Dokarmianie przez klikanie

niedziela, sierpnia 03, 2008

Prosty przepis na wieczór

Niewiele czasem potrzeba, żeby było miło...

* dwa wygodne fotele
* mały, puchaty pies
* laptop i dobre głośniki
* Władca Pierścieni
* białe wino i kurczak z KFC
* ciemność i deszcz za oknem
* aha, i te głośne pociągi na moście...

No tak, bez pociągów to jednak nie byłoby aż tak miło ;)

piątek, sierpnia 01, 2008

Mężczyzna, który myśli

Trafiłam dziś przypadkiem na rewelacyjną stronę: blog mężczyzny - nie mylić z facetem (szczegóły klasyfikacji tamże).

Jeśli interesujecie się związkami, to koniecznie zajrzyjcie, szczególnie jeśli jesteście płci męskiej, choć i kobiety mogą się dowiedzieć bardzo dużo. Jestem naprawdę pod wrażeniem, na nic lepszego w tym temacie (ani nawet w jednej czwartej tak dobrego) w polskim necie się nie natknęłam.

Link umieszczam w "warto zajrzeć", choć zasługuje na "lektura obowiązkowa".

czwartek, lipca 31, 2008

Na Powiślu

Od pewnego czasu spacery (szczególnie wieczorne) odbywamy w poszerzonym składzie czyli 2+1. Jest zabawniej, więc i ich długość się zwiększyła, co z kolei pozwala więcej zaobserwować.

Przyroda na Powiślu, w bliskości rzeki i licznych parków, pleni się bujnie. Ale zobaczyć bobra? To naprawdę rzadkość, a jednak dwa dni temu płynął sobie w górę rzeki, blisko brzegu i nie peszyła go nawet obecność ludzi. Tego samego dnia obserwowaliśmy też nornicę lub "coś" w tym rodzaju (taka grafitowa myszka, ale z krótkim ogonkiem; nie wiem, co to za zwierzątko), która najpierw pokonała dzielnie betonowe schody nabrzeża, potem jeszcze wpław 20 cm wody i już była u siebie, w kępie zarośli.

Codziennie wczesnym rankiem można oglądać taki widok: na brzegach koszy na śmieci siadają wrony i robią inspekcję zawartości. Zachowują się jak wkurzeni celnicy - z furią odrzucają rzeczy zbędne i po kilku minutach trawa w otoczeniu kosza zasłana jest śmieciami. Nieładnie to wygląda, a całe odium spada oczywiście na ludzi, bo któż podejrzewałby niewinne ptaszyny :)

Dziś na porannym spacerze niecodzienny widok stanowił przycumowany do drzewa statek wycieczkowy w formie łodzi Wikingów, na którym panowie marynarze słodkowodni odbywali właśnie poranną toaletę przed dalszym rejsem.

Jak ja lubię to Powiśle ;)

poniedziałek, lipca 28, 2008

Zamiary sobie, życie sobie

...czyli standard... Znów wszystko jest inaczej, niż miało być. Czy inni też tak mają, czy tylko ja?

Pozytywną wiadomością jest to, że "inaczej" tym razem - chyba - nie jest równoznaczne z "fatalnie". Przynajmniej taką mam nadzieję.

sobota, lipca 26, 2008

Przyczynek do teorii imion?

Podobno imię determinuje charakter człowieka, tak twierdzą niektórzy. Osobiście jak najdalsza jestem od oceniania ludzi na podstawie znaków zodiaku, innych horoskopowych i numerologicznych charakterystyk, czy też nadanych im imion.

Nie zgadzam się z tym, co mówi o mnie mój znak zodiaku, już z większą przychylnością oceniam to, co podobno na mój temat mówi moje prawdziwe imię - tak mi jest po prostu wygodniej...

Ale. No właśnie, skoro tak się rozpisuję o czymś, co ponoć nie ma dla mnie znaczenia, to znaczy, że musi być jakieś "ale" ;)

Otóż pewne imię męskie raczej mnie w życiu omijało, miałam dwóch znajomych o tym imieniu, ale tak dalekich, że o żadne oceny bym się nie pokusiła. Ale wczoraj poznałam dwóch mężczyzn o tymże imieniu, których to mężczyzn mam zamiar poznać bliżej i...
...i zobaczyć jak to jest z tymi teoriami :)

sobota, lipca 19, 2008

Głupi pomysł?

No, może i głupi... Zrobiłam coś głupiego, nietypowego, ale czy ja wiem... Czas pokaże, czy to aż tak głupie jest.

Na razie - po kilkunastu godzinach - uśmiecham się na samą myśl, więc chyba to nie jest aż tak złe. Dla mnie.

poniedziałek, lipca 14, 2008

Paseczek

Rozmowa ;)

- Miałaś urodziny, chcę ci kupić prezent. Ale ponieważ wiem, jak bardzo prezenty mogą być nie trafione, więc kup sobie coś, czego najbardziej teraz chcesz, a ja zapłacę, dobrze?
- Samochodzik?
- Nie, nie, może nie aż tak...
- Ale ja wszystko mam, niczego mi nie trzeba poza kasą... Ale czekaj, jednej rzeczy chcę, a teraz mnie nie stać.
- Mów.
- To ja ci pokażę w necie... Chcę to...
- Co to jest? Paseczek? (siedzi w dużej odległości od monitora i widzi tylko czarny zarys w kształcie pętli)
- No wiesz?! Paseczek? A po jaką cholerę mi paseczek? To jest kabel USB do łączenia komórki z komputerem.
- Naprawdę tego właśnie chcesz?!
- No. Jak na teraz to jedyna rzecz, której naprawdę potrzebuję.
- Dziwna z ciebie kobieta... No dobra, to już masz.
- Dzięki!

wtorek, lipca 08, 2008

Krótko

1. Posypało się z transportem (no bo jakże by inaczej - z czymś musiało), ale i tak się przeprowadziłyśmy, bo jesteśmy twarde i operatywne.
2. Jeszcze nie do końca jestem rozpakowana, ale zostały już ledwie drobiazgi do rozlokowania.
3. Od dwóch godzin mam net. Znaczy wczoraj był przez półtorej godziny, ale zaraz potem odmówił współpracy - mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni taki numer. Optymistka...
4. Przez ten tydzień (z powodu przymusowego urlopu) głównie robiłyśmy długie spacery. Boże, jak tu jest pięknie...
5. Mała na jednym ze spacerów pociągnęła mnie tak niefortunnie, że rozwaliłam sobie obie łapy tylne. Kuleję na obydwie - śmiesznie to wygląda.
6. Mała wskoczyła do Wisły za dwiema parkami kaczek. Na szczęście nie musiałam jej ratować, dała sobie radę.
7. Po tygodniu nieobecności w necie zaległości wcale nie jest dużo - jest ich monstrualnie przerażająca ilość, dlatego wracam do ich ogarniania.
8. Jutro będą moje urodziny. W moim wieku na taki dzień mówi się bu ;)

poniedziałek, czerwca 30, 2008

Nomadki

Jeśli nic się nie posypie (bo posypać przecież zawsze się może i to z wielu stron), to dziś wieczorem przeprowadzamy się do nowego mieszkania.

Zniknę z sieci, bo netu tam jeszcze nie ma i dopiero muszę zamówić, więc pewnie założenie kilka dni potrwa. Wykorzystamy ten czas na poznawanie topografii terenu; mieszkałam kiedyś w tej dzielnicy, ale to było 21 lat temu i jak zauważyłam - zmieniło się tam prawie wszystko. Poza tym oczywiście trzeba będzie rozpakować to, co zaraz zacznę pakować.

Czy ja już pisałam, że nie cierpię przeprowadzek?

piątek, czerwca 20, 2008

Najnowsze przekleństwo

Obyś miał równie ciekawe życie, jak ja...

Tak. U mnie nic nowego, co przekłada się na to, że jak zwykle musiało się wszystko ułożyć nie tak.

Z jednej strony jedzie umowa do podpisania, ale ja jej na razie nie podpiszę, bo z drugiej strony wczoraj nagle dowiedziałam się, że muszę sobie szukać nowego mieszkania. Jak miło.

Z trzeciej strony: oszaleję od tego ciekawego życia i wreszcie będę miała święty spokój.

środa, czerwca 18, 2008

Trema, wampiryzm, owady, daty...

1. Zżera mnie trema, przechodząca w panikę i przerażająca świadomość, że nic nie wiem, nic nie umiem, nie poradzę sobie - klasyka przypadku.

2. Po ostatnich koszmarach, wypadkach, wyjazdach i tak dalej, czuję się jak ktoś pozbawiony żywotnych sił przez kilka wampirów. Kto wie? Przynajmniej o istnieniu jednego wiem już na pewno... A tu zaległości skrzeczą po kątach i się domagają.

3. W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie, więc cóż z tego, że ze Szwecji przyjechały brzmiące inaczej? Przecież i tak się wyalienował z rozentuzjazmowanego tłumu i strzaskał nawet krzesło (już sami wiecie, jakie to krzesło)...

4. A ten 23. to mam nadzieję, że się da przesunąć i że zacznę dopiero od 1. lipca.

poniedziałek, czerwca 16, 2008

Nie ma to jak Norka

O północy wróciłyśmy z Krakowa. Spałam dwie godziny. Gdy w nocy odpalałam komputer po przerwie, to bałam się spojrzeć na pocztę, depesze i to wszystko... I słusznie, było się czego bać. Od szóstej rano do teraz udało mi się rozładować połowę poczty i może jedną czwartą depesz. Przesuper, megaekstra, gigawspaniale.

Kraków był równie mało sympatyczny jak zawsze bywa. Wawel chyba jeszcze stoi, nie sprawdzałam, ale tak mi się wydaje. W krótkiej chwili luzu wpadłyśmy na rynek tamtejszy, znaczy krakowski. Po jednej stronie tej dużej hali targowej (ona się chyba nazywa Sukiennice) była jedna estrada, po drugiej - druga. Na każdej z estrad ktoś się produkował - taka delikatna kakofonia. Wybrałyśmy stronę Skrzyneckiego (jak może być Barssa, to chyba Skrzyneckiego też może, co nie?) z powodu, że w momencie dokonywania wyboru śpiewano tam "cztery piwka na stół" i jakoś tak nam to korespondowało z nastrojem chwili i zamiarami na wieczór.

Okropnie nie było, ale powiedzieć, że dobrze... No, nie, też nie.

Usiłujemy się jakoś zorganizować ponownie i jesteśmy szczęśliwe z powrotu do nory.

P. S. Do komentatora poprzedniego posta:
To nie jest wcale zły pomysł z tą kategorią i dosyć nawet adekwatny do tego, co się wydarza. Nowa codzienność... Rozważymy ;) Pozdrawiam.

czwartek, czerwca 12, 2008

Nie wiem, od czego zacząć...

Milczałam, bo było bardzo źle, a nawet gorzej. Nie chciało mi się pisać, rozmawiać, nie chciało mi się tak naprawdę już nawet żyć. Szymborska pisała, że nie robi się kotu tego, że się umiera. Ja najchętniej w tamte dni bym umarła, lecz nie chciałam tego zrobić psu, bo psu chyba też się takich rzeczy nie robi.

Ale życie jest nieprzewidywalne i wykonało kolejną woltę... I wszystko zmieniło się o 180 stopni. Nie dość, że chce mi się żyć, to jeszcze w dodatku chce mi się bardzo. Nie, nie - to nie efekt jakiś tam spraw męsko-damskich, żaden facet, żaden seks. Praca, kochani, praca... Tylko, albo aż. Chyba "aż", bo jeśli nagle dostaje się pracę, która była marzeniem w dzieciństwie i to marzenie się nam ziszcza w oczach...

To jest jak sen. To przedtem też było jak sen, tyle że koszmarny. A teraz czuję się jak w środku bajki, choć tamto od tego dzieli ledwie kilka dni.

Ponieważ jestem wstrętną małpą, to za wiele na razie nie zdradzę... Ale jeśli jesteście ciekawi, to proszę, abyście zarezerwowali sobie czas przed południem 23 czerwca. Przy komputerach... Bliższe szczegóły wkrótce.

P.S. Znów kategoria "codzienność" wydaje mi sie nieodpowiednia dla takiego newsa ;)

wtorek, maja 20, 2008

Czasem bywa tak, że od grudnia do maja...

...życie robi sobie z ciebie jawne jaja.

No, dobra. Fakt. Od grudnia. Ale przecież mamy już maj, chylący się powoli ku końcowi. Wystarczy jak na jedną rundę, czyż nie? Jasne, że złośliwie-realny refren brzmi:

Nie licz na fart, nie licz na fart,
To może być kolejny głupi życia żart.
Opanuj się, opanuj się,
Bo za tydzień może być zupełnie źle.

Ale przecież jesteśmy optymistycznie nastawione.

Dzięki, Krzyśki. Dzięki, Romek. Warto czasem pomyśleć, że nie ja pierwsza tak, choć to tylko piosenka. I nie ostatnia też, jak sądzę - ale to nie mój problem ;)

sobota, maja 17, 2008

Horror... horror... horror...

Nie, tytuł nie oznacza, że po raz n-ty obejrzałam "Czas Apokalipsy"...

Padł mi główny twardy dysk. Padł zupełnie i nieodwołalnie. Całkowicie. Wziął i umarł.
Tym, którzy wiedzą o co chodzi i z czym się to wiąże, nie muszę nic tłumaczyć. Tym, którzy nie wiedzą - i tak nie zdołam wytłumaczyć niczego.

Jutro może skończę wszystko stawiać na nowo... i może też przestanę myśleć o tym, co straciłam...

P.S. Nie wiem, czy kategoria "codzienność" to dobra kwalifikacja tego zdarzenia...

poniedziałek, maja 12, 2008

Lekko ponad, ale nic ponadto

Udane popołudnie miałyśmy wczoraj. Skończyło się dziś...
Teraz - lekko głupawe, ale za to bardzo miłe uczucie jakby lewitowania... Nie jakoś wysoko i spektakularnie, tak najwyżej ze trzy centymetry nad ziemią. I dobrze, bo unoszenie się wyżej mogłoby pozbawić nas odpowiedniego dystansu do rzeczywistości.

niedziela, maja 04, 2008

Zmęczone...

...ale tak przyjemnie :) Bo to był przecież dwu- i pół- dniowy odpoczynek. Ale intensywny w treści, dlatego ja jestem zmęczona, a stworek padnięty śpi i nieprędko wróci do zwykłej aktywności - może jutro?

Ja niestety muszę już dziś i przyznam, że dosyć niemrawo mi to idzie... Ale nic to - rozkręcę się w końcu.
Spędziłyśmy fajne półtora dnia z Ewą i Mateuszem, było przesympatycznie. Wypoczynek zakończył się wizytą na Nowym Świecie, gdzie mała najpierw "konwersowała" z panem od obsługi nagłośnienia (pan mówił przez megafon "raz, dwa, trzy, siedem", a Pimpi odpowiadała mu równie inteligentnie "hau, hauhau, hau, wrrr"). Wzbudzili oboje duże zainteresowanie publiczności.

Później było trochę gorzej - Nowym Światem szła parada wojskowa. A część wojska jechała niestety na tych przerośniętych psach. Dużo ich było, tych psów... Mała już nawet nie warczała, lecz chyba naprawdę się bała, więc wzięłam ją na ręce i z bezpiecznego zacisza bramy obserwowałyśmy wszystko.

Na koniec zakupy, powrót do domu, walnięcie się do łóżka, jeszcze parę minut książki i odpłynięcie w sen. Kac lekki, w normie. Teraz - do roboty, a małe niech odsypia wrażenia.

czwartek, maja 01, 2008

Pasjami...

...uwielbiam być budzona przez psicę o tej porze. Taki krótki konieczny spacerek w środku nocy. Dobrze, że zbyt często się to nie zdarza. Dobrze, że teraz noce są ciepłe. Dobrze, że mam puszkę piwa, która - wraz z książką - pomoże mi zasnąć ponownie.

Plany na weekend są takie, że będę pracować. Trafiło mi się bardzo ciekawe wyzwanie tematyczne, mnóstwo materiałów do przeczytania, a później sporo do napisania. Nie zamierzam jednak na tym poprzestać. Druga połowa dzisiejszego dnia już przewidziana jest na rozrywki - spotkanie, spacer, knajpka :) Później znów ma być praca, ale mam nadzieję więcej czasu niż zwykle spędzić poza domem, jeśli pogoda dopisze.
Ogólnie jednak plany mówią - spokojnie, miło, umiarkowanie. Zawsze, gdy mam takie plany, to z niepokojem myślę o tym, jak to naprawdę będzie... ;)

niedziela, kwietnia 27, 2008

Gracze

Byłam wczoraj (a raczej - byłyśmy) na spotkaniu ludzi z gry - tej w którą namiętnie grywam od ponad dwóch lat.

Z mojej strony nie było to pierwsze takie spotkanie, ale jedno z najsympatyczniejszych. Zawsze trochę mnie zachwyca fakt, gdy można wreszcie przypisać twarze i osobowości ludziom znanym tylko z nicków i avatarów. Miłe jest, gdy uśmiechnie się do ciebie osoba, z którą zawsze chciałeś pogadać i tak dalej...

Ta akurat gra jest wyjątkowo interaktywna, więc gracze nie mają do siebie obojętnego stosunku - nie mogą. Jeśli ich postaci się znają, wówczas często są to silne emocje o spektrum od miłości do nienawiści. A jednak na spotkaniu okazało się, że można te emocje pominąć i zwyczajnie się polubić. Nie było wielu momentów niewygodnej ciszy, która czasem zapada, gdy spotykają się po raz pierwszy ludzie zupełnie sobie obcy. No, może na samym początku ze dwa takie były, po kilka sekund, ale - zaraz potem jakoś poszło ;)

Reasumując - bardzo było fajnie i to nie jest tylko moja opinia, skoro rano na forum przeczytałam wpis jednej z osób obecnych (umieszczony po pierwszej w nocy) i traktujący o tym samym, co ja tu napisałam, tyle że bardziej lakoniczny w treści, na zasadzie: było super, niech żałują nieobecni :) I się zgadzam, niech żałują...

piątek, kwietnia 25, 2008

Inaczej

Już nie chcę udawać, że jestem zła. Gorzej - chcę udawać, że jestem dobra, choć dopiero to jest prawdziwym kłamstwem, prawdziwym kłamstwem - proszę zwrócić uwagę na ten zwrot. Skoro chcę, to znaczy, że się zepsułam. Znaczy- dostosowałam się.

środa, kwietnia 23, 2008

Może rzeczywiście do przodu?

Pojawiła się kolejna propozycja, po niej jeszcze jedna. Czyżby się coś odblokowało i wracamy powoli do spokoju i normalności? Dobrze by było wreszcie... Trochę jestem zmęczona tym uganianiem się za własnym ogonem, bo to tak zazwyczaj wygląda przecież...
Na najbliższy weekend szykuje się miła impreza w dobrym towarzystwie... Tylko te poranki ciągle takie chłodne, ale to chwilowo najmniejszy z możliwych problemów.

poniedziałek, kwietnia 21, 2008

W trybie przypuszczającym

Istnieje delikatnie zarysowana możliwość, iż dzisiejsza wymiana zdań via e-mail zaowocuje ciekawą współpracą. Może i nie musi, ale byłoby fajnie, bo to - w całości - wygląda jak kumulacja dziwnych zbiegów okoliczności. Nie wierzymy w przypadek, ani w jego siłę sprawczą, ale bawi nas jak się coś z czymś nagle zaczyna wiązać i to potrójnie :)

No, nic. Zaczekajmy, nie pali się. Jak będzie i wyjdzie, to może być nawet całkiem miło. A na razie to konsumujemy sobie radośnie wiosnę, tym bardziej, że mamy fajny pomysł na mały portalik i może go zrealizujemy nawet. Tego pomysła...

sobota, kwietnia 19, 2008

Taka uśmiechnieta notka :)

Z dawnej Pimpi zostały oczy i charakter. Nikomu już teraz nie uda mi się wmówić, że to kundelka... Ta mała cholera po fryzjerze wygląda jak westie... Wiec już wiem, jak to było z genami, choć tata był szitzusiem, a mama terierkiem... Łomatko, co za bur... bałagan, chciałam powiedzieć ;)

Najważniejsze, że małej podoba się nowy wizerunek, a jego osiągnięcie też przesadnie nie bolało. Żadnych urazów, zrobiły to profesjonalistki i zrobiły dobrze, zdecydowanie polecam, po adres proszę pisać - podam.

Jasne, że trudno z dnia na dzień przestawić się na brak futerka, w które wsuwa się palce. No, ale... jest taki milutki krecik. Też fajne.

No to mam nowego psa...


Ładny?

wtorek, kwietnia 15, 2008

Yesterday

Spędziłyśmy wspaniały dzień, który zaowocował kolejnym zmęczeniem stworka - zwierzątko odsypia wrażenia i nawet nie myśli o spacerze :)

Fakt, nałaziłyśmy się sporo... Cała Starówka najpierw, potem Krakowskie, Nowy Świat (z tradycyjnym przystankiem na piwo i wodę w Bajce), później dalej - Alejami do Zamku Ujazdowskiego, tam spacer po parku z rzucaniem patyczków i kolejny przystanek w Blues Barze na kolejną wodę i piwo. Potem jeszcze odwiedziny u przyjaciela, pizza (a dla stworka kurczak) i wreszcie o 21. powrót do domu. Widzicie więc, że mała ma uzasadnione prawo padniętą być :)


Już dawno nie miałyśmy tak miłego dnia, uśmiech od rana do wieczora nie schodził mi z twarzy, a jeszcze przy okazji podłapałam zlecenie, co dodatkowo poprawiło mi i tak już wyśmienity humor. Jaka szkoda, że każdy (albo chociaż co drugi) dzień nie może być taki...

Edit: dodałam fotki padniętego stworka.

poniedziałek, kwietnia 14, 2008

Oh, miaaau...

Dziś udało mi się obudzić o siódmej, co samo w sobie jest wielkim osiągnięciem.

Ostatnio bowiem zahaczałam o godziny przedświtowo jeszcze ciemne... No i wkurzyło mnie to. Lubię budzić się wcześnie, ale nie aż tak. Wczoraj więc wieczorem wypiłam kawę, nawet film obejrzałam, żeby jak najpóźniej położyć się spać, ergo - później się obudzić.

Nie przewidziałam jednakowoż, że o 22. zacznie się spontanicznie zmontowana przez internet impreza u mnie i że to dopiero ona naprawdę nie pozwoli mi zasnąć. Niemniej najważniejsze, iż efekt został osiągnięty... inna sprawa, że za cenę lekkiego kaca. Ale podobno nie ma nic za nic, miaaau ;)

niedziela, kwietnia 13, 2008

Coś jakby tortilla...

Całkiem fajna rzecz na niedzielne śniadanie - dobre, łatwe i szybkie.

Na dwie osoby bierzemy cztery młode niezbyt duże ziemniaki, cztery też nie za wielkie pieczarki i trzy lub cztery jajka oraz dodatki, ale do nich dojdziemy już w trakcie przyrządzania.

Ziemniaki i pieczarki obieramy. Ziemniaki kroimy w słomkę (najwyżej 3 mm grubości, a długość - jak długość ziemniaka). Pieczarkom przycinamy nóżki równo z kapeluszami, a potem kroimy na cienkie plasterki.

Do rondelka wlewamy oliwę (na wysokość 1,5-2 cm) i smażymy w niej ziemniaki, aż będą złociste i miękkie. Przygotowujemy dobrą patelnię i wyjęte z oliwy ziemniaki rozkładamy na dnie patelni równą warstwą. Solimy i pieprzymy.

Na tej samej oliwie smażymy pieczarki na złoto. Usmażone układamy na ziemniakach i oprószamy pieprzem. Skrapiamy wszystko oliwą ze smażenia (ale niewielką jej ilością - nawet łyżka to troszkę za dużo).

Jajka wbijamy do miseczki, dodajemy sól i pieprz i rozbełtujemy to, ale nie jak na omlet, tylko tak byle jak. Dwa ząbki czosnku grubo siekamy i dodajemy do jajek, kruszymy kawałek sera pleśniowego i też wsypujemy do jajek. Ustawiamy patelnię na niewielkim ogniu. Jeszcze raz mieszamy masę jajeczną i wylewamy ją na podkład z ziemniaków i pieczarek. Po wierzchu posypujemy cajenne.

Smażymy, aż jajka się zetną. Nie powinniśmy przykrywać potrawy, ale jeśli patelnia nie jest za dobra, to lepiej przykryć, bo prędzej się przypali niż zetnie. W trakcie smażenia nie mieszać, nie odwracać, nie przeszkadzać. Podając zsuwamy w całości na okrągły półmisek i kroimy jak pizzę.

czwartek, kwietnia 10, 2008

Chce się żyć

Dziś wyszłyśmy na spacer wyjątkowo wcześnie, bo trochę po szóstej. Pięknie było - ciepło, leciutki deszcz, cała okolica rozśpiewana ptakami; mnóstwo głosów, jeszcze nie zagłuszonych przez nieliczne o tej porze samochody.

Po trawnikach spacerowały parki kawek, wybierające co bardziej odpowiednie patyczki do budowy gniazd. Ludzie uśmiechnięci, psy zadowolone. Wokół coraz zieleniej, a w tej zieleni - plamki kwiatów w różnych kolorach. Gdzieś pod płotem - maleńki samotny fiołek... Sielanka jednym słowem.

Dziś mamy dzień wyjściowy, więc otrzemy się o jeszcze więcej wiosny. Od wczoraj natomiast mała może swobodnie biegać po naszym terenie, bo właściciel ogrodził ogródek symboliczną siatką, więc nie ma już niebezpieczeństwa, że Pimpi coś w nim zniszczy. Ogródek jest oczkiem w głowie mamy właściciela, która powiedziała mi wczoraj, że będę tu miała bardzo ładnie, bo wszystko w nim kwitnie od wiosny do późnej jesieni.

poniedziałek, kwietnia 07, 2008

I co tu powiedzieć...

...komuś, kto tej odpowiedzi żąda?

Ile razy można niezłomnie mówić "nie"?

Czy wiecie, jak trudno jest uporczywie zniechęcać kogoś do siebie, aby - przekonany o tym, że jestem naprawdę złą kobietą - wreszcie przestał pytać?

Zmęczona jestem. Ale się trzymam. Tego "nie".

sobota, kwietnia 05, 2008

Po wczorajszym

Wczoraj byłam zmuszona udać się do pewnej, dosyć oddalonej ode mnie - firmy.

Zabrałam więc małą i po raz pierwszy od powrotu do Warszawy postanowiłam skorzystać z komunikacji miejskiej. Pimpi - do czego już mnie przyzwyczaiła - znów zachowywała się wzorowo. Nie jak pies, który pierwszy raz w życiu jechał autobusem, lecz jak pies, dla którego takie jazdy to codzienność od zawsze :)

Antraktem wyprawy stała się szybka kawa u Ewy, później przyszedł czas na interesy, a następnie czas na rozrywki - baaardzo długi spacer do Pól i po Polach Mokotowskich. Było coś dla mnie (duże piwo i gazety w ogródku Lolka) i coś dla niej (woda, psy, ganianie, patyczki, szaleństwo).

Wracałyśmy zadowolone, ale ledwie się wlokąc, bo nie jesteśmy przyzwyczajone do tak długich pieszych spacerów (ten w święta to była ledwie jedna czwarta wczorajszego, a i tak był męczący). Pimpi do dziś nie wykazuje zainteresowania opuszczaniem domu. To się nazywa zmęczyć stworka...

Ona jeszcze tego nie wie, ale dzisiaj też nas czeka parę kilometrów do pokonania, niech się tylko obudzi ;)

wtorek, kwietnia 01, 2008

Coco Chanel miała rację...

Ubieram się zazwyczaj, jak istota w moim wieku ubierać się raczej już nie powinna. Jakieś jeansy, jakieś glany, jakiś podkoszulek z niepoprawnym politycznie napisem, jakaś skóra... Lubię to i mam nadzieję, że mój - stosunkowo młody wygląd - pozwoli mi przez parę lat jeszcze cieszyć się możliwością noszenia takich strojów.

Ale wczoraj coś mi odbiło i... ubrałam się jak dama i makijaż zrobiłam w dodatku... i fryzurę. No, full wypas. I, kurczę - słuchajcie - to działa! I to jak! Napotkanym znajomym szczęki poopadały. "Jesteś jakaś inna", "wspaniale wyglądasz", "co ci się stało?", "to pogrzeb czy ślub?" und cetera... ;)

Zabawne. Czyli wystarczy się tylko przebrać. Czyli Coco miała rację. Bo to niegłupia kobieta była.

poniedziałek, marca 31, 2008

Stworzonko

Stworzenie - leżące w moim łóżku obok mojego zwierzątka - znane mi jak mało kto (w końcu 13 lat to sporo jak na jedną znajomość, szczególnie jeśli 11 z tych 13 spędziło się w systemie 24/24, prawda?) - śpi jak mops. Wczoraj za plecami Stworzenia musiałam oczami i gestem w pubie dawać znać różnym, żeby olali zachowanie Stworzenia - bo Stworzenie miało fazę zaczepno-awanturniczą, a prawie każdy z zaczepianych był dwa razy od Stworzenia większy i na pewno lepiej wyszkolony, tudzież brutalniejszy... Stworzenie nigdy nie miało wyczucia w takich sprawach, ale na szczęście przy mnie i na moim terenie było bezpieczne, mimo iż robiło wszystko, aby bezpiecznym nie być...

Teraz śpi z moim zwierzątkiem. Obudzi się Stworzenie - jak je znam - z kacem moralnym i mocnym postanowieniem poprawy :) Jasne, że nic z tego nie wyjdzie, bo niebawem znów powtórzy się ta konfiguracja spania, a ja znów będę musiała ("musiała" to nie jest właściwe słowo, bo ja lubię to Stworzenie i nie muszę być dla niego ostoją, ale nie boli mnie nią bywać) się Stworzeniem zająć...

Bawi mnie to, szczególnie zważywszy okoliczności towarzyszące... ale przecież mam tylko dwa takie Stworzenia, a wśród nich takie z problemami - tylko jedno - więc jest o kogo dbać :) Na razie śpi ono wtulone w futerko, a ja mogę spokojnie wypić kawę przed zmierzeniem się z porannymi dylematami Stworzenia. A będzie z czym, będzie...

sobota, marca 29, 2008

Śmieszny jest ten świat...

No tak. Bo kiedyś - i to było normalne - faceci rwali panienki na kolekcje płyt czy innych motyli, a przy okazji... wiadomo co.

A teraz świat stanął na głowie i wyszło na to, że ja rwę faceta na komputer i internet. Znaczy na konfigurację plus szkolenia. No, przecież to jest chore. Bo jest. W dodatku w barterze (kiedyś nikt takich brzydkich słów nie używał). Barter polega na wożeniu mnie i małej, dokąd tylko będziemy chciały.

Z pozoru dobrze to wygląda, ale... no, kurna... To jednak jest trochę postawione na głowie. A nie jest?

poniedziałek, marca 24, 2008

No bo drzwi się zamyka...

Ewa - nigdy nie mająca w domu zwierzaka - pozbawiona jest naturalnych odruchów i nawyków myślowych, właściwych posiadaczom zwierząt. Ich brak zaowocował poniżej opisaną sytuacją.

Tu mały opis: mieszkanie Ewy jest rozciągnięte na długość, z przedpokoju można wejść najpierw do kuchni, dalej są drzwi do łazienki, toalety, pokoju syna Ewy, a na końcu dopiero jest duży główny pokój z loggią. W tym pokoju, między innymi, stoi ława, przy niej dwa fotele i dwa (czy dwie? bo nigdy nie wiem...) pufy.

Niedzielny poranek. Siedzimy w kuchni, ja robię papierosy, a Ewa przygotowuje półmiski z różnościami na śniadanie. Pimpi oczywiście nam towarzyszy. Ewa najpierw nałożyła sałatkę, przybrała, zaniosła do pokoju, postawiła na ławie.
Później przygotowała, pieczołowicie zwijając plasterki w fantazyjne stożki i ruloniki - półmisek wędlin, przybrała zieleniną i świeżym ogórkiem, zaniosła do pokoju, postawiła na ławie.
Wróciła do kuchni i w równie artystyczny sposób zajęła się teraz jajkami... Pokroiła je, ułożyła na półmisku, przybrała sałatą, listkami pietruszki etc. Poszła zanieść je do pokoju... A po chwili dobiegł do mnie jej zduszony głos:
- Qilia, chodź tu, szybko...
Zaniepokojona tym tonem, porzuciłam maszynkę do skrętów i błyskawicznie przemierzyłam parę metrów korytarza. Ewa w jednej ręce trzymała półmisek z jajkami, drugą rękę przyciskała do serca, a spojrzeniem wskazała mi ławę.
- Patrz! - wyszeptała dramatycznie.
Spojrzałam... w pierwszej chwili nawet nie mogłam załapać, o co jej chodzi... ale już w drugiej tak. Niedawny półmisek z wędlinami był teraz półmiskiem z kilkoma plasterkami ogórka... A Pimpi patrzyła na mnie z mieszaniną wstydu i satysfakcji w spojrzeniu...

Bardzo trudno jest skutecznie skarcić psa, jednocześnie krztusząc się ze śmiechu. Poprzestałam więc na warknięciu w stronę Ewy:
- Jak jest zwierzę w domu, to się, moja droga, zamyka drzwi do pokoju z łatwo dostępnymi smakołykami!

Mała złodziejka, po opchnięciu około ćwierci kilograma wędlin, do końca dnia nie wzięła do pyszczka nic innego (mimo zachęt) i tylko na przemian piła i siusiała... Jakoś tej soli i saletry trzeba się było pozbyć...

Plany vs. real

Miało być:
spokojne i ciche święta w norce, przygotowanie paru rzeczy do pracy, pogranie sobie w najnowszą gierkę (o, właśnie - o grze będzie osobna notka), pojadanie smakołyków, słowem - umiarkowanie.

Było:
W sobotnie popołudnie zadzwonił syn Ewy z informacją:
- Przyjeżdżasz do nas!
Oczywiście, skupiona na swoich planach, odpowiedziałam odruchowo:
- Nie, dziękuję wam bardzo, ale...
Odpowiedź brzmiała:
- OK, nie chciałaś po dobroci, to daję ci matkę...

Tu dygresja:
Ja podobno "Asertywność" to mam na drugie imię, tak twierdzą wszyscy. Ale jest jedna osoba na świecie wobec której moja asertywność leży i kwiczy - to właśnie Ewa...

Tak więc w momencie, gdy ona przejęła słuchawkę, sprawa była przesądzona... Wzięłam jedzonko dla małej, szczoteczkę do zębów, tytoń, maszynkę i gilzy i pojechałyśmy...

Sobota minęła nam na pojadaniu i popijaniu oraz - rzecz jasna - na gadaniu.
W niedzielę uznałyśmy, iż siedzenie w domu jest głupotą i trzeba się gdzieś ruszyć, najlepiej zaś byłoby połączyć duży spacer z małym piwem.
Okazało się to być trudno wykonalne. Znaczy spacer był łatwy - całe Pola Mokotowskie, cała Banacha i pół Grójeckiej; gorzej z piwem... wszystko pozamykane. Ale upór w dążeniu do celu przynosi rezultaty.
Postawiłam na postpeerelowską "Bajkę" na Nowym Świecie i... bingo!
Tam siedziałyśmy do zamknięcia, integrując się z miejscową i napływową ludnością, pijąc i prowadząc pijackie dysputy. Ewa znalazła sobie półlumpa, z którym rozwijali spiskowe teorie dziejów, ja torpedowałam ich pomysły, mając za sojuszników czterech "młodych wilków" podejrzanej konduity. Na zmianę wyprowadzałyśmy Pimpi na siusiu i piłyśmy kolejne piwa/wina/herbaty/czekolady/soczki.

Gdy zamknięto Bajkę, a wszyscy wylewnie pożegnaliśmy się na zewnątrz, odwiozłam Ewę i tym samym pojazdem - wreszcie wróciłyśmy do domu. Padnięta mała śpi do teraz :)

W następnej notce: wyczyn Pimpi z niedzielnego poranka. Ale to dopiero za parę godzin...

piątek, marca 21, 2008

Taki mały prywatny cud

A jednak warto czasem ostro się opieprzyć i wziąć za pysk... To daje zupełnie niespodziewane efekty.

Od tego pamiętnego poniedziałku, a raczej nie - od następnego dnia, od wtorku rano, nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko nabrało tempa i zaczęło się zmieniać. Nie na "jakoś" lecz w kierunku od dawna wyczekiwanym i bardzo pozytywnym. Nie jedna rzecz - lecz kilkanaście.

Nie wierzę w czary, ale jednocześnie wierzę, że cuda się zdarzają... I to mi wygląda na jeden z nich. Bo z kolei jak na zbieg okoliczności, to trochę tego za dużo, o co najmniej kilka za dużo ;)

środa, marca 19, 2008

Megazastanawianie...

Aby uprościć - w punkcikach:

1. Zastanowiłam się. Nad bardzo wieloma rzeczami. I wyszło mi, że większość robiłam nie tak...
2. Zastanowiłam się ponownie, strasznie się na siebie wściekłam i postanowiłam to jakoś spróbować zmienić.
3. Zastanowiłam się jeszcze raz, wściekłam się jeszcze bardziej i postanowiłam wszystko zmienić natychmiast, a nie jakoś i od kiedyś.
4. W związku z powyższym decyzja, nad której podjęciem zastanawiałam się w ostatniej notce - zabrzmiała "nie".
5. Resztę zmieniam sukcesywnie, od minionego poniedziałku. Efekty na razie pozytywne.

sobota, marca 15, 2008

Na rozdrożu...

...i nie chodzi o knajpę, ani o plac w Warszawie, niestety...

O mnie chodzi. Jestem na bardzo poważnym rozdrożu życiowym i mogę teraz podjąć jedną z dwóch decyzji. Prawdopodobnie obie z tych możliwości są równie złe, ale każda na pewno poprowadzi mnie zupełnie inną drogą.

Nie mam na razie najzieleńszego pojęcia, co zrobić, choć analizuję obie opcje drobiazgowo i wnikliwie od dwóch dni... Niby wszystko wiem, niby to wszystko takie proste, niby odpowiedź - to zwykłe "tak" lub "nie". Czyż może być - teoretycznie - łatwiejsza sytuacja? Niby nie może... A ja nadal nie wiem. Szczególnie będąc pewną, iż podjętej decyzji nie da się cofnąć, ani jej, ani czasu. I nie wiem. Nie wiem nic. A dziś jest ostatni dzień, gdy muszę to "tak" albo "nie" w końcu powiedzieć...

Może - jako erpegowiec, powinnam rzucić kostką, zdając się w całości na los? Ale nawet tego nie wiem... Rzucić z pytaniem: czy rzucić? Paranoja...

poniedziałek, marca 10, 2008

Tylko spokojnie...

Ktoś mi ostatnio powiedział, że czytając to, co piszę, zaczyna się o mnie bać.

Nie trzeba. Wariuję, to prawda, ale jak zwykle - wszystko pod kontrolą. Wszystko będzie dobrze. Jak zwykle.

sobota, marca 08, 2008

Na dywaniku

Kiedy gotuję, Pimpi zawsze mi towarzyszy. Wiadomo, w każdej chwili coś fajnego może mi (oczywiście absolutnym przypadkiem) spaść prosto w psi pyszczek...

Ponieważ kuchnia jest mała, to - aby uniknąć potrącenia, a jednocześnie wszystko mieć pod kontrolą - Pimpiątko układa się na dywaniku w łazience, gdzie ma wygodnie i skąd jest świetny widok :) Zdjęcie sprzed kilku minut...

wtorek, marca 04, 2008

Wiosna przyszła

Wracałyśmy dziś ze spaceru i... na "mojej" posesji, a raczej na moim jej kawałku...

Nad drzwiami wejściowymi zwieszają się gałązki krzewu rosnącego u sąsiadów i na nich - chmura zielonkawych listków - już nie pączków, ale prawdziwych listków. A już całkiem u mnie, na klombie - kilka krokusów, też już nie pączków, bo dokładnie widać, jakie będą miały kolory. To wszystko rozwinęło się tej nocy.

Na stole zaś stoi wspomnienie wczorajszego dziwnego wieczoru... bukiet karminowo-żółtych tulipanów... Wiosna wszędzie...

I co ja mam teraz zrobić?

Po spotkaniu jestem i... nie wiem, co robić, co myśleć... Mam rozpalone policzki i wirowanie myśli w głowie. Boję się. Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. A chcę, jak zawsze - dużo. Nie, nieprawda, ja chcę wszystkiego.

poniedziałek, marca 03, 2008

...z kurczaka

Ostatnio coś tak mi się zebrało na dowcipy i myślałam, że na tym koniec. Ale tym co wyszperali na gazetowym Deserze nie można się nie podzielić... Zapraszam więc na DENMARK FROM CHICKEN ;)

Głupota

Chyba jeszcze jestem bardzo głupia, skoro nadal wierzę w nieistniejące. Nie dość, że głupia, to jeszcze w dodatku niereformowalna. I że do dziś nie pogodziłam się z tym, że tu nie ma nic dobrego, że to kara - to bycie tu... Niczego już nie chcę. Najwyżej trochę spokoju, ale to też nieosiągalne.

niedziela, marca 02, 2008

Wake Up!

Paskudnie dziś jest, więc na poprawę humoru - bo dawno już nic nie było z muzyki - proponuję WAKE UP w wykonaniu mojego ukochanego zespołu, czyli Arcade Fire. Z nimi to kiedyś wykonywał David Bowie, ale ja proponuje lepszą wersję, z ubiegłorocznego koncertu.

sobota, marca 01, 2008

Wiosna idzie - part 2 ;)

Za obydwa dowcipy - ten i z poprzedniej notki - podziękowania dla Zamii :)

Wiosna idzie... ;)

Na forum mojej ulubionej gry, w topiku z dowcipami, pojawił się poniższy i nie mogłam, po prostu żadną siłą nie mogłam się powstrzymać przed zamieszczeniem go tu. Dla mnie bomba :)


Rudy kocur z trudem przebijający się przez zaspy, krzyczy na całe gardło:
- No i q... gdzie?! Pytam was, gdzie jest ta pi...na wiosna, do q... nędzy? Co za po...ny kraj!
- Gdzie dziewczyny, przebiśniegi, świergolenie skowronków?! Choćby ćwierkanie wróbli, choćby krakanie wron... No gdzie to q... wszystko jest?!
- A odwilż kiedy wreszcie przyjdzie? Śnieg z nieba nap...la, jakby ich tam w górze po...ło! Niby ponoć wiosna już jest, q...! Łgarstwo i oszustwo na każdym kroku, q...

...a ludzie słysząc kocie krzyki uśmiechają się do siebie i mówią łagodnie:
- Słyszysz, jak się drze? Wiosna idzie... Kotów nie oszukasz...

piątek, lutego 29, 2008

Śmierć nie powinna być głupia

Rozumiem śmierć na łóżku, gdy choroba lub starość przygną lub zamęczą, bo przyszedł czas.
Rozumiem śmierć w walce, gdy ty lub on, bo takie są prawa dżungli.
Rozumiem śmierć w sprawie, gdy oni mają więcej środków i wygrywają, bo takie jest życie.
Rozumiem śmierć ze zmęczenia, gdy ma się już dosyć i chce się skończyć, bo ma się prawo.

Nie rozumiem głupiej śmierci. Przez przypadek, którego nawet nie da się zakwalifikować do nagród Darwina. No, nie rozumiem i nie zrozumiem. Jasna cholera i w dodatku szkoda...

czwartek, lutego 28, 2008

Narada o poranku

Pół godziny temu zwołałyśmy spontaniczną naradę, aby uchwalić, że dziś już naprawdę i na pewno robimy wiosenne porządki. Podział prac jest jasny i precyzyjny: ja sprzątam, Pimpi pomaga*.

*pomagać - rozrzucać zabawki, wpadać z impetem w środek zamiecionych śmieci, wywlekać co ciekawsze rzeczy i upychać po kątach, uznawać składanie ubrań za zabawę w corridę, napadać na szczotki i mopy etc.

środa, lutego 27, 2008

Normalne...

...że zazwyczaj w czasie problemów nie piszę, do tego wszyscy się już chyba zdążyli przyzwyczaić.

Normalne jest i to, że od czasu do czasu daję jednak głos, aby wrogowie przedwcześnie nie cieszyli się moim hipotetycznym nagłym zejściem z tego padołu nieszczęść wszelakich; przyjaciele bowiem i bez tego wiedzą, że żyję.

Co się dzieje? A nic, uganiam się za zleceniami, żyję skromnie i czekam. W końcu już tyle razy było kiepsko, że zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Gdybym poszła na etat, to nie miałabym ani tych problemów, ani tej wolności. Coś za coś, to też normalne.

Wiosna się budzi po cichutku, więc wyłazimy z małą na coraz dłużej z norki i eksplorujemy dzielnicę. Po knajpkach nie łazimy, ale za to wieczorem, już w łóżku - pogryzamy sobie smakołyki i jest fajnie. Przeszła mi już ta pierwsza panika, więc traktuję nadmiar wolnego czasu jako przymusowy urlop - luz i nadrabianie tego, na co nie znajdowałam wcześniej ani chwili.

Będzie dobrze, zawsze się prostowało - wyprostuje się i teraz.

poniedziałek, lutego 18, 2008

Warszawa, piąta rano

No, właśnie.

Piąta rano, świeżutki, nietknięty śnieg. Ulica też zasypana, biała i gładka. Wokół uśpione domy... Na śniegu zostawiają ślady dwie istoty: mały piesek i wkurzona, niezupełnie ubrana kobieta. Piesek siusia, kobieta klnie cicho... po chwili zawracają, zostawiając kolejne ślady. Wokół ciągle uśpione domy, tylko śnieg zdradzi wypadki, które miały miejsce o piątej rano.

W domu: piesek wraca na swoje posłanie i słodko zasypia, a kobieta siada przy komputerze i wreszcie może napić się kawy. Zapala papierosa, przestaje kląć cicho. Za godzinę pan S. odśnieży podjazd i pewnie bardzo się zdziwi, widząc ślady na śniegu... Zazwyczaj przecież opuszczamy dom dopiero o siódmej.

Mała, proszę, nie rób mi więcej takich numerów, co?

sobota, lutego 16, 2008

Przepis na... dobry humor

Weź jedną trzecią opakowania mrożonych truskawek bez szypułek. Wsyp je do pojemnika takiego miksera, jaki masz. Odstaw do rozmrożenia. Gdy będą miękkie - zasyp cukrem pudrem (tyle ile lubisz, ale w ubiegłym roku truskawki były kwaśne więc sporo - kilka łyżek). Zalej je 30% kremową śmietanką - ok. jednego małego pojemniczka. Zamknij mikser i zmiksuj.

Otwórz mikser, odłóż dwie-trzy łyżki deseru dla pieska, resztę wlej do pucharka i sącz powoli (powoli, bo jest gęsty). Rozkoszuj się. Jak skończysz - daj pieskowi jego porcję i patrz, jak on się rozkoszuje...

Uwaga!
Powyższy przepis gwarantuje dobry humor tylko osobom nie będącym na jakiejś... tfu... diecie ;)

Zimowo, znowu, brr...

I znów to białe ohydztwo pokryło świat. A tak pięknie miało być...

Małej to nie przeszkadza, ale mnie bardzo, bo jestem od kilku dni chora i cztery spacery dziennie w mrozie, wietrze i śniegu raczej nie pomogą mi wyzdrowieć. Opatulam się tak, że nie widać mi nic prócz oczu (oczu zresztą też raczej nie widać, bo noszę ciemne okulary) i łazimy.

Dziś spotkałyśmy ślicznego yoreczka, baaardzo dobrze urodzony, z piękną fryzurką prosto od fryzjera, ubrany w elegancki czarny golf - urokliwe stworzonko. Ale - jak to większość yorków - równie jak ja niezadowolony z powrotu zimy. Doskonale go rozumiem.

Pieski pobawiły się chwilkę, a mnie właścicielka zwierzątka uświadomiła wreszcie w kwestii dziwnych dźwięków, które głośno rozbrzmiewają codziennie w całej okolicy. Te dźwięki to bardzo głośne wrzaski ptaków, które w mieście raczej nie powinny się pojawiać.
Otóż jest to odstraszacz ptaków miejskich, zamontowany na jednym z balkonów. Hmm, ja rozumiem, że można gołębi i innych wróbli nie lubić, bo brudzą... ale za cenę takich efektów dźwiękowych... To już mi lekko trąci patologią.

wtorek, lutego 12, 2008

Trafiony prezent

Dostałyśmy dziś przesyłkę od M. Ja prosiłam go o kupienie mojego ulubionego tytoniu, którego tu ani przez sieć nie mogę dostać, a mała - a mała dostała w prezencie pluszowego jeża.

Przesyłka przyszła przed ponad godziną, a ona nadal się nim bawi. Bardzo trafiony prezent, M. :) Wielkie podziękowania od Pimpi i ode mnie, całujemy :)

poniedziałek, lutego 11, 2008

Widać, że idą walentynki...

Dziś rano byłam świadkiem prześlicznie rodzącej się miłości. Wracałyśmy ze spaceru i nagle mała stanęła jak wmurowana.

Tu muszę pogratulować jej dobrego gustu. Czarny jak węgiel, umięśniony, szczupły, lecz postawny. Mądre, ciemne oczy, zero słów, ale to spojrzenie... no, no. Mnie też się spodobał.

W efekcie przestałam przy cudzej furtce o kilka domów dalej przez chyba kwadrans. A one się czarowały oczami. Wsunęłam rękę przez barierki i pogłaskałam go po aksamitnej mordce. Później przez kilka minut tłumaczyłam im, że tak, co prawda jestem bogiem psiego świata, ale to niestety nie obejmuje możliwości wtargnięcia na teren innych bogów... Ostatnie pocałunki. Kochanie, ja tędy codziennie chodzę, zobaczymy się znów, pa...

Mam nadzieję, że on tam mieszka, bo jeśli nie, to mała będzie miała złamane serduszko, a tego bym dla niej nie chciała...

Chyba odreagowalam...

...mam taką nadzieję, bo przecież starałam się bardzo. Przez cały weekend. Dobrze, że w alkoholizm nie popada się w ciągu trzech dni, bo gdyby się popadało... to miałabym to jak w banku.

Walnęło mnie to zawodowe niepowodzenie mocno i musiałam coś zrobić, a ja w takich wypadkach uważam, że wytaplanie się w błotku jest całkiem niezłym sposobem. Chyba odreagowałam, a jeśli nawet nie, to po prostu przeniosłam punkt ciężkości w inne rejony. Teraz na przykład mam lekkiego kaca i dużo bardziej mnie to obchodzi, niż brak odpowiedzi na mój list biznesowy.

Ja wiem, że niektórzy z was uważają, że są inne sposoby, że tak się nie powinno i że blablabla. Mogę się z tym nawet zgodzić, tak na logikę, bo co mi tam. Ale z drugiej strony znacie mój stosunek do zdrowego trybu życia, do wszelkich sztuczek poradnikowych i w ogóle... To nie jest moje - pójść na jogę. No, za cholerę nie jest. Więc - jak powiedziałam, osiągnęłam dno. Ale to ma jedną dobrą stronę, jak pewnie wiecie. Od dna można się podobno już tylko odbić... Bo na wkopanie się w nie to dziś i tak nie miałabym sił... ;)

piątek, lutego 08, 2008

Na wypadek pożaru...

...zrobiłam kilka rzeczy, które miały być zrobione później, ale czas teraz nagle stał się krótki, więc zrobiłam je teraz. To jedna z nich. Wypowiedzcie sie: czy od biedy może być? Jest niegotowa i nie pytam o stronę wizualną, bardziej o treść.

czwartek, lutego 07, 2008

Jakie to jest piękne...

...jakie to wszystko jest piękne, jakie to jest piękne... w porównaniu :) Tak sobie podnucam, bo zaliczyłam dwie części kilerowe.. A poza tym to nawet dość adekwatne do sytuacji.

Ciekawe dwa dni. Bardzo ciekawe. Zakończone kabaretem w stylu mocno telenowelowym. Nie pytajcie o szczegóły. Zdradzę je przecież i tak tylko wybranym. Ale zdradzę, więc upoważnieni mogą sie zgłaszać.


Ale nie o tym chciałam... Chciałam o tym, że w ciągu tych dwóch dni u W. mała była (jak na nią) wyjątkowo przyjazna aparatowi i udało mi się zrobić dużo dobrych zdjęć. Zamieszczam tu technicznie chyba najgorsze, ale treściowo... kocham ją właśnie za to, że w życiu jest taka, jak na tym zdjęciu. I jeszcze raz przepraszam za niedostatki techniczne. To w całości wina moja i sprzętu, nie jej. Widzicie? Ona w tych oczach ma mądrość. Ona ją ma. Nawet tak kiepskie zdjęcie tego nie zepsuło.

środa, lutego 06, 2008

Było o rozpuszczaniu...

...a tutaj jest, jak łatwo i przyjemnie osusza się małe pieski ręcznikiem...


:)

A... i jeszcze jedno...

...gdybyście jeszcze tego nie wiedzieli... Jeśli coś jest naprawdę nie tak, to człowiek zawsze, ale to ZAWSZE jest sam. Z tym wszystkim. Zawsze. Sam.

Przejebane (sorry za słownictwo)

No, to szlag trafił stałą pracę i stałą pensję. Bo ktoś wymiękł, nie słuchając moich sugestii... Takie życie freelancera.

Szkoda, że pół miesiąca temu mnie o tym nie poinformowano, bo - jak sądzę - decyzje zapadły już wtedy. Nie szalałabym wtedy tak z zakupami... no, ale cóż - takie życie freelancera.

Szkoda, że q...wa, ludzie nas nie słuchają, choć siedzimy w tym od dawna i lepiej to znamy, niż oni mówią po polsku... No, ale takie jest, q...wa, życie freelancera.

Zaczynamy od... no cóż, zaczyna się zawsze od początku. Taki już los freelancera.

Teraz to już niech ci, co mnie lubią - myślą ciepło. A ci co nie... laleczki voodoo zadziałały. Gratulacje. Ale ja jeszcze nie skończyłam... :)

wtorek, lutego 05, 2008

Domowe leczenie - skuteczne

W niedzielę świeciło przepiękne słońce, więc ubrałam się niestety na pogodę, którą widziałam, a nie na temperaturę, która panowała. Usprawiedliwia mnie brak zewnętrznego termometru. Nie usprawiedliwia zaś to, że gdy po chwili poczułam, jak jest zimno - nie wróciłam, aby się przebrać. A ponieważ pobliski sklep był nieczynny, więc krótki spacer przerodził w dłuższą wyprawę. No i...

...wróciłam sztywna z zimna, po czym - jak wiecie - rozpuszczałam Pimpi. Popełniłam kolejny błąd, bo trzeba było do niej dołączyć i też się porozpuszczać. Efekt kilku skumulowanych błędów - dreszcze, gorączka, kaszel... nie było dobrze.

Sprawy zdrowienia nie ułatwiał fakt, że mam wstręt do farmaceutyków wszelakich (ale to już raczej nie jest błąd), więc wczoraj nakupiłam owoców południowych, zrobiłam sobie esencjonalny rosół, skonsumowałam to wszystko; na koniec popiłam gorącym piwem z miodem i świeżym imbirem i walnęłam się do łóżka. Podziałało. Może nie jestem jeszcze w szczytowej formie, no ale w porównaniu...

Sposób leczenia wypróbowany, polecam go więc równie lekkomyślnym, jak ja, istotom. A tak w ogóle, to ja już chcę wiosny, proszę...

poniedziałek, lutego 04, 2008

Qiliada po remoncie

Sypał mi się blog graficznie, ale na szczęście W. fachową ręką ponownie zaprowadził na nim ład. Bardzo dziękuję :)

niedziela, lutego 03, 2008

Rozpuszczone maleństwo

W ten właśnie sposób, proszę państwa, rozpuszcza się małe pieski, które zmarzły na porannym spacerze:

piątek, lutego 01, 2008

Ale numer :)

Wczoraj odwiedził nas W., jak to już od kilku dni ustalaliśmy. Wypiliśmy trochę piwa, potem kolacja, a później... Nasz tandem - występując w jednym czasie i przestrzeni - zazwyczaj tworzył ciekawe sytuacje (ciekawe, jak ciekawe, czasem straszne, czasem śmieszne). I wczoraj też stworzył, a jakże.

Niebacznie rzucona przeze mnie w powietrze propozycja, została podchwycona przez W., od tego momentu czas się zatrzymał, za to wypadki następowały błyskawicznie. Taksówka, zapas jedzenia dla małej, jazda nocą do niegdyś ulubionej knajpki, tam fajne powitanie, piwo, opowieści, śmiech. Daliśmy małej zagrać na automacie, wygrała kasę na kostkę z wapniem, bestiątko :) Szczęście neofitów :)

W efekcie wylądowaliśmy - też zgodnie z wcześniej podjętym zamiarem - u W. No i, póki co, jeszcze nie wystartowałyśmy z powrotem :) Dom wariatów, ale jest super. Na razie mała wtula się w pracującego na jednym kompie W., a ja mogę to wszystko opisać na drugim...

czwartek, stycznia 31, 2008

Suplement do kwestii telefonów

W związku z pełnymi ciekawości pytaniami, któż to taki - tych pięcioro szczęśliwców, już mówię, co by nie powtarzać znów:
- moja mama
- moja szefowa
- moja przyjaciółka
- mój były przedostatni
- mój były ostatni
:) I to by było na tyle :)

Urodziny Pimpi

W ubiegłym roku podjęłam kilka ważnych, życiowych decyzji, były dobre - jak pokazał czas. Jedną z najlepszych okazała się ta o wzięciu Pimpi.

Nigdy nie pisałam, jak to było. Od dłuższego czasu myślałam o piesku, długo się zastanawiając, czy przy moim trybie życia to dobry pomysł. W końcu doszłam do wniosku, że dam radę. Zaczęłam więc poszukiwania i znalazłam ją, a jakże - przez internet; na zdjęciu zrobionym telefonem niewiele było widać. Zamówiłam taksówkę, pojechałam i zabrałam ją do domu. Była lekka jak kłębek włóczki (później się okazało, że z powodu niedożywienia). I się zaczęło... weterynarz, noce w kawałkach, kałuże, problemy z jedzeniem, podrapane i pogryzione rzeczy i ręce... Tego zdjęcia nigdy tu nie pokazywałam - to pierwsze, zrobione zaraz po przyniesieniu jej do domu i jej pierwsza zabawka ze szmatki :)

Mijał czas, piesek rósł, mądrzał i zmieniał się w oczach - ale z tym byliście na bieżąco :)
Wczoraj Pimpi skończyła rok. Urodziny spędziłyśmy na objadaniu się smakołykami, na spacerach i zabawie.

Podsumowanie tego roku? Mam wspaniałego, uśmiechniętego, mądrego, przyjaznego światu pieska. Nie ma dnia, abym nie cieszyła się z jej obecności. Nigdy, nawet przez moment, nie żałowałam, że ją wzięłam. Przez cały ten wspólny czas praktycznie się nie rozstawałyśmy. Staram się nie bywać tam, gdzie nie mogę jej zabrać - tym bardziej, że jest znacznie więcej miejsc, w które mogę. Daję jej dużo, lecz dostaję od niej chyba jeszcze więcej. I mam nadzieję na wiele wspólnych lat, równie dobrych, jak te minione miesiące.

A to Pimpi na fotografii zrobionej przez W., już w nowym domu, przed kilkunastoma dniami. Lubię to zdjęcie, bo w pełni oddaje jej charakter :)

środa, stycznia 30, 2008

O korzystaniu z telefonu

Mam telefon komórkowy, oczywiście że mam. Płacę za niego, więc mam. Mam dla siebie, bo jest mi potrzebny. Niektórym ludziom wydaje się jednak, że mam go dla nich. Nic bardziej błędnego.

Dlatego - zmuszona okolicznościami - piszę tu do wiadomości tychże błądzących, jakie są zasady telefonowania do mnie:
1. Między 9. rano a 21. wieczorem. Ani minuty przed i ani minuty po. To dotyczy również sms-ów.
2. Nie uznaję pogaduszek telefonicznych o niczym. Jest wiele osób, które to uwielbiają - wystarczy wystukać inny numer.
3. Jeśli ktoś umie pisać, to lepiej aby napisał sms-a; jeśli nie umie - trudno, niech mówi.
4. Aby załatwić ważną i skomplikowaną sprawę wystarczy minuta. Aby załatwić mniej ważną - pół.
5. To, że ktoś ma mój numer telefonu (a wiele osób ma), nie oznacza, że automatycznie jest właścicielem mojego czasu i uwagi. Nie jest.

Powyższe zasady nie dotyczą jedynie 5 (słownie: pięciu) osób w całym wszechświecie. Z tym, że z nimi akurat raczej problemów nie ma i nic im nie trzeba tłumaczyć.

No dobrze, napisałam, ogłosiłam publicznie, teraz będę już z czystym sumieniem egzekwować. Dziękuję za uwagę.

P.S. Ci, którzy mnie znają, na pewno już się domyślili, iż ktoś doprowadził mnie do furii, skoro napisałam jak napisałam. Dobrze się domyślacie.

Norka Qilii i Pimpi - fotoreportaż





niedziela, stycznia 27, 2008

Trening czyni mistrza...

...dlatego już jestem. Tylko trzy razy falstartował, zanim zainstalował za czwartym... A teraz instaluję, restartuję, instaluję, restartuję - no, fascynujące zajęcie :)
Ale mam świat i tylko to się liczy. A jutro zrobię fotki domku i wreszcie będę mogła je wrzucić tu - taką wirtualną wycieczkę z Pimpiakiem w tle (jeśli zapozuje, bo to nie jest wcale takie pewne).

Znikam... i mam nadzieję wrócić

Za chwilę znikam ze świata, co przekłada się na formatowanie dysku oraz reinstalację systemu. Po wymianie płyty głównej jednak parę rzeczy nie chce działać, więc trzeba to zrobić.
Niby dobrze się przygotowałam, ale... wiadomo, jak to jest. No, nic. Trzeba, to trzeba. Do roboty!

Realistka Roku

Usłyszałam dziś, że w plebiscycie na realistkę roku otrzymałabym niezaprzeczalne pierwsze miejsce. Odbieram to jako komplement :)

sobota, stycznia 26, 2008

Dom

Dzisiejszy poranek przyniósł kolejne przemeblowanie, bo jednak coś było nie tak. Męczące - bo które to już z kolei, ale teraz jest tak, jak trzeba - nareszcie. Potem zakupy - nabyłam ostatnią rzecz, jakiej mi jeszcze brakowało: serwis na sześć osób, taki obiadowo-śniadaniowo-kawowy czyli załatwiający moje wszelkie w tym zakresie potrzeby.

Obie te sprawy poprawiły mi humor i dziś w końcu - po raz pierwszy od przeprowadzki, patrząc na zginane wichurą drzewa za oknem, pomyślałam: jestem w domu.

Mała leży obok biurka - na swoim dziennym posłaniu (bo przecież w nocy śpi ze mną). Wystarczy mi opuścić lewą dłoń i już wsuwam palce w jej futerko... Tak, jesteśmy w domu.

piątek, stycznia 25, 2008

Uff...

...meble dowieźli, kolejne przemeblowanie za nami. Mam nadzieję, że na dłuższy czas już tak zostanie. Pimpi padła jak Pluto, a ja czuję się trochę zbyt zmęczona, aby zasnąć... może piwo pomoże?

Ogłoszenie - kupię mieszkanko

Ogłoszenie jak najbardziej na poważnie. Ewentualne oferty proszę wysyłać e-mailem.

Mieszkanko powinno być pod Warszawą, niewielkie - kawalerka i niezbyt drogie. Jest jednak parę warunków, które powinno spełniać bezwzględnie:
- być koniecznie w bloku z windą, na wysokości od czwartego piętra w górę
- mieć mały balkon lub chociaż takie drzwi z barierką (nie wiem, jak to się fachowo nazywa)
- no i forma własności - hipoteczna z księgą wieczystą.
Pod Warszawą to nie oznacza bardzo bliskiej odległości - może być nawet ok. 100 km.

Jeżeli ktoś coś takiego ma lub wie, że ktoś ma do sprzedania, to proszę o kontakt. Sprawa pilna, finalizacja najlepiej jak najszybciej, płatność gotówką. Popytajcie, proszę, może akurat...

W stolicy szybko się żyje

Tak, proszę państwa, bardzo szybko.

Każdy dzień jest za krótki, a ja zbyt zmęczona, aby go przedłużyć... Praca, meblowanie, sprzątanie, ogarnianie świata wokół siebie, poznawanie terenu, zakupy (znów mnóstwo rzeczy okazało się potrzebnych). A po za tym to jeszcze człowiek chciałby trochę pożyć - tak na luzie. Nie da się. Póki co się nie daje...

Każdego dnia coś się dzieje, a czas pędzi jak zwariowany. Ale fakt, że powoli chociaż efekty widać - to pocieszające. Przynajmniej nadzieja, że wariactwo jednak powoli się kończy, a potem będzie już normalne życie. Czyli znów tęsknię do normalności, już tak bywało...

Pimpi wariactwo i przewalające się tłumy bardzo służą, ona to lubi, w przerwach odsypia i znów jest gotowa na nowe wyzwania :)

poniedziałek, stycznia 21, 2008

Zmiany

Gorylek i miś zostały dziś nieodwołalnie przeze mnie skonfiskowane. W zamian kupiłam małej pluszową kostkę i gumowego krokodylka. W związku z tymi zmianami na razie na pokładzie trwa bunt załogi. Transparenty z napisami: "Wolność gorylom", "Oddaj misia tyranie", "Precz z podmienianiem zabawek". Strajk głodowy i pogardliwe milczenie. OK. Ja mam czas, ja przeczekam :)

Zmiany dosięgnęły i mnie. Fryzjer. Nawet ujdzie, nie narzekam, ale tak naprawdę, to okaże się po kilku dniach... Zaraz idę zasięgnąć opinii, jak wyglądam. Zbuntowaną załogę zabieram ze sobą.

sobota, stycznia 19, 2008

Horror (tylko dla odpornych)

Pimpi zabiła goryla. Robiła to powoli, mała bestia...

Najpierw wyłupiła mu oczy i odgryzła nos, później wyrwała czarny język, a potem przełyk; sięgała coraz głębiej, aby w końcu wywlec po kawałku kłęby jego białych wnętrzności i rozrzucić je w furii po podłodze... Na tym ją zastałam.

Zastałam to złe słowo. Cały czas byłam w pokoju i pracowałam. Piesek zachowywał się wyjątkowo cicho, co już powinno mnie zaalarmować - wiadomo przecież, że cisza w trakcie zabaw psich i dziecięcych, to bardzo zły znak, zwiastujący kłopoty.

Jak wspomniałam, gorylek zabijany był długo, kilka miesięcy. Kilka razy interweniowałam z igłą w dłoni. Ale dziś, gdy spojrzałam na podłogę zasłaną kłębami białej syntetycznej waty, zrozumiałam że nadszedł kres jego życia...

W poniedziałek trzeba będzie kupić nową zabawkę.

P.S. A może nawet dwie. Miś bowiem od pewnego czasu coś źle wygląda...

czwartek, stycznia 17, 2008

Spotkania z przyrodą

Właśnie wróciłyśmy z zakupów, uprzednio odkrywszy kolejne centrum handlowe w bliskiej okolicy.

Najciekawiej jednak było w drodze powrotnej... Bo mała po raz pierwszy w życiu zobaczyła konia. Uznała więc, że pies tej wielkości, to już naprawdę przesada. Dała temu wyraz tak wymownie, że robotnicy na pobliskiej budowie o mało nie pospadali z rusztowań. Innymi słowy dałyśmy kabaret - tylko koń zachował spokój :) Jakby tego było mało, za dwie minuty - gdy szłyśmy już naszą ulicą, pojawił się kolejny: ten jechał za nami, w tym samym kierunku co my, czyli gonił biedną Pimpi. Kabaret się powtórzył, tym razem przed większą publicznością :)

A swoją drogą, to trochę dziwne, że pieska z prowincji trzeba było przywieźć aż do stolicy, by wreszcie zobaczył, jak wygląda koń.

środa, stycznia 16, 2008

Tak, jestem cyborgiem

To już pewne na sto procent. Żaden normalny człowiek (od bardzo niedawna jednoręki, więc nieprzyzwyczajony do tego stanu) nie zrobiłby dziś tego, co ja.
Skończyłam rozpakowywanie, poprzestawiałam trochę meble, posprzątałam... A potem rozejrzałam się i zdziwiłam, bo nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko moja robota - bez żadnych krasnoludków. Jestem cyborgiem.

Wpadłyśmy wczoraj z małą do pobliskiego baru na jedno piwo. Już wcześniej upewniałam się, czy mogę z nią przyjść, ale musiałam też sprawdzić, jak ona będzie się zachowywała. Było w porządku, bardzo się wszystkim spodobała i była grzeczna. Mamy stałe zaproszenie - bar fajny, bo i piwko i polska kuchnia, ładny wystrój, przyjemna rodzinna atmosfera - czego chcieć więcej, zważywszy iż mieści się w odległości pięciu minut bardzo wolnego spaceru, takiego z obwąchaniem każdego krzaczka :)
Pimpi szczekała tylko na stół od piłkarzyków - straszny był, duży, ruszał się i wydawał dziwne dźwięki. Nikomu to poszczekiwanie jednak nie przeszkadzało, a poza tym jeden z klientów stwierdził, że ona się wcale stołu nie boi, tylko kibicuje jemu, bo zawsze gdy szczekała - wygrywał :)

wtorek, stycznia 15, 2008

Nie mam łapy

Jak nie urok, to... oblanie wrzątkiem.

I nie mam łapy, niby tylko lewej, ale - jak się okazało - to bardzo potrzebna łapa. W zasadzie do wszystkiego. Bolało jak jasna cholera, nadal boli, ale już nie tak, jak w nocy. Moment na takie wypadki to sobie wybrałam wyjątkowo niesprzyjający.

Zgodnie z moją teorią, wypadek świadczy o tym, że jeden z gorszych miesięcy mojego życia właśnie się zakończył. Teraz będzie już tylko lepiej.

poniedziałek, stycznia 14, 2008

Zupełnie nie rozumiem

Mam tyle pracy na głowie, tyle spraw. Zupełnie nie rozumiem, jakim cudem mam taki humor, jaki mam. A mam szampański. Nie powiem, że mi z tym źle...

Zmieniamy nomenklature

Musze pozmieniać, bo panowie M. się mylą i w końcu nie wiadomo o kim piszę. Tak więc - właściwy M., ten z którym się rozstałam - pozostaje M.

Drugi M., ten z Warszawy, od przeprowadzki i kurtuazyjnych sms-ów będzie od teraz FC co jest skrótem od LS. FC to flying cat, a ja to kiedyś przerobiłam na latającego sierściucha... Mam nadzieję że udało mi się tą notką coś wyjaśnić...

Ewka i takie różne sprawy

Miałam do niej nie iść wczoraj, bo zmęczona - nie bardzo miałam siłę, nie wiedziałam jak dojechać, ale... ona tak zapraszała. A to w końcu moja jedyna, długoletnia przyjaciółka. Tak więc podjęłam męską decyzję i zamówiłam taksówkę. Nie bardzo mnie stać, ale... ten jeden raz (znaczy dwa, bo powrót).

Kupiłam wino na stacji BP - kierowca w tym czasie opiekował się Pimpi - wywołałam E. przez okno (domofon nie działał, a komórki zapomniałam zabrać, bo się ładowała) i już po chwili wpadłam w objęcia E. A raczej wpadłyśmy, bo Pimpi jest niezawodna w zjednywaniu sobie ludzi. Potrzebowała więc jakiejś półtorej sekundy, aby podbić serce E.

Pewnie wiecie, jak wygląda spotkanie dwóch kobiet po kilku latach niewidzenia. No, jasne. Gadają i to jedna przez drugą, o rzeczach byłych, obecnych i przyszłych. Gadają, piją, gadają, jedzą, gadają, gadają...
Ja - wstrętne, nielojalne stworzenie - zawiązałam koalicję z synem E. przeciwko jej poglądom na temat sieci, studiów, zarabiania oraz muzyki... Ona - wstrętne, nielojalne stworzenie - zawiązała koalicję z Pimpi przeciw moim poglądom na tematy wychowawcze i żywieniowe. Było świetnie. Wróciłyśmy po 23 w cudownych humorach i zaraz walnęłyśmy się do łóżeczka, aby spać - tu uwaga! dooo... *proszę wstrzymać oddech* 9. z minutami (tak, tak! pierwszy raz od wieków) gdy obudził nas jakże kurtuazyjny w treści sms od M.: GO SKYPE! No to co miałam zrobić? Wstałam i weszłam... ;)

niedziela, stycznia 13, 2008

Warszawa - pierwsze wrażenia

Pierwsze wrażenie jest takie, że obie padamy na mordki. Ale od początku...

Na wstępie muszę publicznie pochwalić małą, która w czasie 350 km podróży zachowywała się wspaniale. Nie sprawiała żadnych problemów, anioł po prostu. Oboje z kierowcą byliśmy pod wrażeniem, a szczególnie ja, ponieważ naprawdę obawiałam się kłopotów.

Mieszkanko fajne, wrzucę zdjęcia, gdy już je ogarnę, bo na razie panuje potworny przeprowadzkowy bałagan: worki, śmieci, pudła... Byłoby dużo gorzej, gdyby nie wspaniali W. i M., którzy nosili, rozpakowywali, poili mnie piwem, opiekowali się Pimpi, przestawiali meble, podłączali wszystko i jeszcze na dodatek wspierali mnie na duchu. Wielkie podziękowania, słoneczka :)

W południe wybrałyśmy się z małą na rekonesans i po zakupy. Biedne maleństwo przeżyło traumę, bo... To willowa ulica w środku blokowisk, w prawie każdym ogródku co najmniej jeden pies, a często więcej... no i psy - małe, duże i ogromne (a nie oszukujmy się - dla niej duże są wszystkie większe od maltańczyka) rozszczekały się strasznie, rzucały się na ogrodzenia, niektóre wyły. Mnie przypominało to wizytę w schronisku - psy na kratach i jazgot... Pimpi natomiast była przerażona, biedna mała... Mam nadzieję, że po kilku takich spacerach zwierzaki stracą zainteresowanie nową sąsiadką, a ona przestanie się bać.

Wiemy już, gdzie jest dobry sklep, gdzie klinika weterynaryjna, psi fryzjer i najbliższe miejsce do spacerów - czyli wiemy najważniejsze rzeczy. Poznałyśmy jednego psiarza i jednego ochroniarza :) Nadal nie mam pojęcia jak (wyłączając rower i taksówki) dostać się do centrum. Muszę sobie chyba kupić plan miasta... ale wstyd :)

sobota, stycznia 12, 2008

Ostatni post z Gliwic

Czekam właśnie na M., który już tu jedzie i będzie za kilkanaście minut razem ze zgarniętymi po drodze kartonami. Zaraz potem zabieramy się za pakowanie. O dziewiątej ma być kierowca, po kolejnej pół godzinie właściciel mieszkania, zaraz potem wyruszamy.

Jeśli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, to w Warszawie powinnyśmy być pomiędzy 15 a 16. A jeśli wszystko pójdzie naprawdę dobrze, to jeszcze dziś wieczorem może wstawimy tu notkę.

piątek, stycznia 11, 2008

Wracam...

...i dziękuję tym, którzy cieszą się z tego powodu i dali mi znać, że się cieszą.

L., E., (damy przodem...) P., pierwszemu M., drugiemu M. i trzeciemu M. (dużo was na tę literę, a nawet dwóch ma to samo imię) J. i W. (znanemu w pewnych kręgach jako Eks). Tak miło było odbierać telefony i smsy :) Do zobaczenia. Z niektórymi już jutro, z innymi pojutrze... neverending impreza sie zapowiada... wytrzymam? No. A większość wreszcie zobaczy Pimpi na żywo...

A jednak Bóg czuwa...

...nad wariatkami :)

Mamy domek, malutki, ale mamy :) No, to nie wyprowadzamy się pod most... jak miło :) Jutro jazda, a wieczorem najprawdopodobniej już dam tu znać, jak było. To pa :)

środa, stycznia 09, 2008

Hardcore ;)

No, moi drodzy, nie ma to, jak być prawdziwym twardzielem... W sobotę o 9 rano przyjeżdża samochód po nas i po rzeczy. W tę sobotę - czyli za dwie i pół doby. A ja w tej chwili jeszcze nie wiem, jaki adres docelowy podam kierowcy... Taaa...

Kontrolnie wypełniłam dziś rzeczami pierwszy worek... E, tam worek. Nie worek, tylko wór 120-litrowy. Myślicie, że coś ubyło? A skąd - przybyło - przecież stoi wielki wór w szafie i przeszkadza :) Jak przy każdej przeprowadzce, nagle okazuje się, że rzeczy są nieprzebrane ilości - a przecież tak niedawno wszystkiego mi brakowało.

Oczywiście gorączka przeprowadzkowa coraz bardziej przypomina klasyczną histerię, a sytuacji nie polepszają oglądający, których przysyła właściciel. Po co mi to było? Mogłam sobie tu mieszkać do końca świata. Ale z drugiej strony - stęskniłam się za Warszawą i gdzieś tak bardzo głęboko w środku cieszę się, że wracam. Tylko pod który most?

poniedziałek, stycznia 07, 2008

...i przekombinowałam...

Tak wybierałam, przebierałam, negocjowałam, kombinowałam, że... muszę zaczynać wszystko od nowa. Moje gratulacje, Qilio - mistrzostwo świata... a czas się robi coraz krótszy. Pocieszającym więc w tym wszystkim jest fakt, iż Warszawa dysponuje całkiem pokaźną liczbą mostów, pod którymi można koczować. Tyle, że pora roku średnio koczowaniu sprzyjająca...

Jak to było? Trzeba być twardym jak ninja, a nie miętkim jak glizda ;) Jjjasne. No to do roboty!

piątek, stycznia 04, 2008

Gorące dni

Poszukiwanie mieszkania w pełnym rozkwicie. Jeszcze nie wiem gdzie, jeszcze nie wiem które, jeszcze nie wiem od kiedy, ale już na pewno wiem, że do 20. stycznia gdzieś muszę się przeprowadzić, bo wymówiłam mieszkanie i internet tutaj od tegoż dnia. Czyli wykonałam skok na głęboką wodę i odwrotu już nie ma :)

Denerwuję się oczywiście bardzo i o wszystko, o co się tylko da... Typowa psychoza okołoprzeprowadzkowa. Chciałabym to jak najszybciej mieć za sobą i zabrać się spokojnie do pracy. W ten weekend mam zamiar popakować większość rzeczy. Transport już mam zamówiony, pozostaje mi tylko ustalić konkretną datę i godzinę.

W tygodniu popracuję na zapas, bo cholera wie, na ile dni przeprowadzka odetnie mnie od świata. Ideałem byłoby, gdyby wcale, no ale - jak wiadomo - idealnych sytuacji nie ma. Myślcie o mnie ciepło - przyda mi się :)

wtorek, stycznia 01, 2008

Pożegnania

Spędziliśmy z M. i Pimpi wspólnie ostatnie dwie doby. Udał nam się sylwester. Pierwszy i ostatni w tym składzie.

Rozstaliśmy się z M. już w połowie grudnia, lecz celowo nic tu nie pisałam na ten temat, wówczas wiedziało tylko kilka najbliższych osób. Musieliśmy dojść do siebie, nie czas był więc na blogi i publiczne wywnętrzenia.

Nikt nikogo nie rzucił, byliśmy razem - jak w założeniu, które przyjęliśmy na początku - do końca magii. Zjadła nas codzienność, ale i tak wzięliśmy ze wspólnego ponad półtora roku to, co najlepszego było do wzięcia. To był wspaniały czas i bardzo ważny. Skończyła się magia, lecz nie skończyła się nasza przyjaźń. Nadal się spotykamy, a kontakt utrzymamy - jak sądzę - przez lata. Już niedługo będzie on taki jak kiedyś - jedynie internetowy, więc teraz korzystamy z osobistego, póki jeszcze możemy.

Ja wrócę do Warszawy, w końcu to jest moje miasto i ani Krakowa, ani Gliwic nie polubiłam na tyle, aby chcieć w nich żyć. M. zostanie tu, ale mam nadzieję, że zgodnie z naszymi planami odwiedzi mnie w lecie; obiecałam pokazać mu tę nieoficjalną stronę stolicy :)

Teraz daję ogłoszenia o poszukiwaniu mieszkania, na jakieś tam odpowiadam. Coś znajdę, wcześniej czy później - mam czas. Pimpi jedzie oczywiście ze mną, aby zostać Warszawianką lub Podwarszawianką całym pyszczkiem. Jestem w trakcie poszukiwań, więc częściowo już żyję przeprowadzką. Nie będzie łatwa: sporo rzeczy, kilkaset kilometrów, logistyka - aby nie było przerw w pracy, potem rozpoznanie terenu, bo nie mam jeszcze pojęcia w jakim konkretnie punkcie osiądę. Ale wszystko w końcu wróci do normy - jak zawsze wraca.

To był dobry rok i ten też będzie dobry :)

czwartek, grudnia 27, 2007

Poświątecznie

Choć przechorowałam całe święta (i ciągle jestem chora), to i tak uważam, że były najspokojniejszymi i najsympatyczniejszymi świętami od wielu lat. A jak się tak dłużej i głębiej zastanowić, to może nawet - najlepszymi ze wszystkich, jakie pamiętam.

Wniosek: przeanalizować, dzięki czemu takie były i spróbować powtórzyć za rok. Przeanalizowałam, zapamiętam, ale czy da się powtórzyć? Zobaczy się w swoim czasie.

A teraz trzeba jakoś wreszcie wyzdrowieć, bo to zły moment na chorowanie. Pod warunkiem, że istnieją na to dobre momenty...

piątek, grudnia 21, 2007

Wyjaśniam

W związku z zaniepokojonymi pytaniami, które dotarły do mnie za pośrednictwem komunikatorów, spieszę wyjaśnić również innym - poprzednia notka była tak lekko z przymrużeniem oka. Bardzo lubię tę osobę, bo jest naprawdę urocza, lecz preferencji w żadnym wypadku nie zmieniłam. To tyle tytułem wyjaśnienia :)

piątek, grudnia 14, 2007

Zakochałam się

Naprawdę. W czyjejś myśli, uśmiechu i w tym, jak pojmuje rzeczy zabawne. W inteligentnych oczach, które często zdają się rozumieć prawie wszystko.
Zakochałam się w kobiecie. No, dom wariatów, czyż nie? Ale to naprawdę jest kobieta - nie "kobietka". Jest podobna do mnie, twarda i myśli. Czy można się było nie zakochać, spotkawszy alter ego młodsze o prawie ćwierć wieku? No, nie można było.

Pimpi też się zakochała i chyba M. również odrobinę.., i wcale im się nie dziwię, ani troszkę. I tak w ogóle myślę sobie, że już można spokojnie umrzeć, skoro takie istoty się urodziły i przejmą to wszystko, czego nie było czasu zrobić. Jak to dobrze. Świat będzie trwał i miał się nieźle...

W sumie tylko żałuję, iż ta osoba zostanie lekarzem od ludzi, a nie od zwierzaków. Na ludziach aż tak mi nie zależy a na zwierzętach - owszem.

No i fajnie, że się zakochałam. Tak dobrze i miło jest móc kogoś kochać/lubić bez zastrzeżeń.

środa, grudnia 05, 2007

Tłumaczę się z ciszy...

...po raz kolejny.

Tym razem powodem milczenia jest znów praca, ale trochę inaczej to ujmę. Otóż piszę sporo felietonów które, z zasady, przedstawiają subiektywne podejście do różnych tematów. Czyli coś jak blog. No i "wypisuję się" w nich trochę, przedstawiając swoje poglądy, spojrzenie i takie tam. Tu zostaje relacjonowanie codzienności, co jest raczej mało fascynujące dla większości czytelników.

Niemniej zainteresowanych informuję, iż:

- ze względu na polepszenie się moich finansów, dokonałam paru zakupów do domu - garnuszki, kubeczki, drobiażdżki i - gwiazda kuchni - wolnostojący piekarnik (ten w kuchence nigdy nie działał)
- w związku z powyższym moja kuchnia znów nabrała rumieńców, taki piekarnik pozwala na rozszerzenie menu, z czego korzystam do upojenia
- mała została zaszczepiona przeciw wściekliźnie oraz dostała nowe jedzenie, już naprawdę z najwyższej możliwej półki
- mało wychodzimy, jeśli nie ma śniegu, bo jest przepaskudnie i nawet zabawa patyczkami na podmokłej łące nie jest zbyt miła
- czekają mnie święta, których w ogóle nie lubię z zasady, więc wolałabym, aby magicznym sposobem był już styczeń (a jeszcze lepiej marzec, bo bliżej byłoby do wiosny)
- znów mi pomysły jakieś łażą po głowie, niekonkretne toto, ale... kto wie, co się okaże
- wizytówki sobie wreszcie sprawiłam osobiste, bo dawanie pokreślonych starych trochę mnie już zaczęło wkurzać

No i to chyba byłoby na tyle... Sami widzicie, że nic specjalnego, żadnych fajerwerków, codzienność szara jak ta jesień... Ale nie jest źle :)

poniedziałek, listopada 26, 2007

Lubię poniedziałki

Ostatnie dwa tygodnie były wyjątkowo męczące - problemy ze zdrowiem Pimpi, bardziej intensywne życie towarzyskie (w tym pierwsze od lipca ubiegłego roku spotkanie z Eks), a przede wszystkim sporo nowej zupełnie, a bardzo intensywnej - pracy.

W piątek popołudniu padłam; przez cały weekend zrobiłam wszystko co mogłam, aby odpocząć, odreagować, nabrać sił... Udało się, cieszę się z poniedziałku i nowego tygodnia, mam energię, pomysły i chęci :) Pimpi też już jest w dobrej formie, jeszcze na diecie, ale to już tylko dziś. Zamówiłam dla niej nowe jedzenie, tamtego już nie odważę się kupić - boję się powtórki.

Generalnie dobrze... Nie pisałam nic o nowej pracy, bo było za wcześnie, ale teraz już mogę. Podoba mi się, bo - pomijając względy finansowe, korzystniejsze od poprzednich - tematyka jest mi bliższa, no i szefowa bardziej komunikatywna, jakoś się dogadujemy - lepiej, niż z poprzednim pracodawcą.
Dam tu link do tego portalu, ale dopiero za jakiś czas, bo portal jeszcze jest w fazie dopracowywania - programistycznego głównie. Opiera się na bazach danych i jeszcze trwają prace nad nimi.

Jest dobrze. Wystarczyło trochę spokoju finansowego i wewnętrznego, a już zupełnie inaczej się czuję. Niech tak będzie :) Na razie nie potrzeba mi nic więcej.

niedziela, listopada 25, 2007

Tak zaczynam dzień

Lubię te chwile dnia. Dnia lub nocy - bo dla niektórych to jeszcze głęboka noc. Budzę się o 4:30, włączam komputer, zapalam papierosa i robię sobie pierwszą kawę.

O tej porze roku na zewnątrz jest zupełnie ciemno. Dziś dodatkowo krople deszczu uderzają o parapet... Zapalam świeczkę pachnącą wanilią. W dużym budynku naprzeciwko świeci się tylko w dwóch oknach. M. jeszcze śpi, a obok niego, na mojej poduszce - oczywiście Pimpi, która przywitała się ze mną, ale potem jak zwykle stwierdziła, że trzeba jeszcze trochę pospać.

Przeglądam pocztę i newsy z nocy, zaglądam do Cantr, odpowiadam na listy, robię sobie kolejną kawę. Jest już 5:15. Zanim o 6. obudzi się M., zdążę napisać kolejny artykuł z cyklu, jeszcze raz lub dwa wejść do Cantr oraz przejrzeć depesze prasowe z wczesnego poranka. Wtedy świat powoli też zacznie się aktywizować (no, może nie dziś, bo niedziela - ale w zwykłe dni tak jest).
O 7. zadzwoni mama z tekstem - Nie obudziłam cię przypadkiem? - tu ja się zwyczajowo oburzam, a ona ciągnie - No, wiem, wiem, tak tylko chciałam cię troszkę podenerwować... ;)
Dopiero o 7:30 mała zacznie domagać się spaceru, ale wtedy to ja już od dawna będę ubrana i gotowa od wyjścia.

Czasem zdarzają się humorystyczne sytuacje związane z moim wczesnym wstawaniem - na przykład jeden z moich korespondentów długo był przekonany, iż żyję w innej strefie czasowej :) Inna osoba, widząc mnie dostępną na GT, powiedziała ze współczuciem - Biedna ty, a ja narzekam, że mam na szóstą do pracy...
Mało kto jest w stanie pojąć, że ja naprawdę bardzo lubię te poranki z ich ciemnością i ciszą, a nawet deszczem. Gdy nikt nic nie chce ode mnie, a ja czuję się, jakbym była jedyną żywą istotą na świecie... Zresztą w ciągu tych trzech godzin jestem w stanie zrobić więcej, niż w pięć późniejszych.

Już 5:30. Za dwie godziny powoli zacznie budzić się świat...

czwartek, listopada 22, 2007

Nie-na-wi-dzę!

Nienawidzę, gdy choruje zwierzę. Dostaję szału z bezsilności własnej i lekarzy. Nie śpię i wariuję...

Mała znów zachorowała, dałam tabletki (zostały z poprzedniego razu), przestawiłam na dietę, wczoraj było już na tyle dobrze, że zaczęła jeść normalne jedzenie i... I dziś w nocy powtórka. Nie mam wątpliwości, że to od tego jedzenia - do głowy by mi wcześniej nie przyszło, że ono może być przyczyną - jadła je, dobre, polecane przez weterynarza, od samego początku niemalże i wszystko było w porządku. Może wadliwa partia, nie wiem... Dziś weterynarz, znów leki, znów dieta. Jedzenie poszło do kosza od razu i już chyba nie odważę się go kupić.

A ja padam na mordkę, od tygodnia nie przespałam całej nocy - w sumie przez tydzień może ze 20 godzin; nie mogę się skupić na niczym; nie wiem, jakim cudem jeszcze udaje mi się cokolwiek zrobić. Zmęczona jestem potwornie. Czekam na weekend jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Skoro doszło do tego, że dziś popołudniu się rozpłakałam z tego wszystkiego, to chyba dobrze ze mną nie jest... ja w normalnym życiu nie płaczę.

Plan dla nas na weekend: ja śpię, a mała zdrowieje - nie ma inaczej, bo naprawdę będzie źle.

środa, listopada 14, 2007

Milczenia dość

Bardzo długo milczałam, co było - i poniekąd ciągle jest - podyktowane względami zawodowymi. Czasem należy zachować tajemnicę, mając na względzie nie tylko swoje interesy. Tak więc o pracy nie będzie jeszcze na razie nic...

Będzie o zimie, którą - zupełnie niezgodnie z naszymi przewidywaniami - Pimpi pokochała, biega w śniegu, szaleje, ryje mordką w poszukiwaniu zapachów i tylko oblepione śniegiem patyczki bierze w pyszczek z mniejszym zapałem. Do tej pory lody dawaliśmy jej jedynie w postaci roztopionej :)

Będzie też o tym, że życie towarzyskie nam ruszyło z miejsca, po kilkumiesięcznej stagnacji spowodowanej nadmiarem obowiązków. A ruszyło pięknie w postaci przeuroczej dziewczyny, znanej nam do tej pory jedynie wirtualnie - z naszego "świata równoległego" czyli gry. Ona znała nas lepiej, bowiem była (i mam nadzieję, że jest nadal) wierną czytelniczką naszych blogów. Stres, tak wpisany w podobne spotkania, nie miał tym razem miejsca i było wspaniale. Zresztą jutro powtarzamy imprezę, tym razem w poszerzonym gronie... też będzie miło, już to wiem :)

Cóż jeszcze? Praca, nauka, praca - jak zwykle. Udało nam się kupić parę kolejnych rzeczy - jakże niezbędnych w gospodarstwie domowym, a bez których musieliśmy się obywać, ale już nie musimy... Mieliśmy też ostatnio okazję podumać nad ulotnością stanów... bowiem nasi znajomi, o których pisaliśmy na wspólnym blogu i ja tu też wspominałam o nich - ci, którzy udzielali nam swojego mieszkania na początku... no więc oni się rozstali... a przecież to my nie mieliśmy prawa przetrwać. Dziwne to wszystko i zaskakujące czasem.