Dokarmianie przez klikanie

czwartek, października 15, 2009

Notka z BUW-u

Wszystko prawie w porządku, ale nie mamy netu. Damy znać, gdy się wreszcie ze wszystkim uporamy. Pozdrawiamy tych, co nas lubią :)

Qilia, Sasza i Pimpi

poniedziałek, sierpnia 03, 2009

Cztery miodowe miesiące...

...minęły, a raczej mignęły ;)


Wiele osób pytało, co z blogiem. Długo nie byłam pewna, ale już wiem - reaktywacja :) A teraz krótkie sprawozdanie z tych czterech miesięcy.

Z kryzysowych powodów musieliśmy zmienić trochę profil firmy i dopiero od jutra ją formalnie uruchomimy, tzn. wystawimy pierwszą fakturę (bo jeśli chodzi o produkcję, to już działa). Z tych samych kryzysowych powodów K. ciężko pracuje najemnie; na szczęście to już tylko przez trochę i niebawem będziemy pracować razem - u siebie.

Z Macedonii po dwóch latach wróciły Kasia i Alicja, zamieszkały wraz z Markiem bardzo blisko, bo w Ursusie. Miło jest mieć koleżankę niedaleko, tym bardziej, że - jak wiadomo - na nadmiar koleżanek nie narzekam ;)

Zaliczyliśmy kolejne spotkanie cantryjskie; nasze wspólne imieniny (bo okazało się, że jednego dnia w roku są imieniny K. oraz I. - więc pozmienialiśmy daty naszych dotychczasowych imienin); półurodziny Pimpi (skończyła 2 i pół roku - życie piesków jest tak krótkie, powinny mieć urodziny co pół roku, nie co rok).

Za trzy tygodnie czeka nas miła impreza - ślub W. (czyli mojego eks) z W. Odwiedzili nas oboje przed tygodniem, miło się gadało i czekamy na powtórkę, ale to chyba dopiero po uroczystości, bo przeprowadzka (nareszcie są po naszej stronie Wisły) i ślub to naprawdę dużo na raz - coś o tym wiemy ;)

O problemach, zresztą jedynie finansowych, zwyczajowo nie piszę, bo nie warto. Kasa raz jest, raz nie - ważne, jak jest między nami. A między nami jest tak, że te cztery miesiące uważamy za miodowe i sadzimy, że następne też będą takie. Za słodko? Coż, przepraszam... ;)

sobota, kwietnia 18, 2009

Cantr to fajna gra...

...no tak, bo:


1. Na jednym łóżku leży mój mąż - z Cantr, a jakże...
2. Na drugim nasz przyjaciel - z Cantr, a jakże...
3. Wieczorem wpadnie moj eksmąż - z Cantr, a jakże... (żeby zabrać nas na koncert kolegi, ten kolega nie jest z Cantr akurat, co w tej sytuacji jest prawie dziwne ;)
4. Wczoraj gadając, obgadaliśmy niemal całą polską ekipę cantryjską (i kawałek litewskiej oraz ułamek amerykańskiej), bo tak bywa, gdy się troje cholernych Cantryjczyków spotyka.
5. No nie wiem, jak można w tę grę nie grać - przecież wówczas nie znałoby się chyba nikogo.
6. Czyli dom wariatów jak zwykle...
7. A ten wpis poniżej... Tak jest jak się mąż do kompa dorwie, na konto wejdzie i sprawdza, czy się da coś napisać na żony blogu. Dało się ;)

wtorek, kwietnia 14, 2009

Podsumowanie z 1,6 tygodnia

Kocham Qilię!

K. :)

niedziela, kwietnia 12, 2009

czwartek, kwietnia 09, 2009

Just Married - part 1.

Krótkie sprawozdanie z "dnia zero", jak zwykle w stylu telegraficznym:


* pobudka o piątej rano, już od kawy narasta zdenerwowanie (no dobra - panika)
* wtulamy się w siebie na jednym fotelu, pijemy kawę i udajemy, że to zwykły dzień
* świadek czyli K2 miłosiernie zabiera Pimpi na spacer, my nadal panikujemy
* ja piszę na ścianie: help, ratunku, pomocy
* dosyć paniki - trzeba wyprasować białe koszule oraz
* wykąpać się, ubrać, wymaziać pyszczek, zamówić samochód, sprawdzić czy wszystko mamy
* pod pałacem: walimy po łyku whisky, palimy i opowiadamy sobie głupie dowcipy
* w pałacu: krótkie bitwy o Pimpi oraz rodzaj muzyki - zwyciężamy obydwie w mig
* ślub: z P. na naszych kolanach, uśmiechnięta pani kierownik dobrze się bawi wraz z nami
* nareszcie rozluźnieni, piwko w ulubionej knajpce, gadanie, zabawa, luz
* przenosimy się do drugiej knajpki, dalej się alkoholizujemy i wygłupiamy
* muzyka robi się ostra, więc K. odprowadza P. do domu i wraca na dalszy ciąg
* duży łysy wraca ze swoją połówka do domu, natomiast K2 idzie szaleć na parkiecie
* my oboje półleżymy objęci na kanapce, leniwie obserwując tłum
* wszyscy jesteśmy podrywani przez różnych, ale ich spławiamy
* do domu, nareszcie, bo padamy już ze zmęczenia, doba stresu za nami... Just married :)

poniedziałek, marca 30, 2009

sobota, marca 28, 2009

Nerwowe dni...

Już tylko albo aż tydzień. Wyjątkowo obfity w sprawy będzie ten czas, chciałabym go przeskoczyć, ale się nie da.


Małej udziela się nasze zdenerwowanie, wszyscy jesteśmy tacy podminowani. Poziom stresu na poziomie zejścia... Niech to się skończy nareszcie, niech będzie spokój i normalność...

niedziela, marca 22, 2009

Wiosna :)

Pierwszy dzień wiosny uczciliśmy pod hasłem "dla każdego coś miłego".


W praktyce wygladało to następująco...
Zaczęliśmy od wizyty u Jimmy'ego, gdzie my wypiliśmy po jednym grzanym (za odchodzącą zimę) i jednym zimnym (za nadchodzącą wiosnę) piwie, a Pimpi opchnęła jak zwykle porcję kebaba.
Mało nam tego jednak było, więc - skuszeni słońcem - poszliśmy nad Wisłę. W kieszeniach po puszce piwka i tuptamy. Niestety, słoneczko słoneczkiem, ale nad Wisłą zimny wiatr hulał, więc piw nawet nie otworzyliśmy... Za to P. miała furę patyczków do ganiania za nimi, a K. wszystko dokumentował, przy okazji zapoznajac się z nowym aparatem.
Zmarznięci wróciliśmy do domu i znów było piwko... No, co? Tylko dlatego, aby się nie przeziębić tej wiosny ;)

poniedziałek, marca 16, 2009

W telegraficznym skrócie

1. Mamy już firmę, nadspodziewanie sprawnie udało się ją założyć.

2. Lista spraw do zrobienia ma już długość... a tak z półtora metra chyba.
3. Lista spraw miała dwa metry, więc jednak sporo już zrobiliśmy.
4. Wczoraj usiadłam do mojej super maszyny, aby ją oswoić - nooo, niezły sprzęt.
5. Nie szyłam od lat, ale okazało się, że to jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina.
6. Znów nas czeka krótkie rozstanie - nie lubimy bardzo, ale trzeba.
7. Uganiamy się za forsą, na razie bez spektakularnych rezultatów, niestety.
8. Pomimo problemów (patrz: pkt 2, 6, 7) z uśmiechem czekamy na wiosnę oraz z niecierpliwością na "godzinę zero".

piątek, marca 06, 2009

Szczęściarze z nas :)

Mieliśmy przez kilka dni bardzo sympatycznych gości i - pokazując im atrakcje stolicy - zajrzeliśmy wczoraj do takiej miłej, zaprzyjaźnionej knajpki na terenie "Zagłębia Dobra". Ponieważ ja znam tam właścicieli, obsługę i stałych gości, tak więc oni wszyscy zostali na wstępie poinformowani o naszym ślubie.


Po zwyczajowych gratulacjach nastąpiły pytania, między innymi o datę, a gdy ją wymieniliśmy, współwłaściciel lokalu zrobił zaskoczoną minę...
- Kiedy???
- No czwartego czwartego...
- Ale numer! To macie u nas w prezencie ślubnym darmowe przyjęcie.
- Nie, no... Nie żartuj, zniżkowe to jeszcze, ale przecież nie możesz nam fundować całości.
- Mogę, bo i tak miałem was zaprosić, bo dokładnie tego samego dnia są urodziny D. (tu wymienił nazwę lokalu)!
- Dzięki, Marcin! Cudowny jesteś!

Nazwę kamufluję i ujawnię dopiero po fakcie, bowiem mam w pamięci ostrzeżenia naszej najulubieńszej studentki medycyny ;)

poniedziałek, marca 02, 2009

"...czy już rozdajecie autografy?..."

Nasza najulubieńsza studentka medycyny była uprzejma wygłosić powyższe pytanie i jednocześnie stwierdziła, że czuje się niedoceniona, bo jej nikt o nas nie nagabuje. Uspokoiliśmy ją zapewnieniem, iż nasza przyjaźń jest tak zakamuflowana, że żadna z fanek mojego narzeczonego o niej nie wie i to wszystko dlatego... ;) No, ale czy ja nie mówiłam, że to dom wariatów?


Niech już będzie ten czwarty, a najlepiej to niech już będzie noc z czwartego na piąty, bo wtedy wszystko się unormuje nareszcie.
Nasza najulubieńsza studentka medycyny wygłosiła bowiem (aby nie prorocze!) słowa: po jaką cholerę podałaś datę i miejsce, jeszcze ci jakiś rejtan w spódnicy, z odkrytą piersią, zagrodzi wejście do urzędu, żebyś tylko S. nie zaobrączkowała. Odpowiedziałam, że przecież godziny nie podałam. Na co ona: takie to i dobę mogą czekać... O, mamo, nie!!! ;)

Post scriptum: S. i K. to ten sam człowiek. S. to nick, a K. - imię. Mam w zasadzie same wady, ale bigamistką nie mam zamiaru zostać.

sobota, lutego 28, 2009

Stateczni, hmm...

Do K. z okazji urodzin z dalekiego grodu Kraka:

Od wczoraj jestem ojcem. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Już wiem, że się żenisz; to dobrze, że się ustatkowałeś.

Hmm... No cóż, nie zna mnie i nie może wiedzieć tego, że K. był znacznie bardziej ustatkowany w okresie najdzikszego młodzieńczego buntu, niż będzie teraz - po ślubie ze mną. Być moim mężem - to nie jest tożsame z byciem ustatkowanym. Ups...

Welcome To The Jungle ;)

Wcześniej wspomniane przeze mnie pijane zdjecie mojego narzeczonego uczyniło większe spustoszenie w serduszkach Cantryjek, niż mogliśmy się spodziewać...


Dzwonią więc sierotki do niego, zagadugadują, mejlują zawzięcie... Czy to nie za wcześnie? Czy jest pewien? Czy aby na pewno tak ma być?
No, łzy wzruszenia zalewają mi oczy, a w myślach przepowiadam sobie listę tortur i tak się zastanawiam, czy lepsze bedą wyrafinowane made in China, czy też - równie skuteczne, choć prymitywne - Specnazu. Mieć gwiazdę za męża, to być czujnym i gotowym na wszystko, czyż nie?

No nic, panienki w końcu przeboleją zubożenie rynku matrymonialnego o jednego, całkiem atrakcyjnego faceta, a my znajdziemy sobie nowy powód do żartów. Ostatecznie nie tylko ta sfera życia jest zabawna ;)

Wyrwane z kontekstu

Parę takich sobie ciekawostek z ostatnich dni.


* Jesteśmy pod dużym wrażeniem profesjonalizmu pani z urzędu stanu cywilnego. Zero zdziwienia, ba - nawet tego charakterystycznego błysku w oku nie było. Zupełnie jakby codziennie miała po kilka takich par, a przecież to niemożliwe... Poszliśmy z nastawieniem na walkę, a wyszlismy zdziwieni; brawo dla tej pani ;)
* Piękne obrączki wybraliśmy, oksydowane na czarno, z kropelką złota. Teraz "tylko" trzeba znaleźć na nie kasę...
* Rozmowa z Jimmy'm, który opowiada nam, co poda na imprezie... On roztacza wizje, a my: Jimmie, pliiiz, pamiętaj o naszych kieszeniach... Kryzysowi narzeczeni, kurczę...
* Wczoraj na GT tekst miesiąca: bardzo ci dziękuję, bo dzięki tobie odzywają się do mnie dawno nie widziani znajomi, aby spytać - za kogo ona, do cholery, wychodzi?
* W trakcie tejże rozmowy drugi tekst: będziecie pierwszym cantryjskim małżeństwem. Nie wierzymy, bo to raczej niemożliwe, żeby za oceanem nie było takich par. Ale w polskiej strefie... Kto wie, może i tak. Fajnie. Tyle tylko, że Cantr nie działa.
* A tak w ogóle, to dziś są urodziny K. Miłosiernie nie napiszę które, bo i bez tego poranne godziny przedwiośnia sprzyjaja występowaniu zawałów ;)

środa, lutego 25, 2009

"...kocham cię, prawie-żono ty moja..."

No, to już wiemy. Pałac Ślubów na Placu Zamkowym, czwartego czwartego, potem imprezka na Tamce u Jamila :)

sobota, lutego 21, 2009

...to rozstania i powroty...

K. znów na wyjeździe, ale to już na szczęście ostatnie egzaminy i jutro wieczorem wróci. Nie lubimy tych rozstań, choć powroty są bardzo miłe ;)


Jeszcze nie ustaliliśmy daty naszego "tak", bo okazało się, że brakuje jednego dokumentu, który właśnie jest w trakcie przesyłania, więc jakoś tak w połowie tygodnia dopiero pójdziemy do ratusza.

P., czyli drugi świadek (ten duży) wytatuował nam na ramieniu po kropeczce (wiosną w tym miejscu będzie coś wiekszego). Jak on to ślicznie i profesjonalnie zrobił, myk myk i już, według najlepszych wzorców "spod celi" :)

Tyle nowości, a teraz wracam do aktywnego czekania na K. Polega to na tym, że wynajduję sobie jak najwięcej zajęć, nawet tych zupełnie zbędnych, gdy niezbednych już brak. Dom na tym niewątpliwie zyskuje...

poniedziałek, lutego 16, 2009

Bezboleśnie

No to jesteśmy po ważnych (poważnych) rozmowach - rodzice K., jego najlepszy przyjaciel, jednocześnie przyszły świadek na naszym slubie. Przeszło gładziej i aksamitniej, niż się spodziewaliśmy. Albo tyle w nas determinacji, albo wcale nie jesteśmy aż tak oryginalni w poczynaniach ;)


Nieistotne - ważne, że ważne za nami. Dziś spotkanie z drugim świadkiem, ale to już czysta rozrywka - 190 cm wytatuowanego ciała zniesie wszystko, tym bardziej, że kryje mojego najlepszego przyjaciela.

K. wrócił po piątej rano, teraz śpi z wtuloną w siebie Pimpi. Trzydzieści osobnych godzin minęło - jak dobrze znów być razem.

niedziela, lutego 15, 2009

Wracaj już (nie na temat)

Ciężko jest być tu, gdy ktoś inny załatwia sprawy kilkaset kilometrów dalej, a te sprawy dotyczą nas obojga. Tu będąc - nie może się nic. Może się czekać, czytać sms-y, odpowiadać na nie; można się denerwować, wariować, ale tak naprawdę i tak nie można nic zdziałać. Frustrujące.


Z drugiej strony, tej lepszej - świadomość, że mozna się nie martwić - bo cokolwiek się stanie, on zrobi to dobrze, zrobi najlepiej, jak się - w tej akurat sytuacji - da.

Z mężczyznami jest jak z arystokracją.
No tak. Bo jedni rodzą się z tytułem. Inni go kupują.
Jedni rodzą się mężczyznami i potem już tylko dorastają, inni - mając lata i płeć zatwierdzoną, muszą długo mężczyznami się stawać. Szczęśliwe kobiety to te, które mają mężczyzn z urodzenia, a nie z nabycia przez nich umiejętności takowych...
Jestem szczęśliwa.

wtorek, lutego 10, 2009

Narzeczeni

...od jakiejś godziny juz oficjalnie, ale nie matrwcie się - na krótko, bo nie zamierzamy tym stanie długo funkcjonować. Zgromadzenie papierów kilka dni zajmie, potem miesiąc urzedowego odczekiwania... No i tyle. Będzie skromnie, szybko, bez fet - nie stać by nas było na nic wielkiego. Szczęśliwi. Jak to narzeczeni... ;)