Dokarmianie przez klikanie

piątek, lutego 23, 2007

Sztuka ulicy

Jaka szkoda, że u nas nikt się w TO nie bawi...

czwartek, lutego 22, 2007

Sekretny dziennik prezesowej

Po piętnastu tygodniach funkcjonowania f/t aureon mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że pomysł utworzenia go był bardzo trafiony.

Zaczynaliśmy od zera, mając tylko ten pomysł i wspólne zasoby wiedzy - nic więcej. Powoli zdobywaliśmy zlecenia, pracując na opinię; czasem chciało nam się wyć - gdy nic nie udawało nam się znaleźć i czekaliśmy na pracę, wariując z niepokoju, bo brakowało na życie i rachunki; czasem zlecenia nakładały się na siebie i zarywaliśmy noce, żeby jakoś to wszystko ogarnąć. Zwątpienie, czy to właściwa droga, ogarniało nas średnio raz dziennie...

Ale w którymś momencie - nie do sprecyzowania teraz, w którym - coś się zmieniło. Jak w silniku, który nie może zaskoczyć, aż wreszcie zaskakuje i zaczyna pracować równym rytmem... Zaczyna się pojawiać więcej poważnych zleceń i to od ludzi, którzy sami nas znaleźli. Zaczyna się kręcić tak naprawdę. To jeszcze nie to, czego chcielibyśmy docelowo, mnóstwo jeszcze przed nami, ale na pewno zmiana jest odczuwalna.

Bardzo się cieszę, że mogę to napisać. To fajne uczucie - coś zrobić i potem zobaczyć, że to było dobre. Najbardziej teraz cieszę się z tego, że się uparłam i nie zrezygnowałam, wbrew zwątpieniom, wbrew radom otoczenia, często wbrew logice i doświadczeniu.

Wynika z tego, że warto jednak być głupim i głuchym na argumenty uparciuchem, wpatrzonym w swoją wizję; może nie zawsze - ale czasami na pewno warto ;)

wtorek, lutego 20, 2007

Taka sobie dwuznaczność...

ZAJRZYJCIE :)

O pracy, rozrywkach i pracy ;)

Padnięta jestem całkiem...

Dostałam mordercze zlecenie, które pozbawiło mnie sił witalnych, wyprało mózg i usztywniło nadgarstki. Zlecenie skończyłam, ale mam jeszcze jedno zaległe, więc zaraz się za nie spróbuję zabrać, bo muszę. Nie wiem jednak, co uda mi się z tego wypranego mózgu wykrzesać... Mam nadzieję, że druga kawa pomoże.

Dzięki blogowi nawiązałam wirtualny kontakt ze znajomym z realu, z poprzedniego życia. Miło było popisać i pogadać, powspominać. Wcale to poprzednie życie nie było takie złe, a już na pewno bardziej barwne. Ot, choćby taki przykład... Ja jestem piwno-knajpiane zwierzę. Z tym znajomym spotykaliśmy się w takiej knajpce (zresztą sporą, bo kilkunastoosobową grupą stałych klientów) prawie codziennie. A wiecie ile razy byłam w pubie od listopada? Dwa. Gdyby mi ktoś to przepowiedział, to bym go wyśmiała... Czas to zmienić, najwyższy czas.

W związku z tym wracam do pracy, bo jakoś na te przyszłe zmiany trzeba zarobić ;)

sobota, lutego 17, 2007

Cień świtu

Czy ja już pisałam, że świty są tu piękne? No, tak... pisałam mnóstwo razy, na pewno aż za dużo, jak na blog nie będący blogiem o świtach... Ale znów napiszę i jest szansa, że po raz ostatni - ale nie obiecuję.

A piszę, ponieważ jest piękny poranek i dzięki temu dziś na ścianie pojawił się cień świtu i nie można było tej projekcji nie zarejestrować aparatem fotograficznym. Zwyczajnie szkoda było, aby to umknęło...



sobota, lutego 10, 2007

A u nas...

...pada deszcz.


Może nie dokładnie tak, lecz bardzo podobnie. A obrazek pochodzi ze strony bygak.stumbleupon.com

Sałatka z tuńczyka - odsłona trzecia

Wyszła przypadkiem - jak zazwyczaj i z tego, co było, a do sałatki akurat było niewiele, jakoś tak się złożyło. Mimo to naprawdę udana wyjątkowo - w moim rankingu sałatek z tuńczyka jest teraz na drugim miejscu. No to do roboty...

Założenie wstępne - ona ma piec w pyszczek, ma być wyraźnie pikantna, więc wielbiciele smaków subtelniejszych nie powinni jej przygotowywać.

Na dwie osoby bierzemy torebkę ryżu i gotujemy ją według przepisu. W tym czasie przygotowujemy resztę składników, żeby bardzo szybko wszystko wymieszać, póki ryż jest gorący - tak, właśnie gorący - to bardzo ważne, aby sałatka - gdy zaczniemy ją jeść - była jeszcze ciepła.
Tak więc ryż nam się gotuje, a my trzemy na tarce 10 dag żółtego sera (najlepiej gouda, morski - tego typu); otwieramy puszkę tuńczyka w oliwie (ale w takich większych kawałkach) i nadmiar oliwy odlewamy oraz robimy sos, bardzo prosty.
Bierzemy dwie łyżki majonezu i po łyżeczce musztardy rosyjskiej Kamisa, przecieru pomidorowego i oliwy. Do tego dodajemy 4 krople przyprawy do zup, po pół łyżeczki słodkiej papryki i oregano, szczyptę vegety i sporo cajenny - co najmniej pół łyżeczki kawowej. Mieszamy sos dokładnie - możemy spróbować, jest pikantny i taki ma być.
Ryż już się ugotował. Szybko wyjmujemy torebkę, osączamy, rozcinamy i wsypujemy ryż do miski. Posypujemy go serem i dokładnie mieszamy, ser się lekko stopi i o to chodzi. Dodajemy tuńczyka, dzielimy go widelcem na mniejsze kawałki, polewamy sosem, mieszamy i... koniec. Natychmiast podajemy, jeszcze ciepłą.

Smacznego :)

piątek, lutego 09, 2007

Wiosna z szaleństwem w tle

Wiecie co, jeśli jutro coś jeszcze napiszę, to będzie oznaczało, że jednak szlag mnie najjaśniejszy nie trafił, choć tak niewiele teraz brakuje...

Posypał mi się duży komputer - dobra, naprawiło się. Posypał się też mały - też się naprawiło, choć już z obłędem w oczach. Czy posypał się średni - z tchórzostwa nie sprawdzam, nie byłabym w stanie przełknąć tej wiadomości - nie dziś, sprawdzę jutro.
Teraz i tak nie mam czasu, bo częstotliwość odwiedzin w banku jest taka, że już prawie nic innego nie mogę robić. Oczywiście stan konta za każdym razem daleko odbiega od pożądanego i oczekiwanego z utęsknieniem... Nic to, będę tak włazić aż do skutku, choć już cyferek wejściowych nie jestem pewna - za często je wstukiwałam.
Prywatnie też średnio, bo parę nieporozumień się wydarzyło, a to nigdy miłe nie jest, bo nie może...

Czy myślicie więc, że takie małe zapowiedzi wiosny, które pojawiły się przy wejściu do klatki schodowej mogą, bo ja wiem? - coś zrównoważyć? No, popatrzę jeszcze i jeszcze... może i trochę mogą... Też popatrzcie, może i wam coś zrównoważą, kto wie :)



P.S. Zdjęcie nie jest mojego autorstwa, lecz M. - na moją prośbę.

wtorek, lutego 06, 2007

Zawsze można się czegoś nowego nauczyć

...więc w ramach propagowania umiejętności zabawnych i raczej zbędnych do życia zamieszczam adres do Praktycznego Przewodnika Wiązania Sznurówek w skrócie PPWS. Miłej nauki :)

poniedziałek, lutego 05, 2007

Taka sobie notka

Za mną ciężkie dni. Albo nie, trochę inaczej - mam nadzieję, że pula ciężkich dni już się wyczerpała i choć przez jakiś czas będzie normalnie, a może nawet dobrze.

No bo było nieciekawie, bardzo emocjonalnie, wręcz wyczerpująco emocjonalnie. Kryzys gonił kryzys. Praca też szła nie najlepiej, no ogólnie sytuacja typu "jak się wali, to już hurtem". Nie będę tu się rozpisywać o szczegółach, bo to nie miejsce na to, lecz powiem tylko, że już się chyba wyprostowało wszystko i znów będzie miła normalność, bo ja normalność ostatnio bardzo lubię i uważam za miły sam fakt, iż nic się nie dzieje.

Ale dziać się może i to już za tydzień, bowiem istnieje możliwość, że na parę dni Kasia podkukułczy nam dziecię, a ponieważ dziecię (czyli znana wam Alicja) jest inteligentne, więc na pewno będzie się fajnie działo i ciekawie.
Ponieważ wszakże istota ze mnie ogólnie wredna, więc nie mogłam - korzystając z pchającej mi się w łapki okazji - nie zwrócić się dwuznacznie do M. słowami:
- Wiesz, będziemy mieli dziecko...
I ja się dziwię, że potem mam kryzysy. Przy takim poczuciu humoru, to i tak cud, że mnie nikt do tej pory nie zabił. Dlatego tym bardziej muszę oddać M. sprawiedliwość i wyrazić swój podziw. Żadnego zająknięcia, żadnego nerwowego milczenia, tylko bardzo miłe, z uśmiechem:
- To wspaniale, a kiedy?

czwartek, lutego 01, 2007

O pogodzie czyli "keep smiling"

Niby mądrzy prognozują jeszcze, że chłody i śniegi skądś tam mają lada czas nadciągnąć, lecz - choć może to trochę życzeniowe myślenie - trudno mi w powrót zimy uwierzyć.

Wyszłam rano po zakupy i... wiosna. Zresztą widząc na zaokiennym termometrze dziesięć stopni, zrezygnowałam z rękawiczek, a zamiast nich założyłam wiosenną kurtkę z białego dżinsu, żeby lepiej do tej przyrody pasować. Wiatr wiał silny, lecz ciepły. Śnieg stopniał, resztki jeszcze gdzieniegdzie się dotapiają. Deszczyk czasem pokropi, ale też taki ciepły i drobny, zupełnie nie nieprzyjemny. Ptaki się wydzierają, świergoczą jak głupie, też jakoś tak radośnie. Prawie zaczęłam się rozglądać za pączkami młodych liści...

Było pięknie i optymistycznie. Tylko w ludziach nie widziałam ani grama wiosny... Szli skuleni jak zazwyczaj i smutni jak zawsze.
Czemu się nie uśmiechamy? Czy trzeba mieć aż powód? A tak bez powodu, albo - co trudniejsze - wbrew powodom? Inni mają swoje "keep smiling" a my swoje "śmieje się jak głupi do sera". Osobiście jednak wolę to pierwsze.

poniedziałek, stycznia 29, 2007

I znow przegrałam walkę z soba...

...no bo wiem, że za dużo tu daję tych ślicznych, słodkich zdjęć. Życie jest przecież brutalne i twarde, a nie milusie. Ale nie mogłam TEGO nie dać, no naprawdę nie mogłam :)

sobota, stycznia 27, 2007

Wczorajszy zachód słońca

Wczorajsze zachody brzmią trochę jak niegdysiejsze śniegi, ale ładnie było i mój M. - nieobecny wczoraj przy robieniu zdjęć - powiedział, że to wygląda jak makieta, a nie jak prawdziwe budynki, więc wam wrzucam - sami oceńcie.



Za to dowcip jest zupełnie dzisiejszy, kliknijcie na obrazek, aby go powiększyć.


Obrazek pochodzi ze strony http://www.geekculture.com

środa, stycznia 24, 2007

Białe paskudztwo...

...pokryło wszystko. Dziś rano musiałam odśnieżać parapet (tak z dziesięć centymetrów napadało) i karmnik dla Kurczaka, żeby w ogóle móc dać drobiowi jedzenie. Wszystko zasypane, brzydkie, szare lub białe. A tak się cieszyłam, że zima mnie w tym roku ominie...

A to nieco przetworzony widok z okna - wczorajszy późny wieczór:

sobota, stycznia 20, 2007

Malować przestrzeń...

...otworzyć ściany, nasycić powietrzem, słowem - ILUZJA w czterech ścianach.

piątek, stycznia 19, 2007

Zimny prysznic...

...dla wyznawców geocentryzmu. Takie małe PORÓWNANKO ;) Dobranoc Państwu.

Po nocy

I ja wczoraj pisałam o "spektaklach natury", hmm... Spektakl to był w nocy i to jaki...

Cały dzień wiał silny wiatr, zwiększając stopniowo siłę. Wieczorem było ostro, ale ok. 23 zaczęło się prawdziwe pandemonium. Całe niebo rozświetlało się wyładowaniami, które były o tyle dziwne, że prawie bez grzmotów; ale gdy grzmoty wreszcie się dało słyszeć, to już naprawdę potężne. Oprócz tego grad, deszcz... Prawdziwy pokaz prawdziwej siły.

A dla tych, którzy mają net i nie wydarzyło im się nic złego tej nocy, mam trochę... warzyw i owoców, z których Saxton Freymann robi coś TAKIEGO. Poszukajcie w sieci, jest tego więcej, między innymi książek z jego pracami. Bardzo mi się podoba sztuka w jego wykonaniu :)

czwartek, stycznia 18, 2007

Gliwice, siódma rano

Świty tutaj są niesamowite, a każdy jak osobny spektakl. Przed chwilą pstryknęłam parę zdjęć - niestety, mój aparat w ciemnościach nie radzi sobie zbyt dobrze (a raczej: no, dobrze, nie radzi sobie wcale ;) - wrzucam tu dwa po obróbce.


No i szkoda, że państwo nie mogą tego usłyszeć, ale od szóstej rano widokom towarzyszą efekty dźwiękowe - dzwony kościelne, trąbki i takie tam...


Ale po dwudziestu minutach wygląda to już tak:


A po kolejnych pięciu tak:

środa, stycznia 17, 2007

Runął wam kiedyś domek z kart?

Bo temu CZŁOWIEKOWI pewnie niejeden... przy okazji przepraszam wrogów, którzy skuszeni tytułem, weszli tu z uśmiechem na ustach :)

A tak w ogóle to w sieci ostatnio nie znajduję nic ciekawego, bo zajmuję się głupimi, za to niskopłatnymi robotami, buu... No cóż, czasem trzeba, takie życie. Poza tym wszystko w porządku, znów zaczęłam nawet umieszczać zdjęcia na fotoblogu, ale tak naprawdę, to moim podstawowym zajęciem ostatnio jest uganianie się za kasą - nie lubię tego, ale kto lubi?

Przepraszam więc za ciszę, przy głupich robotach niestety wena zdycha, a nie chce bylejakości, bądźcie więc cierpliwi, niebawem wrócę z nową energią :)

czwartek, stycznia 11, 2007

Bez komentarza...

...bo te FOTOGRAFIE mówią same za siebie, spójrzcie tylko.