Dokarmianie przez klikanie

wtorek, lutego 15, 2011

Moi Drodzy Czytelnicy!

Dla sporej części z Was to nic nowego, ale przecież nie dla wszystkich: Qiliada nie będzie na razie kontynuowana. Powód też części jest znany, reszcie zaraz będzie ;)

Nowy etap w moim życiu wymaga zupełnie nowego bloga. Będzie trochę mniej osobisty, ale za to postaram się w nim zawrzeć sporo wiedzy o... ŻYCIU NA WSI

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za wspólne lata, szczególnie tym, którzy byli tu od początku. Mam nadzieję na dalsze spotkania, już w nowym miejscu. Wszystkiego najlepszego :)

Qilia

wtorek, stycznia 18, 2011

Pi, pi, piiiiii, gr, gr, grrrrrr...

Ja wiem, że to bardzo mądre tak patrzeć przyszłościowo i tworzyć podwaliny, czy jak się to tam mądrze określa...

Ja to wszystko wiem, ale - no kurczę - z natury jestem bardzo, ale to bardzo mało cierpliwa. Więc mogę sobie wiedzieć, że to mądre, ale z drugiej strony cholery dostaję, kiedy pomyślę, że to wszystko dopiero będzie. Wolałabym móc napisać: yes, yes, jest!
No powiem wam, że to wściekle ciężka próba dla mojego charakterku niespokojnego... Siedzę i piszczę i zgrzytam. Na plus dla mnie, że jednak jakoś wytrzymuję... Jeszcze ;)

środa, stycznia 12, 2011

Czemu cicho siedzę?

Siedzę cicho, albowiem mam mnóstwo do roboty i w dodatku kreatywna* jestem do ogłupienia.

Paskowany futrzak niestety dzielnie pomaga mi w pracy, a ponieważ praca jest cholernie precyzyjna i w dodatku na biurku leżą multiliardy maciupkich cholerstw, więc nie muszę już dłużej wyjaśniać, jak bardzo Franz mi to wszystko ułatwia... A przecież w klatce go nie zamknę... A w zasadzie to czemu niby nie? Pomyślę o tym. Póki co jakoś współegzystujemy, przy czym ja znacznie częściej klnę, niż zazwyczaj, co się przekłada na: nie klnę gdy śpię ;)

*Kreatywność - tutaj: wspinanie się na wyżyny pomyślunku szczególnie w tematach typu "skoro nie mam tego co niezbędne, to ja to zastąpię (...myślenie kreatywne...) tym".

Grr... ;)

sobota, grudnia 25, 2010

Jaki to był film?

Też z wczorajszego wieczoru.
K. i P. integrują się na miękkim podłożu i słyszę trawestację cytatu z lubianego przeze mnie filmu, a brzmi to tak:

- Uszka, oczki, nosek, ogonek, brzuuusio. Piesek.

To chyba już wiecie, jaki to był film :) Wiecie?

Wigilia ;)

Koty, zakręcone pracą i przyzwyczajone do robienia zakupów w ostatniej chwili, zostały wczoraj popołudniu jakże niemile zaskoczone...

Wszystko pozamykane, gdzie niegdzie transparent: Kotom spóźnialskim mówimy precz! ;) Udało się kupić wódkę. Dobrze, że aż tyle. Koty zostały więc z tym, co w domu... Czyli opcja może nie tak, że "w naszej lodówce nie znajdziesz nawet lodu", ale niewiele lepiej.

Ale Koty nie po to są twardymi Kotami, aby się łamać z takich durnych powodów. Tak więc wczoraj, jedząc rybki z puszki i karmiąc Pimpi granulkami Franza, podśpiewywały sobie wesoło: Za to mamy wódkę!
Podobnie, gdy konstatowały, że kończy się masło i nie ma ulubionej kawy: Ale jest wódka!

Nie powinien więc absolutnie was dziwić fakt, że gdy K. uczył Pimpi, co ma mówić o północy, to wyglądało to następująco:
- Pimpi, powtórz - wóód-kaa. Wódka. Nie, nie dawaj mi teraz buzi, powtarzaj za mną: wód-ka...

I wam też życzę bardzo, bardzo wesołych świąt :) Buziaki wszystkim!

P.S. Po opublikowaniu przeze mnie tego posta na fb,  znajomy mnie zapytał, czego powtarzania Franz był uczony. Odpowiadam: niczego, ponieważ żaden myślący człowiek nie próbuje wytresować kota.

poniedziałek, grudnia 20, 2010

Fajną książkę wczoraj czytałam...

...momenty były ;)

Dostałam w prezencie - coś wspaniałego, dosłownie wspaniałego, bo ta książka to "Historia smaku" Bryana Bruce. To jedna z tych pozycji, gdzie chciałoby się, aby autor tak nawijał przez sześćset dużych tomów, a nie przez przykrótkie dwieście stron formatu zbliżonego do B5. To niesprawiedliwe, bo ledwie się rozkręciłam, a tu już koniec :(

Polecam z całej duszy, kupujcie bez wahania. Wiele z informacji tam zawartych było mi już znanych, ale przynajmniej drugie tyle to rzeczy nowe, o których nie wiedziałam, co dobrze świadczy o poziomie merytorycznym, bo wiecie przecież, że staram się być z kulinariami na bieżąco i wiedzę na ten temat mam zdecydowanie powyżej przeciętnej, więc zaskoczyć mnie czymś nie jest łatwo.

Czyta się wspaniale... gawędziarski styl, humor sytuacyjny, no... Tylko jedna uwaga - podczas czytania takich książek musimy mieć pod ręką coś do pogryzania, bo w przeciwnym wypadku pożremy się od środka... No to już: miska pyszności, ciepły pled i czytamy :)

niedziela, grudnia 19, 2010

Bo najfajniejsze...

... są dowcipy sytuacyjne ;)

Czas i miejsce akcji: wczorajszy wieczór, u nas. Przychodzi przyjaciel - na śledzie i w celach ogólnotowarzyskich. Różne ma dla nas wziątka,  między innymi rum. Ale zastrzega, że on nie będzie tak za bardzo pił, bo prosto od nas idzie do pracy.

Zasiadamy sobie wszyscy w pokoju, Mąż Zjawiskowy zgłasza się do zrobienia herbaty z rumem, wychodzi do kuchni, po chwili wraca. Stawia kubek przede mną, drugi przed sobą. Czekamy na ciąg dalszy, ale nie jest przewidziany, bo MZ siada. Mnie i przyjacielowi oczy wychodzą z głowy prawie zupełnie, miny po prostu mamy bezcenne...
- A X. nic nie dasz?! - wykrztuszam w końcu.
Zdziwiony MZ:
- No przecież mówił, że nic nie będzie pił...
X:
- No tak, ale nie aż do tego stopnia...

sobota, grudnia 18, 2010

Duszoszczypatielnyj

Na fb coraz więcej nawoływań o chociażby domy tymczasowe dla kotów, którym tak trudno przeżyć mrozy skuwające nasz świat. Prosi się i robi się akcje mające zwierzakom dać choćby trochę jedzenia i kawałek koca.

Tak od siebie to powiem, że klikam na wszystko, co służy pomocy tym bezdomnym stworzeniom, bo gdzieś w środku czuję się winna, że mogę dać dobry i spokojny dom tylko dwojgu. Że może mogłabym jeszcze czemuś trzeciemu, ale wtedy włącza się rozsądek z suchą informacją, że nie mieszkam u siebie i że ta chwilowa stabilność to nic pewnego i wzięcie sobie na łeb kolejnej odpowiedzialności nie jest dobrym pomysłem.

Za kilkanaście dni minie rok od czasu, gdy złamaliśmy się wewnętrznie i wzięliśmy Franza. Jedynaczka Pimpi nie kochała go od początku, nie pokochała przez ten rok i prawdopodobnie nie pokocha już nigdy. Z wzajemnością zresztą... Ale zwierzaki to na szczęście nie ludzie. Wypracowały sobie jakiś tam konsensus, daleki od oczekiwanej sielanki, ale jednak i... I przeżyliśmy jakoś szczęśliwie ten rok; nie sądzę też, aby kolejny miał być gorszy.

Dać dom jest trudno. Dać spokój i szczęście - niewyobrażalnie trudniej. Ale warto zaryzykować, nawet gdy sam pomysł nie wydaje się z początku być zbyt mądrym. Jest bowiem ogromna szansa, że jeśli intencje będą dobre, to się jakoś tam samo poukłada.

Myśleć, myśleć. Po to to napisałam.

sobota, grudnia 11, 2010

Kanapowo

Siedzą sobie K. i Q. i Pimpiak na kanapie.

Franz przyłazi ze stanowiska płoszenia gołębi (na parapecie) i wciska się na fajną kanapową miejscówkę przy K. Na to K. czule:
- O, kiciuś! Przyszedłeś do pana, bo ci smutno?
Q.:
- Akurat, pupa mu zmarzła, to przylazł. Przecież on ma uczuciowość młotka. Pięciokilowego...

Pimpi psychicznie nie wytrzymuje sąsiedztwa i schodzi z kanapy. Po sekundzie Franz też schodzi z fajnej miejscówki. Błąd, bo Pimpi wraca na włości, uprzednio zaganiając Franza na jego biurko. Zestresowany F. uzupełnia kalorie (akurat, zestresowany, phi) i wraca na posterunek płoszyciela gołębi, choć one od dawna już śpią.

P.S. Policzyliśmy ostatnio posłania F. Wyszło nam 16. Policzyliśmy ponownie, bo nie chciało nam się wierzyć... Wyszło 17, bo właśnie zdążył wynaleźć kolejne, gdy tak sobie liczyliśmy.
P.P.S. Ostatnio pokazałam K. zdjęcia kota. Reakcja: No, kot i co z tego? Ja: Ale to Franz. K: Żartujesz! Przecież to jakiś smutny kot, nie Franz! (to były stare zdjęcia F. sprzed roku - chyba jednak trochę się zmienił ten pięciokilowy młotek ;).

Już lepiej

Wczorajszy dzień był: rozczarowujący, nieudany, śnieżysty, bez żadnych plusów, upierdliwy pod każdym względem, beznadziejny i za długi.

Takie dni wkurzają mnie głównie dlatego, że nie mam wpływu na to, co się wydarza. Co mi z tego, żem punktualna do bólu, skoro w firmie Z. czegoś nie przewidziano, za górami za lasami - panienka X. zwleka z kasą od września, a z kolei kilka ulic obok - panu Y. termin się wydłużył. To jak śnieg - na to się nie poradzi i tylko można się bezsilnie i nieefektywnie wściekać i wraca się do domu bez chęci do czegokolwiek...

Dziś już na szczęście lepiej, nie jakoś tam bardzo lepiej - trochę lepiej, bo przynajmniej nie traciło się czasu na rzeczy nieudane, a zamiast tego zrobiło się to i owo od rana. Mam nadzieję, że do wieczora zrobi się jeszcze więcej.

"Na pohybel wszystkim. To jest dobry toast, za to z tobą wypiję."

niedziela, listopada 28, 2010

Najlepsza pora dnia

Zaczyna się czasem już o trzeciej trzydzieści, czasami o czwartej czy za kolejne pół godziny...

Pierwszy jest pstryk na listwie czyli światło, dźwięk i podłączenie się do świata ;) To moja działka, w tym czasie Mąż Idealny już robi kawę, ja z kolei sprawdzam zawartość misek Futerek i uzupełniam.
No, dobra - kawa jest, papieros zapalony, czas sprawdzić newsy, maile i fb - gdy my śpimy, świat tworzy content ;) Na zapoznaniu się z nocna produkcją schodzi pierwsza kawa.

Czas na drugi kubek i już prawdziwa pracę. Ja czytam zaległości i planuję zadania na dziś. MI konferuje na tematy fachowe z zaprzyjaźnionym webmasterem, osiągalnym - bo jeszcze nie zakończył dnia poprzedniego. Franz śpi na maszynie do szycia, zbierając energię na późniejsze śledzenie tych wstrętnych ptaszków za oknem. Pimpi na złocistej poduszeczce pieska pałacowego też śpi, leżąc między nami.

Trzeci kubek: teraz już jesteśmy całkiem rozkręceni i pracujemy pełną parą (nomen omen), od czasu do czasu dyskutując na temat obecnych i nowych rzeczy, podsyłając sobie linki, konsultując się i tak dalej. Nigdy później w ciągu dnia nie zrobimy tak dużo w tak krótkim czasie, ile teraz.To zdecydowanie najlepsza pora dnia :)

środa, listopada 24, 2010

Najsprytniejszy deser świata

Czemu najsprytniejszy? Bo ekstremalnie tani, błyskawiczny i z mnóstwem zastosowań.

Kupujemy najzwyklejszą pitną czekoladę w saszetkach, fix do bitej śmietany Dr Oetkera oraz śmietankę 36% (może być również 30-ka). Na osobę bierzemy saszetkę czekolady, pół szklanki śmietany i pół paczki fixu.
Początek przepisu: śmietanę ubijamy z czekoladą przez chwilę, dodajemy fix i jeszcze chwilkę ubijamy; koniec przepisu.
Cóż my z tym możemy zrobić? W zasadzie wszystko z wyjątkiem podgrzewania.Wymienię zastosowania, które już wypróbowałam, ale na pewno nie są to wszystkie możliwe:

  • nałożyć do pucharka i podać jako krem z dodatkami lub bez
  • zamrozić i podać jako lody (tu już nie będzie taki błyskawiczny oczywiście)
  • nałożyć do gotowych kruchych babeczek
  • potraktować jako krem do ciasteczek składanych po dwa
  • użyć jako kremu do delikatnego biszkoptu (ew. zrobić roladę biszkoptową)
P.S. Klikajcie, proszę, na miseczkę u góry, ta reklama tam będzie na razie na stałe. To taki pajacyk dla bezdomnych zwierzaków.

wtorek, listopada 23, 2010

Aaale dłuuuga przerwa była...

No, była, była, ale kiedy piszę dużo różnych rzeczy, to czasem jestem tak "wypisana", że - przyznaję - nie mam siły jeszcze uzupełniać bloga, przykro mi. Nawet na fb statusu nie ustawiam, a o czymś to przecież świadczy ;)

Skoro sprawa wyjaśniona, to telegraficznie - nowości:

  • nie pracuję już w tej pracy, co to wiecie, tej do której trzy razy wracałam
  • w ogóle na razie - poza zdalnymi zleceniami, nie podejmuję pracy u nikogo, w związku z tym, że...
  • ...piszę książkę o tematyce na której się świetnie znam (nie, nie kucharską ;), a pisanie książki wymaga czasu i spokoju
  • MnM robi pierwszą dużą, płatną stronę na zlecenie i świetnie mu to idzie (bo jest zdolny i mądry, zawsze to mówiłam)
  • pomagam MnM jako doradca artystyczny, co jest miłym przerywnikiem w pisaniu
  • a w ogóle to świetnie nam się razem pracuje :)
  • futerka prognozują ostrą zimę - jedzą i gromadzą tłuszczyk, przesypiając większość czasu (szczególnie F., ale P. też niewiele mniej)
Obiecuję już nie milknąć na tak długo, tym bardziej, że to nie wszystkie newsy, będzie też druga część, a potem mój najnowszy pomysł na deser.

piątek, listopada 12, 2010

Z cyklu: Jak się to robi?

Od razu uprzedzam, historia jest prawdziwa, z wczoraj; niestety - musiałam utajnić nazwy, bowiem obiecałam, co by nie było afery ;)


Z pewnego miasta na południu kraju, z pewnego bardzo dużego zakładu z kapitałem zagranicznym, wybrała się wczesnym rankiem spora grupa osób, głównie związkowców, do stolicy. Cel - marsz protestacyjny. Nie wiem przeciw czemu, bo ja tam miałam dwoje szpiegów spoza rzeczonej firmy.

Jadą sobie, jadą, trochę piją, śpiew zbiorowy, jak to na wycieczce... Aż tu nagle, w okolicach miasta świętej wieży - trach i piętrowy autokar się zepsuł.
Dwie godziny na parkingu, na szczęście pod knajpą - kolejne lufki, śpiew, huśtawki... I w końcu (gdy jeszcze nie było wiadomo, jak się sytuacja rozwinie) ktoś wpadł na pomysł...
Kominiarki na pyszczki, transparenty w dłonie i demonstracja pod knajpą, na tle autobusu - fotki. Bo musi być dokumentacja, że demonstracja się odbyła, a jak :)

Po jakimś czasie przyjechały dwa inne autokary i zabrały połowę demonstracji (tę dolną) z powrotem do miasta na południu Polski, a drugą - górną, do Warszawy. Na demonstrację przybyli za późno (jakie za późno - przecież ona już była ;), ale nie za późno na to, aby mi to opowiedzieć, pokazać kominiarki i fotki z "demonstracji".
Ładne?

P.S. Historie publikuję za zgodą "szpiegów", pozdrawiam i czekam na kolejne spotkanie :*

niedziela, listopada 07, 2010

Roznosi mnie...

Nie, nie. Wcale nie wściekłość (jak to zazwyczaj bywa), lecz energia :)


Mnóstwo pomysłów, mnóstwo pracy, innymi słowy: wiencej sistkiego! ;)
Ale kiedy wyjdzie...
Zauważcie, że nie napisałam "jeśli" lecz "kiedy", czyli mam zero wątpliwości, a skoro taki ohydny realista jak ja ma zero wątpliwości, to znaczy że sprawa jest pewna na 200%.
Tak więc GDY wyjdzie, to Koty, Kociambry, Kociątka, Futereczka czyli MY - będą bogate i szczęśliwe. Na razie wykonały połowę i są tylko szczęśliwe. Pozostała im do zrobienia tylko ta druga połowa ;)

niedziela, października 24, 2010

Sprytna i rozgadana...

...czyli nasza nowa drukarka.


Byłam przeciwna trzeciemu sprzętowi tego typu, w dodatku to "kombajn" czyli urządzenie wielofunkcyjne - a wobec nich jestem przeciwna podwójnie. Poza tym odstraszająco podziałała na mnie zbyt niska cena. Ale K. się uparł, więc...

No i znów miał rację (inna sprawa, że takie ciągłe "manie" racji bywa czasem wkurzające) i mamy bardzo sprytną szarą zgagę ;) Objęła w wyłączne posiadanie stoliczek i drukuje, skanuje, kopiuje oraz... gada, mruczy, tłucze się, warczy - nawet Franz ją słyszy, a to o już czymś świadczy. W każdym razie niesamowicie przyjazne stworzenie i już ją lubię :)

P.S. Nie piszę, ile kosztowała, bo nikt i tak nie uwierzy ;)

wtorek, października 19, 2010

Zima idzie...

...więc w tym tygodniu w domu jak w przedwojennym dworze - zapasy się robią.


Suszą się korale z różnego rodzaju papryczek, pasztety się robią, szynki i golonki, przyprawy i sałatki, rybki się marynują, nalewki się nastawiają i takie tam różne, różniste inne pychoty na zimne dni.

Wszyscy aktywnie uczestniczą - życie przeniosło się do kuchni, gdzie ja króluję; Mąż zakupy robi (nawet po raz dziesiąty, bo czegoś własnie zabrakło) i taszczy do domu, i śmieci wyrzuca, i przyprawy trze w moździerzu - no anioł prawdziwy, bo to wszystko bez mrugnięcia okiem nawet, bez narzekania żadnego.
Zwierzaki karne jak nigdy, ale kto by nie był karny przy takiej ilości obrywek i możliwości sprawdzenia czy papryczki równo się suszą i czy wątróbka dobrze w maśle uduszona (Franz) oraz czy skórka na golonkach mięciutka, a marchewka do sałatki w sam raz (Pimpi).

Tak więc zima może sobie przychodzić, a co nam tam, phi :)

poniedziałek, października 18, 2010

Na Olimpii

Wczoraj państwo M. wybrali się w poszukiwaniu skarbów na coniedzielny bazarek na Olimpii.


Można tam kupić prawie wszystko - od kompletów nowych mebli poczynając, a kończąc na zgiętym gwoździku z lat 20-tych ubiegłego wieku sztuk raz; nie można kupić samochodów ani zwierząt. Np. czółenkowa maszyna do szycia, na korbę - w świetnym stanie za jedyne 150 złotych (do negocjacji) - cacko, oczy mi zabłysły chęcią posiadania, no ale...

Nachodziliśmy się okrutnie, ale - półżywi, po kilku godzinach, wracaliśmy lżejsi o pięćdziesiąt parę złotych, ciężsi zaś o mikserek ręczny, gadżety kuchenne, maszynkę do mięsa, łyżwy i super buty. Po pobieżnym przeliczeniu na ceny allegrowe wyszło, że zakupy są warte co najmniej dziesięć razy więcej, niż za nie zapłaciliśmy.

Muszę podkreślić, będąc absolutnym antytalentem w tej dziedzinie, że wszelkie osiągnięcia negocjacyjne zawdzięczamy jedynie panu M. - był absolutnie niezrównany w sztuce targowania :)

poniedziałek, października 11, 2010

Yes, indeed.

Koty w dzienniku są od siebie o parę pozycji oddalone (Pani M. bowiem w dzienniku jest na "D" - bo ciągle ma stary dowód, a pan M. na "M".), choć w ławce siedzą jednej - ale w końcu każdemu wolno siedzieć z kim chce ;) Do wczoraj nikt nie wiedział, kim Koty dla siebie wzajemnie są.

Angielski, od podstaw; czyli lekcję Pani od Angielskiego (PoA) zaczyna zwyczajowo od opowiadania o sobie: kto jest kim, co robi, kogo tam w domu ma, ile lat ma etc.

Ponieważ ochotników do zaczynania nie było, miłosiernie zgłosiła się pani M. i powiedziała, że ma lat ile ma, że męża ma K., nazwisko wymieniła prawidłowe (czyli M. - w tym miejscu PoA pomyślała, że kobita się z nerwów pomyliła), że kota F. M. ma, że psa-dziewczynkę P., że zero dzieci, że takie tam różne. Wszystko było OK, dopóki nie odezwał się pan M. Hmm...
Który stwierdził, że żonę ma I., że kota ma F.M., że psa-dziewczynkę ma P., że ma tyle lat co ma i nazywa się tak i tak i robi to i to...

Chciała zabrać głos kolejna osoba, ale nie mogła, bo Pani od Angielskiego wreszcie zajarzyła, że coś tu się za bardzo zgadza... Z wrażenia zapomniała polskiego i z oczami jak spodki, wyszeptała scenicznie, wskazując dla pewności palcem Koty:
- Are you married, really?
- Yes, indeed. - odpowiedziały Koty chórem, choć niewyraźnie, bo już wyły ze śmiechu, a z nimi cała klasa, do której przyłączyła się za moment PoA :)

sobota, października 09, 2010

Dzieci wesoło wybiegły...

... ze szkoły, zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki...


No może bez "takich" flaszek (tylko powerade). No i czym się było tak stresować? Niczym. Wszystko jest bardzo super :)

- Wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy, hej, hej, lalalala, hej, hej, hej!

Tak, teraz już jesteśmy w domu i siedzimy nie przy powerade ;)