziła, że jest młodsza, niż wynikało z zeznań jej poprzednich właścicieli. Tak więc w książeczce ma wpisany jako datę urodzin 30. stycznia tego roku.

Przy okazji wizyty u lekarza zwiedziła osiedle (oczywiście na moich rękach), budząc zachwyt średnio co drugiej mijanej osoby.


Z nowych sprawności - umie po kociemu wspiąć się na łóżko. Nie wiem dokładnie, jak to zrobiła, bo wtedy - przed samym wyjściem - czesałam się w łazience. Na łóżku leżała kurtka, a w jej wewnętrznej kieszeni papierosy. Gdy po 30 sekundach wróciłam do pokoju, na kurtce leżała Pimpi, zajmując się już z dużym zaangażowaniem papierosami. Zdążyłam w porę zepsuć jej zabawę ;)

P.S. Nie bójcie się, mój blog nie stanie się blogiem o psie, po prostu teraz mała jest najciekawszym wydarzeniem z dziejących się wokół, nawet trudno złowić coś specjalnego. Wiosna :)

niedziela, marca 25, 2007

Dogproofs

Pimpi pozwala na coraz spokojniejsze przespanie nocy, niedługo powinno być normalnie, a zmiana czasu działa na naszą korzyść.

Dziś dzień pod znakiem przystosowywania mieszkania do małego psa. Przemeblowywanie, zmiana prowadzenia kabli, stałe miejsce na legowisko i miski, blokady dostępu do najatrakcyjniejszych (z jej punktu widzenia) miejsc.

Odniesione sukcesy wychowawcze:
prawidłowo reaguje na imię, na "nie" oraz na klaśnięcie, które też oznacza "nie" (ona chyba myśli, że to nasze ulubione słowo); siusia w 50% tam, gdzie my byśmy chcieli, aby to robiła; zaczyna korzystać z posłania zgodnie z jego przeznaczeniem; co najważniejsze - wreszcie normalnie je, a były z tym problemy; w 50% ograniczyliśmy żebranie przy naszych posiłkach.

Odniesione porażki wychowawcze:
siusia co drugi raz tam, gdzie my byśmy chcieli, aby to robiła; żebrze przy co drugim naszym posiłku; nie upilnowaliśmy jej i w czasie 2 sekund pozbawienia nadzoru dorwała paszczą łańcuch rowerowy, na wiosnę świeżo nasmarowany - efekt: długie czyszczenie pyszczka bardzo, bardzo niezadowolonemu z tego psu; nie oduczyliśmy jej jeszcze pędu do konsumpcji papieru, najchętniej w postaci książek - efekt: nie da się przy łobuzicy spokojnie czytać, trzeba ukradkiem, gdy ładuje akumulatorki :)

Bilans:
fajnie, że ją mamy i wcale nam nie szkoda tych wszystkich pozaciąganych pazurkami ubrań :)

piątek, marca 23, 2007

Pimpi ma już imię :)

Nie dałam rady nic wczoraj napisać... Mała wymaga mnóstwo uwagi, noc była ciężka (ta dzisiejsza też, ale już jakby mniej), ale teraz jestem po dwóch kawach, więc może się uda coś wrzucić i nie wyjdzie z tego bełkot ;)

Pimpi - kundelek-dziewczynka, w wieku 9. tygodni; ubarwienie - przede wszystkim biel, ociupinka czerni i mnóstwo różnych odcieni brązu; raczej nieszczekliwa, ale dysponująca szeroką gamą różnych dźwięków (coś w rodzaju piskoszczeku, warczenie - duży kot groźniej mruczy, jako prośba - popiskiwanie w stylu świnki morskiej, oprócz tego "gadanie" w zależności od humoru).

Wykazuje pewne zainteresowanie elektroniką (na szczęście nie chodzi o kable) - wczoraj M. naprawiał mi słuchawki, a Pimpi do tego stopnia była chętna do pomocy, że musiała dostać do zabawy starą słuchawkę domofonu. Zajęta własnymi drucikami i podzespołami, wreszcie pozwoliła M. dokończyć pracę.


W ogromnym, sięgającym od podłogi do sufitu lustrze ściennej szafy znalazła "kolegę" - prowadzi z nim długie rozmowy nakłaniające go do zabawy, ale koleś strasznie niekumaty, więc czasem trzeba go obszczekać i nawarczeć ;)

P.S. Tytuł kategorii ukradziony bezczelnie Panu X., który tak określa małą.
P.S.2 Imię Pimpi odziedziczyła po pewnym wspaniałym piesku, mam nadzieję że odziedziczy zarazem choć trochę z jego charakteru - byłoby wspaniale.

środa, marca 21, 2007

Omne trinum perfectum...

...że pozwolę sobie ukraść tytuł rozdziału mojemu ukochanemu kapitanowi K.O. Borchardtowi :) To zresztą łacińska sentencja, więc kradnę tylko zastosowanie jako tytułu.

A to nasza nowa lokatorka:


Jutro więcej, bo takie małe stworzenie jest ogromnie absorbujące, więc padam na pyszczek :)

wtorek, marca 13, 2007

Zamki na piasku...

...i nie tylko ZAMKI - to chciałam wam dziś pokazać jako kolejną odsłonę cyklu sztuk dziwnych i raczej ulotnych; choć - najprawdopodobniej - twórcy zadbali o to, by ich dzieła przetrwały dłużej, niż jeden dzień.

niedziela, marca 11, 2007

Wycieczka piesza

Dziś wreszcie "nadejszła wielkopomna chwila" i po ponad trzech miesiącach mieszkania w Gliwicach zobaczyłam centrum tego zacnego miasta, rynek, uliczki i kamieniczki. Tylko jeden budynek uznałam za wart uwiecznienia i możecie go zobaczyć TUTAJ, na moim fotoblogu.

Ogólnie centrum ładne, choć dziwnie eklektyczne. Zastanawiający był również całkowity niemalże brak ludzi. Sklepy też pozamykane, kawiarnie świecą pustkami - wymarłe miasto. Ale najważniejsze, że wreszcie obejrzałam, mam z głowy. Mój M. pełnił funkcję przewodnika bardzo odpowiedzialnie (szyja mnie boli od patrzenia w prawo, lewo oraz w górę), trzymał mnie cały czas za rękę (albo żebym się nie zgubiła, albo bo lubi) i pokazał mi wszystko, co pokazania było warte.

Z ulgą jednak wracaliśmy na nasze osiedle, gdzie wszystko jest otwarte, życie wre, a w pubie pełno ludzi. Dziwnie tak jakoś - w Warszawie jest odwrotnie... ale wiecie... Śląsk jest trochę dziwny, jak zauważyłam.

W ramach zdjęć dziwnych umieszczam dwa, również dziś zrobione. Jedno przedstawia życzenia dla pacjentów nad dosyć obskurnym wejściem do przychodni, a drugie - twórcze wykorzystanie znaku drogowego :)



czwartek, marca 08, 2007

Otwarcie sezonu :)

Wczoraj była przepiękna pogoda, więc stwierdziłam, że najwyższy czas zacząć sezon rowerowy.

Dziś - korzystając z wolnego czasu - od rana zabrałam się za moją czarną mambę. Myłam, dokręcałam, pompowałam, czyściłam, smarowałam etc. uzyskując efekt, który oślepił blaskiem wchodzącego właśnie M. ;)
Niestety, dzisiejsza pogoda nie była już tak przepiękna jak wczorajsza, ale cóż to dla nas... Wzięłam narzędzia i wyjechałyśmy na jazdę próbną. Mżawka mżawkowała, chmury wisiały, mokro, mokrzej, najbłotniściej. Oczywiście - dla samego sprawdzenia - wystarczyło zrobić rundkę po osiedlu, ale... Ale jeśli się już wsiądzie, pierwszy raz od listopada, no to... No to chce się pojechać gdzieś dalej. Pojechało się więc, a jakże. Nie wzięło się planu, więc o mało się przy okazji nie zgubiło... w hurtownie się wbiło, w wertepy, a jak... Jak szaleć to szaleć.

Na koniec wpadło się zawrzeć znajomość z pobliskim, niedawno otwartym w miejsce lumpeksu, sklepem rowerowym; w końcu dotarło się do domu. Z lekkim drżeniem mięśni, zadowoleniem pod mokrą grzywką i z mambą, która już nie jest aż tak lśniąca jak przed południem ;) Ale sezon otwarty i jest super :)

Bilans

Uświadomiłam sobie - przy okazji niedawnej rozmowy - że absolutnie wszystko, czego mi brak, mogę kupić za pieniądze. Całą resztę, o której się mówi, że jest nie do kupienia - mam.

Owszem, pieniędzy akurat nie mam w ilości, która pozwoliłaby mi na chociażby spokój finansowy, ale... Pieniądze raz są, raz ich nie ma. Przychodzą raz w jednej chwili zewsząd, kiedy indziej - znikąd ani grosza, ale... To są jednak tylko pieniądze.
Ja wiem, że to pogląd z czasów odleglejszych, gdy dzieliliśmy się na takich, którzy mieli i takich, którzy byli. Dziś już raczej nieaktualny - aby być, trzeba najpierw mieć, a wtedy można sobie pozwolić na bycie. Nie krytykuję - to nie jest gorsze, to jest tylko inne :)

Dla mnie teraz ważna jest ta spokojna świadomość, niezwykle cenna i - jak tak obserwuję ludzi - bardzo rzadko występująca. A reszta? A resztę się kupi...

wtorek, marca 06, 2007

Tęczowo

Obijam się, kochani... Znaczy obijam się blogowo, bo nie blogowo - nie obijam się wcale.

Poprawię się, obiecuję, niech tylko to wszystko ogarnę. A na dowód, że ogarniać zaczynam - tęczowe WYCINANKI z kolorowego papieru. Jak w przedszkolu, z tym że poziom całkiem nie przedszkolny. Inspirują poza tym :)

poniedziałek, lutego 26, 2007

Chińskie kociątka

"Taksobiełażąc" wczesnym rankiem po necie natknęłam się na tę PARKĘ z tatusiem w tle :) Zdjęcie, które podobało mi się najbardziej, umieszczam poniżej - następne fotki obejrzyjcie na stronach "China Daily".

sobota, lutego 24, 2007

Setna notka

...szybko się pojawiła. Fanfar nie będzie, bo cóż to znowu jest sto notek - całkiem niewiele.

Tylko taka mała refleksja... bo na początku to miał być testowy blog, taki próbnie założony, żeby zorientować się, jak blogi googlowe działają. Kolejne potwierdzenie teorii o długowieczności prowizorek ;)

Żeby od rana było wesoło, wrzucam dowcip rysunkowy autorstwa PHILA SELBY'EGO

Nie lubię Yoko z przyczyn absolutnie dla mnie niezrozumiałych, nie z powodu The Beatles, bo ich też nie lubię ;). Nie lubię jej i już, lecz gwoli uczciwości muszę tu z niechęcią przyznać, że jej ostatnia płyta mi się podoba. Nie to, że jakaś rewelacja - bo to nie jest ta stylistyka, którą preferuję, niemniej no... no dobra jest, da się słuchać.

P.S. Jak chyba zauważyliście, pilnie wyglądam wiosny i wczoraj znów coś wypatrzyłam - całkiem już wyrośnięte pączki żółtych krokusów. Jest dobrze, jest już blisko :)

piątek, lutego 23, 2007

Sztuka ulicy

Jaka szkoda, że u nas nikt się w TO nie bawi...

czwartek, lutego 22, 2007

Sekretny dziennik prezesowej

Po piętnastu tygodniach funkcjonowania f/t aureon mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że pomysł utworzenia go był bardzo trafiony.

Zaczynaliśmy od zera, mając tylko ten pomysł i wspólne zasoby wiedzy - nic więcej. Powoli zdobywaliśmy zlecenia, pracując na opinię; czasem chciało nam się wyć - gdy nic nie udawało nam się znaleźć i czekaliśmy na pracę, wariując z niepokoju, bo brakowało na życie i rachunki; czasem zlecenia nakładały się na siebie i zarywaliśmy noce, żeby jakoś to wszystko ogarnąć. Zwątpienie, czy to właściwa droga, ogarniało nas średnio raz dziennie...

Ale w którymś momencie - nie do sprecyzowania teraz, w którym - coś się zmieniło. Jak w silniku, który nie może zaskoczyć, aż wreszcie zaskakuje i zaczyna pracować równym rytmem... Zaczyna się pojawiać więcej poważnych zleceń i to od ludzi, którzy sami nas znaleźli. Zaczyna się kręcić tak naprawdę. To jeszcze nie to, czego chcielibyśmy docelowo, mnóstwo jeszcze przed nami, ale na pewno zmiana jest odczuwalna.

Bardzo się cieszę, że mogę to napisać. To fajne uczucie - coś zrobić i potem zobaczyć, że to było dobre. Najbardziej teraz cieszę się z tego, że się uparłam i nie zrezygnowałam, wbrew zwątpieniom, wbrew radom otoczenia, często wbrew logice i doświadczeniu.

Wynika z tego, że warto jednak być głupim i głuchym na argumenty uparciuchem, wpatrzonym w swoją wizję; może nie zawsze - ale czasami na pewno warto ;)

wtorek, lutego 20, 2007

Taka sobie dwuznaczność...

ZAJRZYJCIE :)

O pracy, rozrywkach i pracy ;)

Padnięta jestem całkiem...

Dostałam mordercze zlecenie, które pozbawiło mnie sił witalnych, wyprało mózg i usztywniło nadgarstki. Zlecenie skończyłam, ale mam jeszcze jedno zaległe, więc zaraz się za nie spróbuję zabrać, bo muszę. Nie wiem jednak, co uda mi się z tego wypranego mózgu wykrzesać... Mam nadzieję, że druga kawa pomoże.

Dzięki blogowi nawiązałam wirtualny kontakt ze znajomym z realu, z poprzedniego życia. Miło było popisać i pogadać, powspominać. Wcale to poprzednie życie nie było takie złe, a już na pewno bardziej barwne. Ot, choćby taki przykład... Ja jestem piwno-knajpiane zwierzę. Z tym znajomym spotykaliśmy się w takiej knajpce (zresztą sporą, bo kilkunastoosobową grupą stałych klientów) prawie codziennie. A wiecie ile razy byłam w pubie od listopada? Dwa. Gdyby mi ktoś to przepowiedział, to bym go wyśmiała... Czas to zmienić, najwyższy czas.

W związku z tym wracam do pracy, bo jakoś na te przyszłe zmiany trzeba zarobić ;)

sobota, lutego 17, 2007

Cień świtu

Czy ja już pisałam, że świty są tu piękne? No, tak... pisałam mnóstwo razy, na pewno aż za dużo, jak na blog nie będący blogiem o świtach... Ale znów napiszę i jest szansa, że po raz ostatni - ale nie obiecuję.

A piszę, ponieważ jest piękny poranek i dzięki temu dziś na ścianie pojawił się cień świtu i nie można było tej projekcji nie zarejestrować aparatem fotograficznym. Zwyczajnie szkoda było, aby to umknęło...



sobota, lutego 10, 2007

A u nas...

...pada deszcz.


Może nie dokładnie tak, lecz bardzo podobnie. A obrazek pochodzi ze strony bygak.stumbleupon.com

Sałatka z tuńczyka - odsłona trzecia

Wyszła przypadkiem - jak zazwyczaj i z tego, co było, a do sałatki akurat było niewiele, jakoś tak się złożyło. Mimo to naprawdę udana wyjątkowo - w moim rankingu sałatek z tuńczyka jest teraz na drugim miejscu. No to do roboty...

Założenie wstępne - ona ma piec w pyszczek, ma być wyraźnie pikantna, więc wielbiciele smaków subtelniejszych nie powinni jej przygotowywać.

Na dwie osoby bierzemy torebkę ryżu i gotujemy ją według przepisu. W tym czasie przygotowujemy resztę składników, żeby bardzo szybko wszystko wymieszać, póki ryż jest gorący - tak, właśnie gorący - to bardzo ważne, aby sałatka - gdy zaczniemy ją jeść - była jeszcze ciepła.
Tak więc ryż nam się gotuje, a my trzemy na tarce 10 dag żółtego sera (najlepiej gouda, morski - tego typu); otwieramy puszkę tuńczyka w oliwie (ale w takich większych kawałkach) i nadmiar oliwy odlewamy oraz robimy sos, bardzo prosty.
Bierzemy dwie łyżki majonezu i po łyżeczce musztardy rosyjskiej Kamisa, przecieru pomidorowego i oliwy. Do tego dodajemy 4 krople przyprawy do zup, po pół łyżeczki słodkiej papryki i oregano, szczyptę vegety i sporo cajenny - co najmniej pół łyżeczki kawowej. Mieszamy sos dokładnie - możemy spróbować, jest pikantny i taki ma być.
Ryż już się ugotował. Szybko wyjmujemy torebkę, osączamy, rozcinamy i wsypujemy ryż do miski. Posypujemy go serem i dokładnie mieszamy, ser się lekko stopi i o to chodzi. Dodajemy tuńczyka, dzielimy go widelcem na mniejsze kawałki, polewamy sosem, mieszamy i... koniec. Natychmiast podajemy, jeszcze ciepłą.

Smacznego :)

piątek, lutego 09, 2007

Wiosna z szaleństwem w tle

Wiecie co, jeśli jutro coś jeszcze napiszę, to będzie oznaczało, że jednak szlag mnie najjaśniejszy nie trafił, choć tak niewiele teraz brakuje...

Posypał mi się duży komputer - dobra, naprawiło się. Posypał się też mały - też się naprawiło, choć już z obłędem w oczach. Czy posypał się średni - z tchórzostwa nie sprawdzam, nie byłabym w stanie przełknąć tej wiadomości - nie dziś, sprawdzę jutro.
Teraz i tak nie mam czasu, bo częstotliwość odwiedzin w banku jest taka, że już prawie nic innego nie mogę robić. Oczywiście stan konta za każdym razem daleko odbiega od pożądanego i oczekiwanego z utęsknieniem... Nic to, będę tak włazić aż do skutku, choć już cyferek wejściowych nie jestem pewna - za często je wstukiwałam.
Prywatnie też średnio, bo parę nieporozumień się wydarzyło, a to nigdy miłe nie jest, bo nie może...

Czy myślicie więc, że takie małe zapowiedzi wiosny, które pojawiły się przy wejściu do klatki schodowej mogą, bo ja wiem? - coś zrównoważyć? No, popatrzę jeszcze i jeszcze... może i trochę mogą... Też popatrzcie, może i wam coś zrównoważą, kto wie :)



P.S. Zdjęcie nie jest mojego autorstwa, lecz M. - na moją prośbę.

wtorek, lutego 06, 2007

Zawsze można się czegoś nowego nauczyć

...więc w ramach propagowania umiejętności zabawnych i raczej zbędnych do życia zamieszczam adres do Praktycznego Przewodnika Wiązania Sznurówek w skrócie PPWS. Miłej nauki :)

poniedziałek, lutego 05, 2007

Taka sobie notka

Za mną ciężkie dni. Albo nie, trochę inaczej - mam nadzieję, że pula ciężkich dni już się wyczerpała i choć przez jakiś czas będzie normalnie, a może nawet dobrze.

No bo było nieciekawie, bardzo emocjonalnie, wręcz wyczerpująco emocjonalnie. Kryzys gonił kryzys. Praca też szła nie najlepiej, no ogólnie sytuacja typu "jak się wali, to już hurtem". Nie będę tu się rozpisywać o szczegółach, bo to nie miejsce na to, lecz powiem tylko, że już się chyba wyprostowało wszystko i znów będzie miła normalność, bo ja normalność ostatnio bardzo lubię i uważam za miły sam fakt, iż nic się nie dzieje.

Ale dziać się może i to już za tydzień, bowiem istnieje możliwość, że na parę dni Kasia podkukułczy nam dziecię, a ponieważ dziecię (czyli znana wam Alicja) jest inteligentne, więc na pewno będzie się fajnie działo i ciekawie.
Ponieważ wszakże istota ze mnie ogólnie wredna, więc nie mogłam - korzystając z pchającej mi się w łapki okazji - nie zwrócić się dwuznacznie do M. słowami:
- Wiesz, będziemy mieli dziecko...
I ja się dziwię, że potem mam kryzysy. Przy takim poczuciu humoru, to i tak cud, że mnie nikt do tej pory nie zabił. Dlatego tym bardziej muszę oddać M. sprawiedliwość i wyrazić swój podziw. Żadnego zająknięcia, żadnego nerwowego milczenia, tylko bardzo miłe, z uśmiechem:
- To wspaniale, a kiedy?

czwartek, lutego 01, 2007

O pogodzie czyli "keep smiling"

Niby mądrzy prognozują jeszcze, że chłody i śniegi skądś tam mają lada czas nadciągnąć, lecz - choć może to trochę życzeniowe myślenie - trudno mi w powrót zimy uwierzyć.

Wyszłam rano po zakupy i... wiosna. Zresztą widząc na zaokiennym termometrze dziesięć stopni, zrezygnowałam z rękawiczek, a zamiast nich założyłam wiosenną kurtkę z białego dżinsu, żeby lepiej do tej przyrody pasować. Wiatr wiał silny, lecz ciepły. Śnieg stopniał, resztki jeszcze gdzieniegdzie się dotapiają. Deszczyk czasem pokropi, ale też taki ciepły i drobny, zupełnie nie nieprzyjemny. Ptaki się wydzierają, świergoczą jak głupie, też jakoś tak radośnie. Prawie zaczęłam się rozglądać za pączkami młodych liści...

Było pięknie i optymistycznie. Tylko w ludziach nie widziałam ani grama wiosny... Szli skuleni jak zazwyczaj i smutni jak zawsze.
Czemu się nie uśmiechamy? Czy trzeba mieć aż powód? A tak bez powodu, albo - co trudniejsze - wbrew powodom? Inni mają swoje "keep smiling" a my swoje "śmieje się jak głupi do sera". Osobiście jednak wolę to pierwsze.

poniedziałek, stycznia 29, 2007

I znow przegrałam walkę z soba...

...no bo wiem, że za dużo tu daję tych ślicznych, słodkich zdjęć. Życie jest przecież brutalne i twarde, a nie milusie. Ale nie mogłam TEGO nie dać, no naprawdę nie mogłam :)

sobota, stycznia 27, 2007

Wczorajszy zachód słońca

Wczorajsze zachody brzmią trochę jak niegdysiejsze śniegi, ale ładnie było i mój M. - nieobecny wczoraj przy robieniu zdjęć - powiedział, że to wygląda jak makieta, a nie jak prawdziwe budynki, więc wam wrzucam - sami oceńcie.



Za to dowcip jest zupełnie dzisiejszy, kliknijcie na obrazek, aby go powiększyć.


Obrazek pochodzi ze strony http://www.geekculture.com

środa, stycznia 24, 2007

Białe paskudztwo...

...pokryło wszystko. Dziś rano musiałam odśnieżać parapet (tak z dziesięć centymetrów napadało) i karmnik dla Kurczaka, żeby w ogóle móc dać drobiowi jedzenie. Wszystko zasypane, brzydkie, szare lub białe. A tak się cieszyłam, że zima mnie w tym roku ominie...

A to nieco przetworzony widok z okna - wczorajszy późny wieczór:

sobota, stycznia 20, 2007

Malować przestrzeń...

...otworzyć ściany, nasycić powietrzem, słowem - ILUZJA w czterech ścianach.

piątek, stycznia 19, 2007

Zimny prysznic...

...dla wyznawców geocentryzmu. Takie małe PORÓWNANKO ;) Dobranoc Państwu.

Po nocy

I ja wczoraj pisałam o "spektaklach natury", hmm... Spektakl to był w nocy i to jaki...

Cały dzień wiał silny wiatr, zwiększając stopniowo siłę. Wieczorem było ostro, ale ok. 23 zaczęło się prawdziwe pandemonium. Całe niebo rozświetlało się wyładowaniami, które były o tyle dziwne, że prawie bez grzmotów; ale gdy grzmoty wreszcie się dało słyszeć, to już naprawdę potężne. Oprócz tego grad, deszcz... Prawdziwy pokaz prawdziwej siły.

A dla tych, którzy mają net i nie wydarzyło im się nic złego tej nocy, mam trochę... warzyw i owoców, z których Saxton Freymann robi coś TAKIEGO. Poszukajcie w sieci, jest tego więcej, między innymi książek z jego pracami. Bardzo mi się podoba sztuka w jego wykonaniu :)

czwartek, stycznia 18, 2007

Gliwice, siódma rano

Świty tutaj są niesamowite, a każdy jak osobny spektakl. Przed chwilą pstryknęłam parę zdjęć - niestety, mój aparat w ciemnościach nie radzi sobie zbyt dobrze (a raczej: no, dobrze, nie radzi sobie wcale ;) - wrzucam tu dwa po obróbce.


No i szkoda, że państwo nie mogą tego usłyszeć, ale od szóstej rano widokom towarzyszą efekty dźwiękowe - dzwony kościelne, trąbki i takie tam...


Ale po dwudziestu minutach wygląda to już tak:


A po kolejnych pięciu tak:

środa, stycznia 17, 2007

Runął wam kiedyś domek z kart?

Bo temu CZŁOWIEKOWI pewnie niejeden... przy okazji przepraszam wrogów, którzy skuszeni tytułem, weszli tu z uśmiechem na ustach :)

A tak w ogóle to w sieci ostatnio nie znajduję nic ciekawego, bo zajmuję się głupimi, za to niskopłatnymi robotami, buu... No cóż, czasem trzeba, takie życie. Poza tym wszystko w porządku, znów zaczęłam nawet umieszczać zdjęcia na fotoblogu, ale tak naprawdę, to moim podstawowym zajęciem ostatnio jest uganianie się za kasą - nie lubię tego, ale kto lubi?

Przepraszam więc za ciszę, przy głupich robotach niestety wena zdycha, a nie chce bylejakości, bądźcie więc cierpliwi, niebawem wrócę z nową energią :)

czwartek, stycznia 11, 2007

Bez komentarza...

...bo te FOTOGRAFIE mówią same za siebie, spójrzcie tylko.

wtorek, stycznia 09, 2007

Zwierzaki

Zauważyliście, że człowiek często wygląda na zdjęciu jak idiota, a KOT nigdy? Obejrzyjcie więc porcję sympatycznych zdjęć tych najfotogeniczniejszych istot na świecie.

Na deser proponuję HISTORIĘ niezwykłej przyjaźni międzygatunkowej.

niedziela, stycznia 07, 2007

Nowe linki

Dodałam nowe miejsca, w które warto zajrzeć, a potem skopiować sobie zawartość, żeby mieć pod ręką.

Pierwszy link to przydatne skróty i porady do FIREFOXA (już 1/3 użytkowników internetu w Polsce używa tej przeglądarki).

Drugi - to zbiór tagów HTML. Zupełnie zielonym się nie przyda, ale nawet średnio zaawansowani czasem zwyczajnie czegoś zapomną, a z tą ściągą wystarczy tylko zerknąć i pisać dalej.

Bądźcie zdrowi!

Szczególnie, jeśli w miarę dobrze radzicie sobie z angielskim...

Najpierw kilka PORAD dotyczących duszy. Niby doskonale znanych, lecz nie zaszkodzi sobie przypomnieć; a na wieczór z ukochaną osobą można zaplanować MASAŻ stóp oparty na chińskiej medycynie tradycyjnej.

Z innej beczki - parę ładnych zdjęć jako EKWIWALENT nieobecnej u nas zimy.

piątek, stycznia 05, 2007

Miszmasz

Jak w tytule, dziś będzie o tym, owym i jeszcze o czymś na dodatek.

Zaczniemy od sieci: Icaro Doria przemieszał sztukę z zaangażowaniem w sprawy świata i w ten sposób powstały jego FLAGI różnych państw.

Wczoraj przyjaciel przysłał mi link do polskiego GEOPORTALU, więc testując tenże zrobiłam zdjęcie domu, w którym mieszkamy. Po prawej - małe domki, których właściciele spalają czasem dziwne rzeczy, pisałam już o tym.

A skoro jesteśmy przy domu, to mam dobrą wiadomość - nasz Kurczak co prawda pogonił wszystkie gołębie, ale od kilku dni przylatuje z damą swojego serca i... tak, pozwala jej jeść, nie tylko patrzeć. Jesteśmy pod wrażeniem i cieszymy się, że jednak mamy dwa gołębie. Partnerka Kurczaka jest od niego ze dwa razy mniejsza - coś tak, jak ja od mojego M. czyli wszystko pasuje.
A swoją drogą, właśnie... strasznie fajnie jest mieć wysokiego faceta, nie jestem niska (165 cm dla ścisłości), ale nawet na moich najwyższych obcasach sięgam mu gdzieś w okolice brody i bardzo mi się to podoba. Atawizm ;)

czwartek, stycznia 04, 2007

Aż żal pić...

Wcześniejsza notka dotyczyła bardzo ulotnej formy sztuki. A TU macie jeszcze "ulotniejszą", przy czym szczególnie polecam zobaczyć film instruktażowy. Może skusicie się na własne eksperymenty, kawa jest zdrowa, więc nieudane eksperymenty można od razu wypić ;)

Sztuka ulotna nadzwyczaj

Dziś kolejna niekonwencjonalna forma sztuki - tym razem MALARSTWO krótkoterminowe ;)

A na uśmiechnięty początek dnia - DOWÓD, iż czasem warto wyrąbać przerębel...

środa, stycznia 03, 2007

Zrób sobie domek

Jeśli w ramach noworocznych postanowień ktoś postawił sobie za cel wybudowanie w tym roku własnego domu, to tu mam dla niego gotowy POMYSŁ wraz z planami i potrzebnymi informacjami.

Nie wiem, jak ten - prawie hobbici - domek ma się do polskiego prawa budowlanego, ale w ostateczności można go przecież postawić na działce :)

poniedziałek, stycznia 01, 2007

Noworoczne impresje

Czasami jest tak dobrze, że wcale nie chce się więcej, chce się tylko tego, co jest. Taka klasyka "trwaj chwilo"... Miło jest tak się poczuć, tym bardziej, że zdarza się to bardzo rzadko, parę razy w życiu - i to, jeśli ma się dużo szczęścia. Widocznie ja mam.

Się rozmarzyłam, a tu życie woła. Zakończył się czas obijania, wracamy do codzienności. Mnie to osobiście wcale nie martwi, bo mam plany i bardzo chcę, aby świat się wreszcie uaktywnił.


Nie złowiłam dziś dla was nic, bo sieć śpi, ale mam fotki. Wczoraj robiliśmy zdjęcia, w założeniu - ogni sztucznych - ale ja na żadne nie trafiłam, więc zrobiłam... hmm... żeby było ładnie, to nazwę je impresjami ;)

niedziela, grudnia 31, 2006

"Coś" żywych trupów...

Dzisiejsze popołudnie, czytam książkę, M. siedzi przy komputerze:
- ...no i trupy się ruszyły - mówi z satysfakcją w głosie.
- A co się miały nie ruszyć, przecież są żywe, nie? - odpowiadam nieuważnie.

Jeśli ktoś się jeszcze nie połapał o co chodzi, to spieszę wyjaśnić. Wśród atrakcji dzisiejszego wieczoru zaplanowaliśmy sobie oglądanie śmiesznych filmów i gorączkowo zaczęliśmy je ściągać z netu. W tym, między innymi - coś żywych trupów... już nie wiem, co ;)
A tak w ogóle to chichoczemy, śmiejemy się i wygłupiamy dziś od piątej rano. Chyba najweselszy sylwester w historii.

Życzę Wam wiele uśmiechu, dziś, jutro i każdego następnego dnia. Mam też nadzieję, że choć odrobiny z tego dostarczę Wam ja, drodzy Czytelnicy :)

piątek, grudnia 29, 2006

Dziwnie jest...

...gdy w paczkach przychodzą okruchy dawno zostawionego za sobą życia.

Drobiazgi, niegdyś niezbędne, teraz mile witane po miesiącach życia bez nich. Stare dyski z dawno zapomnianymi zapiskami. Zapachy, wspomnienia w tym wszystkim. Dziwnie. Nie - dobrze czy źle, tylko właśnie dziwnie. Jest w tym i ostateczność i potwierdzenie i nadzieja i wzruszenie, czasem zdziwienie, zamyślenie, uśmiech, śmiech nawet czasem też jest. Nie ma goryczy, nie ma smutku, najwyżej nostalgia. No, dziwnie jest...

Tak sobie piszę znad pudeł, zaczynając to życie po raz... lepiej nie mówić, który... Nie jestem wróżką; nie wiem, co będzie nawet jutro, a co dopiero za na przykład rok. Ale nie boję się, bo wybrałam słusznie - takie rzeczy się wie, to jest w środku. Jeśli coś robi się "nie tak", to też się wie - też czuje się to w środku, niektórzy nazywają to sumieniem.
Nie zrobiłam wszystkiego tak, jak zrobiłabym z dzisiejszą wiedzą - zrobiłam dwa błędy. Dziś to wiem, ale wtedy nie wiedziałam i - to też wiem - nie mogłam przewidzieć, że błędami się okażą. Każdy błądzi, szczególnie jeśli coś robi. Ja w tym roku zrobiłam więcej, niż inni przez pół życia. Miałam więc prawo do znacznie większej ilości złych posunięć, choćby statystyczne...

Dajcie sobie prawo do złych decyzji. Do bycia słabym. Do łez i głupoty. Nie trzeba być koniecznie perfekcjonistą i nie wolno szukać perfekcji w innych. Tego nauczył mnie ten rok. I dobrze, bo może nigdy - przy swoim charakterku - bym tego nie pojęła. Zapłaciłam za tę wiedzę, ale wiem, że było warto...
Ale się rozgadałam, czas wracać do pudeł ;)

Lubi... nie lubi...

Na dobry początek dnia proponuję COŚ z połączenia dwóch rzeczy, które lubię ;)

P.S. A dziś w nocy spadł u nas śnieg i tego to już zdecydowanie nie lubię :(

środa, grudnia 27, 2006

Kurczak czyli dres

Od pewnego czasu - jak pewnie niektórzy już wiedzą, dokarmiamy gołębie na parapecie. Ot, nic takiego - nie my jedni...

Od paru dni wiemy jednak, że tak ściśle - to dokarmiamy gołębia. Na początku inne też miały nadzieję na parę okruszków, ale ten jeden szybko im wytłumaczył, że ich rolą może być jedynie asystowanie przy jego posiłku.


"Kurczak" ma swoją ksywę dzięki rozmiarom bardziej zbliżonym do domowych nielotów. Dziób ma jak średniej wielkości papuga i umie zrobić z niego użytek. Z parapetu nie sfruwa (bo za ciężki), lecz spada i dopiero później udaje mu się jakoś lecieć dalej. Okruszków nigdy mu dość, a gdy ich brakuje - znacząco i z ponagleniem patrzy na nas. Trudno go polubić, z tymi jego manierami dresa, ale nie mamy wyjścia - to jedyny gołąb jakiego mamy i inaczej nie będzie - już on tego dopilnuje ;)

P.S. Pisałam parę dni temu o kliencie i kasie. Kasa została wysłana zgodnie z obietnicą, lecz nie zdążyła dotrzeć, aż do dzisiejszego poranka.
Ma to jednak swoją bardzo dobrą stronę - jestem jedną z niewielu osób, które zakończyły święta z większą ilością gotówki na koncie, niż miały jej przed nimi :)

niedziela, grudnia 24, 2006

Chwila zastanowienia...

Jeśli w miarę dobrze radzicie sobie z językiem angielskim, to wejdźcie TU, naciśnijcie "play" i poczytajcie.

Może dzięki tym słowom zrozumiecie, jak bardzo - tak naprawdę - jesteście szczęśliwi...

Wiedza lekko podana

Witajcie w ten ciemny poranek :)

Dziś pomoże wam rozjaśnić mroki bardzo interesująca i zabawna ENCYKLOPEDIA Tima Hunkina. Zabawna w formie, bo treści są poważne i prawdziwe, choć zawiera ona nie tyle definicje haseł, ile ciekawostki na dany temat, dodatkowo zilustrowane.

A jeśli dziś nie będziecie mieli czasu, to zawsze możecie do niej wrócić, ponieważ umieszczę ją w linkach.

sobota, grudnia 23, 2006

Koral

W kącie nigdy do tej pory nieużywanej szafki znalazłam dziś koralik z korala.

Może poprzednia lokatorka go zgubiła, może leżał tu od lat - nie wiem. Uznałam to jednak (jak wszystko ostatnio uznaję) za dobrą wróżbę, połączyłam koral z kawałkiem srebrnego drutu, powiesiłam na łańcuszku i mam wisiorek. Pierwszy prezent tej Gwiazdki ;)

Co ja się tak uparłam na rzeźby?

Nie wiem :) Ale TE są zupełnie inne i w innym materiale, więc jestem trochę usprawiedliwiona z monotematyzmu...

Tu jest napisane, że to chińska sztuka. Kiedyś interesowałam się tym i według wszelkich wówczas znajdowanych informacji wychodziło, iż jest to sztuka rodem z Tajlandii. Ale może po prostu jest to tajska sztuka, wykonana chińskimi rękoma - czyli jak prawie wszystko ostatnio ;)

Święta będą bezśnieżne...

...więc w związku z tym wrzucam wam trochę śniegu i lodu, choć w formie nieco PRZETWORZONEJ ;)

piątek, grudnia 22, 2006

Znów sztuka nietypowa...

...tym razem rzeźby z WIDELCÓW.

Może ja to raczej na kulinarny powinnam dać, jako inspirację dla niezadowolonych z posiłków ;)

P.S. W powyższym linku są wybrane rzeźby, więcej - podzielonych na kategorie - znajdziecie na stronie twórcy, gdzie można je również kupić: http://fork-art.com

No i czy ja nie jestem farciara?

Zrobiłam zlecenie dla pewnego klienta, zagranicznego zresztą...

Współpraca w trakcie układała się miło, klient był zadowolony z tego co dostał, a ja z tego co zrobiłam... Padły nawet słowa o kolejnych zleceniach, po czym klient stwierdził, że pieniądze wysłał i że za dzień-dwa będą na koncie.
No, niestety - nie było ich, więc nauczona doświadczeniem ze "złymi klientami" odczekałam jeszcze trochę, dalej nic - odezwałam się w końcu do klienta, że tu święta idą, a na koncie pustki i blabla w ten deseń...

Oczekiwałam zwykłego w takich wypadkach tłumaczenia typu: sekretarka zapomniała, księgowa nie podpisała, źle wpisałem cyferkę i mi odbiło kasę z powrotem, no jakiejś klasyki w każdym razie.
A tu nic z tych rzeczy, wyobraźcie sobie...
- Wysłałem, ale miały prawo jeszcze nie dojść z zagranicznego banku. Rano skontaktuję się z przyjacielem w Polsce i on natychmiast przeleje kasę z polskiego banku i po południu będzie pani miała. A jak przyjdą później te ode mnie, to będzie na poczet przyszłych zleceń, może tak być?

Wbiło mnie w fotel... Pewnie, że może, jeszcze jak może... A swoją drogą - trafić na takiego klienta... to trzeba mieć mój życiowy fart :)

P.S. Dam znać, jak się potoczyło dalej, ale mam dziwną pewność, że dziś po południu te pieniądze będą na koncie :)

czwartek, grudnia 21, 2006

Podobne już było...

...ale ogromnie podoba mi się minimalizm środków wyrazu tej dziedziny sztuki, więc zamieszczam kolejne PAPIEROWE prace, bo nazwanie tego "wycinankami" byłoby co najmniej nie na miejscu.

środa, grudnia 20, 2006

Zachwyty nad kupką ;)

Dziwny jest ten świat, bo niby człowiek poważny, niby zabiegany, niby zajęty jak cholera...

...ale pokazać mu coś takiego, to nagle się zatrzymuje i z zachwytu zaczyna wydawać dziwne, szczebioczące dźwięki i mamrotać czułe słówka... a cóż to w końcu takiego jest? Ot, KUPKA małych futerek czy piórek... eh, dziwny jest ten świat i ludzie są dziwni ;)

I dlatego to wrzuciłam, zatrzymajcie się w biegu i poszczebiotajcie... życie zaczeka :)

wtorek, grudnia 19, 2006

Ergonomiczniej...

Ostatnie zlecenie wymagało dosyć poważnego zagłębienia się w wiedzę z dziedziny ergonomii.

Przy tej okazji zrobiłam sobie ERGO TEST, z którego wynikło, iż moje stanowisko pracy spełnia wymogi ergonomii jedynie w 48 procentach, co - jak na polskie warunki - i tak jest sukcesem, no ale mogłoby być zdecydowanie lepiej.

Korzystając więc z nieobecności kota, czyli M. w domu, zaczęłam jeździć po podłodze meblami we wszystkie strony, przymierzać, zaciemniać... ustawiać oświetlenie, odległości, projektować ciągi komunikacyjne... no, wariactwo innymi słowy. Ale w końcu przecież ustawiłam i w efekcie okazało się, że rzeczywiście pracuje się lepiej, choć zmiany wcale nie są aż tak radykalne w porównaniu do pierwotnego ustawienia.

Nie mogę też nie wspomnieć o doraźnych korzyściach z ćwiczeń siłowych i rozciągających... A teraz czekam na kota... ciekawe co powie, hmm... ;)

poniedziałek, grudnia 18, 2006

Prognoza...

Podobno tego właśnie faceci chcą w święta:


No to znam przynajmniej jednego, który będzie to miał... ;)

P.S. Obrazek pochodzi ze strony http://boortz.com

Czas na obiad

Korzystając z tego, że dziś robiłam obiad tylko dla siebie, postanowiłam zaszaleć z oliwkami, których M. nie lubi (chwała mu za to... dzięki temu wszystkie są dla mnie, hihihi...).

W ten sposób powstał przepis na makaron z czarnymi oliwkami:

1. Do garnka wlać niecały litr wrzątku, wrzucić tam kostkę bulionu drobiowego, małą do średniej - posiekaną cebulę, kilka łyżek zalewy z oliwek, kilka łyżek oliwy, trochę jakiejś przyprawy, np. pieprzu ziołowego albo czegoś, na co mamy akurat ochotę. Chwilę to wszystko razem pogotować.
2. Wrzucić makaron, jaki tam lubimy (ale lepiej, żeby nie był za bardzo 3D, raczej jakieś nitki, gniazdka, takie delikatniejsze formy). Ugotować go do miękkości, tak żeby wchłonął w zasadzie cały płyn. Potrawa nie ma być zupą, ale ma być wyraźnie wilgotna. Często mieszać, żeby nie przywarło.
3. Przygotowujemy czarne oliwki (w całości lub w kawałkach), duży ząbek czosnku (posiekać, ale niezbyt drobno) i ser (ile lubimy, zetrzeć na tarce).
4. Do gotowego makaronu dodajemy oliwki i czosnek, mieszamy, posypujemy cayenne (znów ile lubimy). Na koniec wsypujemy ser, bardzo energicznie mieszamy i gasimy ogień. Zostawiamy na minutkę, jeszcze mieszając, jeśli trzeba.

Koniec... dobre było...

Jaki fajny poniedziałek :)

Mimo mgielno-mżawkowej pogody za oknem, energia mnie rozpiera.

Nie ma to, jak fajnie spędzony weekend. Wcale nie tylko na odpoczynku, lecz i na pracy, ale dobrze szła i była z sensem, więc wszystko ok. Teraz tylko nerwowo zaglądam co chwilę do banku, czy kasa doszła ;)

Wczoraj pogoda była senna, więc oddawaliśmy się czynnościom miłym i lenistwu ogólnemu. Przez cały dzień pogryzaliśmy jakieś smakołyki, buszowaliśmy po sieci, wylegiwaliśmy się w łóżku czytając, a dzień zakończyliśmy kąpielą przy świecach w dzikiej ilości piany.
Z tą pianą to trochę moja wina, bo chciałam kupić płyn do kąpieli, spodobał mi się kolor i zapach... dopiero w domu doczytałam, że na etykietce stało jak byk: piana do kąpieli... no cóż... trzeba czytać etykietki.

Z tych powodów dziś czuję się wspaniale i z radością siadam do pracy i humor mam zupełnie nie szarówkowo-poniedziałkowy :)

piątek, grudnia 15, 2006

Wieczór poniekąd milszy od poranka...

...bo się w dzień trochę rzeczy udało zrobić, więc i humor bardziej w stronę pogody a nie sztormu.

W związku z tym zamiast w telewizor, piątkowym wieczorem zapatrzcie się w urodę FRAKTALI.

A do telewizji się czepiam, bo gdy kończyłam artykuł, zapukali byli jacyś do drzwi z energią gestapowców szukających składu z powstańczą amunicją... Otwieram wkurzona na maxa, a tu dwóch kolesi przebranych (bo wyglądali właśnie na przebranych, a nie ubranych) w garniturki jakieś oraz płaszcze w typie "wełniany, czarny, smutny, grabarski"...
- Czy pani wie, że na pani osiedle wchodzi właśnie telewizja cyfrowa?
- Nie... a czy pan wie, że z zasady nie oglądam żadnej telewizji?
- Nie... a czemu?
- Bo jest głupia.
- A co jest mądre? - tu zerknął w głąb mieszkania i zobaczył monitor. - Internet? Internet jest cacy, a telewizja be?
- Tak, dokładnie, właśnie tak! Internet cacy, telewizja be. A teraz już panów pożegnam, bo mam pilną pracę.
- To wszystkiego dobrego i wesołych świąt.
- Nawzajem. - rozstaliśmy się w uśmiechach.
Nie wiem, czy ktoś od nich tę telewizję kupi. Bo ja nie wiem, jak można wyglądać, jakby się właśnie ukradło telewizję... ale oni tak właśnie wyglądali... wesołych świąt ;)

Zły humor od rana ;)

Dziś mało optymistycznie - spójrzcie, czy to nie straszne, że niebawem takie COŚ będzie spadało nam na głowy? Brr...

Tak sobie pomyślałam, że wzorem kalendarzy adwentowych, powinny powstać kalendarze odliczające dni do wiosny. Ale ja tu o wiośnie, a przecież kalendarzowa zima zacznie się dopiero za tydzień. Brr... po raz drugi. I jak tu w tej sytuacji być optymistą?

czwartek, grudnia 14, 2006

Udany połów

Po pierwsze: w linkach dodałam adres do strony na której można skrócić długi URL.

Po drugie: kolejna mapka, tym razem Internetu - rozlokowania numerów IP.

Po trzecie: ZŁUDZENIE optyczne, poniekąd mistyczne...

Po czwarte: w PRZEKROJU napisali... (dziękuję niezawodnemu panu X. za podesłanie mi adresu)

Miłej lektury, miłego korzystania, miłego oglądania i miłego dnia :)

środa, grudnia 13, 2006

Sztuka

Dziś na dzień dobry proponuję trochę sztuki, lecz w nieco innym niż zwykle wydaniu.

Ciekawe INSTALACJE z wykorzystaniem nietypowej techniki oraz interesujące KOMPENDIUM wiedzy o muzyce popowej i rockowej (trzeba to sobie powiększyć).

wtorek, grudnia 12, 2006

Bo było zimno...




Pod oknami ciągnie się uliczka małych domków. Wczoraj robiłam coś w kuchni i nagle zobaczyłam kłęby dymu, wypełniające uliczkę. Pożar?

Nie, to po prostu komuś zrobiło się zimno :) Sięgnęłam po aparat, lecz zanim go ustawiłam, apogeum zadymiania minęło. Niemniej to i owo udało się uchwycić.

niedziela, grudnia 10, 2006

Świątecznie - likier i prezenty

Przepis na likier imbirowo-miodowy, zaczerpnięty z książki Pattie Vargas i Richa Gullinga "Cordials From Your Kitchen":

1. Po pół litra miodu i wody gotujemy razem w garnku przez 4 minuty od momentu zawrzenia.Usuwamy pojawiającą się pianę.
2. Ścieramy na tarce ok. 12 cm świeżego kłącza imbiru oraz ocieramy skórkę z dwóch cytryn. Dodajemy do syropu miodowego i gotujemy przez kolejne 4 minuty. Odstawiamy do lekkiego przestudzenia i przecedzamy przez sitko do dwulitrowego naczynia.
3. Dodajemy do jeszcze ciepłego płynu 750 ml szkockiej whisky, mieszamy, zamykamy i odstawiamy w chłodne miejsce na miesiąc.
4. Po tym czasie filtrujemy dokładnie, rozlewamy do butelek i odstawiamy na co najmniej dwa tygodnie.

Jeśli zechcemy gdzieś tak w początkach lutego sprezentować jedną butelkę znajomym, wówczas możemy użyć do tego celu chusty FUROSHIKI, a w jej braku - dowolnej innej chusty, w którą możemy zapakować nasz prezent według SCHEMATU.

czwartek, grudnia 07, 2006

Wróciłam...

...zmęczona ogromnie, wykończona prawie, ale takim dobrym zmęczeniem, po zrobieniu mnóstwa konstruktywnych rzeczy.

Urządzamy się, meblujemy, kupujemy drobiażdżki i większe rzeczy, liczymy, liczymy, liczymy - pieniądze, bo na wszystko brak. Ale z uśmiechem, ze spokojem to wszystko. Nie dziś - to za tydzień; nie za tydzień - to za miesiąc. Albo później, gdy przyjdzie na to czas.

Co innego jest ważne. Teraz już się nie boimy świata, nie tęsknimy za sobą. Teraz wreszcie jest pewność, spokój, jesteśmy razem i odpadły czynniki zewnętrzne. Również jako usprawiedliwienie... ale to koszty wkalkulowane.

Jestem szczęśliwa. I widzę szczęście w jego oczach. To mamy na dziś. Jutro jest niewiadomą - jak zawsze.

poniedziałek, grudnia 04, 2006

Ciężki dzień...

...przede mną. Odezwę się, gdy tylko będę mogła, a na razie na co najmniej trzydzieści godzin znikam z internetu.

Postaram się dawać co jakiś czas znak życia, uzależnione jest to jednak od bardzo wielu czynników, na które będę miała ograniczony wpływ.

Życzę Wam miłego dnia, a sobie - w miarę bezproblemowego ;)

sobota, grudnia 02, 2006

Małe info

Uprzedzam, że może mnie od poniedziałku nie być online przez kilka dni.

Nie będę miała netu, a raczej będę go miała w sposób mocno ograniczony. Postaram się jednak coś wrzucać, gdy będę mogła. Za kilka dni wszystko powinno wrócić do normy. Zaglądajcie tu i na kulinarne strony oraz do wspólnego bloga z M., bo problemy potrwają raczej niezbyt długo, choć teraz nie jestem w stanie powiedzieć, ile dokładnie...

Do zobaczenia :)

piątek, grudnia 01, 2006

Jeszcze nie wyschły łzy wczorajszego dnia...

...a już można zacząć się uśmiechać. Życie potrafi być - jest - nieprzewidywalnie koszmarne i nieprzewidywalnie piękne - to ostatnie rzadziej, ale czasami...

Chyba właśnie spełniło się moje, nasze marzenie. Jedno z marzeń. Teraz znów przede mną, przed nami praca, ale wszystko będzie piękniejsze i łatwiejsze.

Po smsie M., z pamięcią wczorajszego dnia i poprzednich, ciężko było mi uwierzyć. Potem wysłałam wiadomość do W., wykonałam telefon do M. i powiedziałam L. na GT. Gdy to zrobiłam, wszystko stało sie nieco realniejsze. Fajnie... Ale ciągle jeszcze boję się ukrytych pułapek. Może jutro, gdy się obudzę... Dziś jeszcze nie wiem, czy to nie kolejny głupi żart życia. Czujna jestem i nieufna... Tamto bolało i zostawiło większy ślad, niż sądziłam, że zostawi.

Dla manualnie uzdolnionych

Zróbcie sobie RÓŻYCZKI, pod warunkiem oczywiście, że jeszcze jakieś ładne listki znajdziecie...