Dokarmianie przez klikanie

poniedziałek, marca 24, 2008

Plany vs. real

Miało być:
spokojne i ciche święta w norce, przygotowanie paru rzeczy do pracy, pogranie sobie w najnowszą gierkę (o, właśnie - o grze będzie osobna notka), pojadanie smakołyków, słowem - umiarkowanie.

Było:
W sobotnie popołudnie zadzwonił syn Ewy z informacją:
- Przyjeżdżasz do nas!
Oczywiście, skupiona na swoich planach, odpowiedziałam odruchowo:
- Nie, dziękuję wam bardzo, ale...
Odpowiedź brzmiała:
- OK, nie chciałaś po dobroci, to daję ci matkę...

Tu dygresja:
Ja podobno "Asertywność" to mam na drugie imię, tak twierdzą wszyscy. Ale jest jedna osoba na świecie wobec której moja asertywność leży i kwiczy - to właśnie Ewa...

Tak więc w momencie, gdy ona przejęła słuchawkę, sprawa była przesądzona... Wzięłam jedzonko dla małej, szczoteczkę do zębów, tytoń, maszynkę i gilzy i pojechałyśmy...

Sobota minęła nam na pojadaniu i popijaniu oraz - rzecz jasna - na gadaniu.
W niedzielę uznałyśmy, iż siedzenie w domu jest głupotą i trzeba się gdzieś ruszyć, najlepiej zaś byłoby połączyć duży spacer z małym piwem.
Okazało się to być trudno wykonalne. Znaczy spacer był łatwy - całe Pola Mokotowskie, cała Banacha i pół Grójeckiej; gorzej z piwem... wszystko pozamykane. Ale upór w dążeniu do celu przynosi rezultaty.
Postawiłam na postpeerelowską "Bajkę" na Nowym Świecie i... bingo!
Tam siedziałyśmy do zamknięcia, integrując się z miejscową i napływową ludnością, pijąc i prowadząc pijackie dysputy. Ewa znalazła sobie półlumpa, z którym rozwijali spiskowe teorie dziejów, ja torpedowałam ich pomysły, mając za sojuszników czterech "młodych wilków" podejrzanej konduity. Na zmianę wyprowadzałyśmy Pimpi na siusiu i piłyśmy kolejne piwa/wina/herbaty/czekolady/soczki.

Gdy zamknięto Bajkę, a wszyscy wylewnie pożegnaliśmy się na zewnątrz, odwiozłam Ewę i tym samym pojazdem - wreszcie wróciłyśmy do domu. Padnięta mała śpi do teraz :)

W następnej notce: wyczyn Pimpi z niedzielnego poranka. Ale to dopiero za parę godzin...

piątek, marca 21, 2008

Taki mały prywatny cud

A jednak warto czasem ostro się opieprzyć i wziąć za pysk... To daje zupełnie niespodziewane efekty.

Od tego pamiętnego poniedziałku, a raczej nie - od następnego dnia, od wtorku rano, nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko nabrało tempa i zaczęło się zmieniać. Nie na "jakoś" lecz w kierunku od dawna wyczekiwanym i bardzo pozytywnym. Nie jedna rzecz - lecz kilkanaście.

Nie wierzę w czary, ale jednocześnie wierzę, że cuda się zdarzają... I to mi wygląda na jeden z nich. Bo z kolei jak na zbieg okoliczności, to trochę tego za dużo, o co najmniej kilka za dużo ;)

środa, marca 19, 2008

Megazastanawianie...

Aby uprościć - w punkcikach:

1. Zastanowiłam się. Nad bardzo wieloma rzeczami. I wyszło mi, że większość robiłam nie tak...
2. Zastanowiłam się ponownie, strasznie się na siebie wściekłam i postanowiłam to jakoś spróbować zmienić.
3. Zastanowiłam się jeszcze raz, wściekłam się jeszcze bardziej i postanowiłam wszystko zmienić natychmiast, a nie jakoś i od kiedyś.
4. W związku z powyższym decyzja, nad której podjęciem zastanawiałam się w ostatniej notce - zabrzmiała "nie".
5. Resztę zmieniam sukcesywnie, od minionego poniedziałku. Efekty na razie pozytywne.

sobota, marca 15, 2008

Na rozdrożu...

...i nie chodzi o knajpę, ani o plac w Warszawie, niestety...

O mnie chodzi. Jestem na bardzo poważnym rozdrożu życiowym i mogę teraz podjąć jedną z dwóch decyzji. Prawdopodobnie obie z tych możliwości są równie złe, ale każda na pewno poprowadzi mnie zupełnie inną drogą.

Nie mam na razie najzieleńszego pojęcia, co zrobić, choć analizuję obie opcje drobiazgowo i wnikliwie od dwóch dni... Niby wszystko wiem, niby to wszystko takie proste, niby odpowiedź - to zwykłe "tak" lub "nie". Czyż może być - teoretycznie - łatwiejsza sytuacja? Niby nie może... A ja nadal nie wiem. Szczególnie będąc pewną, iż podjętej decyzji nie da się cofnąć, ani jej, ani czasu. I nie wiem. Nie wiem nic. A dziś jest ostatni dzień, gdy muszę to "tak" albo "nie" w końcu powiedzieć...

Może - jako erpegowiec, powinnam rzucić kostką, zdając się w całości na los? Ale nawet tego nie wiem... Rzucić z pytaniem: czy rzucić? Paranoja...

poniedziałek, marca 10, 2008

Tylko spokojnie...

Ktoś mi ostatnio powiedział, że czytając to, co piszę, zaczyna się o mnie bać.

Nie trzeba. Wariuję, to prawda, ale jak zwykle - wszystko pod kontrolą. Wszystko będzie dobrze. Jak zwykle.

sobota, marca 08, 2008

Na dywaniku

Kiedy gotuję, Pimpi zawsze mi towarzyszy. Wiadomo, w każdej chwili coś fajnego może mi (oczywiście absolutnym przypadkiem) spaść prosto w psi pyszczek...

Ponieważ kuchnia jest mała, to - aby uniknąć potrącenia, a jednocześnie wszystko mieć pod kontrolą - Pimpiątko układa się na dywaniku w łazience, gdzie ma wygodnie i skąd jest świetny widok :) Zdjęcie sprzed kilku minut...

wtorek, marca 04, 2008

Wiosna przyszła

Wracałyśmy dziś ze spaceru i... na "mojej" posesji, a raczej na moim jej kawałku...

Nad drzwiami wejściowymi zwieszają się gałązki krzewu rosnącego u sąsiadów i na nich - chmura zielonkawych listków - już nie pączków, ale prawdziwych listków. A już całkiem u mnie, na klombie - kilka krokusów, też już nie pączków, bo dokładnie widać, jakie będą miały kolory. To wszystko rozwinęło się tej nocy.

Na stole zaś stoi wspomnienie wczorajszego dziwnego wieczoru... bukiet karminowo-żółtych tulipanów... Wiosna wszędzie...

I co ja mam teraz zrobić?

Po spotkaniu jestem i... nie wiem, co robić, co myśleć... Mam rozpalone policzki i wirowanie myśli w głowie. Boję się. Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. A chcę, jak zawsze - dużo. Nie, nieprawda, ja chcę wszystkiego.

poniedziałek, marca 03, 2008

...z kurczaka

Ostatnio coś tak mi się zebrało na dowcipy i myślałam, że na tym koniec. Ale tym co wyszperali na gazetowym Deserze nie można się nie podzielić... Zapraszam więc na DENMARK FROM CHICKEN ;)

Głupota

Chyba jeszcze jestem bardzo głupia, skoro nadal wierzę w nieistniejące. Nie dość, że głupia, to jeszcze w dodatku niereformowalna. I że do dziś nie pogodziłam się z tym, że tu nie ma nic dobrego, że to kara - to bycie tu... Niczego już nie chcę. Najwyżej trochę spokoju, ale to też nieosiągalne.

niedziela, marca 02, 2008

Wake Up!

Paskudnie dziś jest, więc na poprawę humoru - bo dawno już nic nie było z muzyki - proponuję WAKE UP w wykonaniu mojego ukochanego zespołu, czyli Arcade Fire. Z nimi to kiedyś wykonywał David Bowie, ale ja proponuje lepszą wersję, z ubiegłorocznego koncertu.

sobota, marca 01, 2008

Wiosna idzie - part 2 ;)

Za obydwa dowcipy - ten i z poprzedniej notki - podziękowania dla Zamii :)

Wiosna idzie... ;)

Na forum mojej ulubionej gry, w topiku z dowcipami, pojawił się poniższy i nie mogłam, po prostu żadną siłą nie mogłam się powstrzymać przed zamieszczeniem go tu. Dla mnie bomba :)


Rudy kocur z trudem przebijający się przez zaspy, krzyczy na całe gardło:
- No i q... gdzie?! Pytam was, gdzie jest ta pi...na wiosna, do q... nędzy? Co za po...ny kraj!
- Gdzie dziewczyny, przebiśniegi, świergolenie skowronków?! Choćby ćwierkanie wróbli, choćby krakanie wron... No gdzie to q... wszystko jest?!
- A odwilż kiedy wreszcie przyjdzie? Śnieg z nieba nap...la, jakby ich tam w górze po...ło! Niby ponoć wiosna już jest, q...! Łgarstwo i oszustwo na każdym kroku, q...

...a ludzie słysząc kocie krzyki uśmiechają się do siebie i mówią łagodnie:
- Słyszysz, jak się drze? Wiosna idzie... Kotów nie oszukasz...

piątek, lutego 29, 2008

Śmierć nie powinna być głupia

Rozumiem śmierć na łóżku, gdy choroba lub starość przygną lub zamęczą, bo przyszedł czas.
Rozumiem śmierć w walce, gdy ty lub on, bo takie są prawa dżungli.
Rozumiem śmierć w sprawie, gdy oni mają więcej środków i wygrywają, bo takie jest życie.
Rozumiem śmierć ze zmęczenia, gdy ma się już dosyć i chce się skończyć, bo ma się prawo.

Nie rozumiem głupiej śmierci. Przez przypadek, którego nawet nie da się zakwalifikować do nagród Darwina. No, nie rozumiem i nie zrozumiem. Jasna cholera i w dodatku szkoda...

czwartek, lutego 28, 2008

Narada o poranku

Pół godziny temu zwołałyśmy spontaniczną naradę, aby uchwalić, że dziś już naprawdę i na pewno robimy wiosenne porządki. Podział prac jest jasny i precyzyjny: ja sprzątam, Pimpi pomaga*.

*pomagać - rozrzucać zabawki, wpadać z impetem w środek zamiecionych śmieci, wywlekać co ciekawsze rzeczy i upychać po kątach, uznawać składanie ubrań za zabawę w corridę, napadać na szczotki i mopy etc.

środa, lutego 27, 2008

Normalne...

...że zazwyczaj w czasie problemów nie piszę, do tego wszyscy się już chyba zdążyli przyzwyczaić.

Normalne jest i to, że od czasu do czasu daję jednak głos, aby wrogowie przedwcześnie nie cieszyli się moim hipotetycznym nagłym zejściem z tego padołu nieszczęść wszelakich; przyjaciele bowiem i bez tego wiedzą, że żyję.

Co się dzieje? A nic, uganiam się za zleceniami, żyję skromnie i czekam. W końcu już tyle razy było kiepsko, że zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Gdybym poszła na etat, to nie miałabym ani tych problemów, ani tej wolności. Coś za coś, to też normalne.

Wiosna się budzi po cichutku, więc wyłazimy z małą na coraz dłużej z norki i eksplorujemy dzielnicę. Po knajpkach nie łazimy, ale za to wieczorem, już w łóżku - pogryzamy sobie smakołyki i jest fajnie. Przeszła mi już ta pierwsza panika, więc traktuję nadmiar wolnego czasu jako przymusowy urlop - luz i nadrabianie tego, na co nie znajdowałam wcześniej ani chwili.

Będzie dobrze, zawsze się prostowało - wyprostuje się i teraz.

poniedziałek, lutego 18, 2008

Warszawa, piąta rano

No, właśnie.

Piąta rano, świeżutki, nietknięty śnieg. Ulica też zasypana, biała i gładka. Wokół uśpione domy... Na śniegu zostawiają ślady dwie istoty: mały piesek i wkurzona, niezupełnie ubrana kobieta. Piesek siusia, kobieta klnie cicho... po chwili zawracają, zostawiając kolejne ślady. Wokół ciągle uśpione domy, tylko śnieg zdradzi wypadki, które miały miejsce o piątej rano.

W domu: piesek wraca na swoje posłanie i słodko zasypia, a kobieta siada przy komputerze i wreszcie może napić się kawy. Zapala papierosa, przestaje kląć cicho. Za godzinę pan S. odśnieży podjazd i pewnie bardzo się zdziwi, widząc ślady na śniegu... Zazwyczaj przecież opuszczamy dom dopiero o siódmej.

Mała, proszę, nie rób mi więcej takich numerów, co?

sobota, lutego 16, 2008

Przepis na... dobry humor

Weź jedną trzecią opakowania mrożonych truskawek bez szypułek. Wsyp je do pojemnika takiego miksera, jaki masz. Odstaw do rozmrożenia. Gdy będą miękkie - zasyp cukrem pudrem (tyle ile lubisz, ale w ubiegłym roku truskawki były kwaśne więc sporo - kilka łyżek). Zalej je 30% kremową śmietanką - ok. jednego małego pojemniczka. Zamknij mikser i zmiksuj.

Otwórz mikser, odłóż dwie-trzy łyżki deseru dla pieska, resztę wlej do pucharka i sącz powoli (powoli, bo jest gęsty). Rozkoszuj się. Jak skończysz - daj pieskowi jego porcję i patrz, jak on się rozkoszuje...

Uwaga!
Powyższy przepis gwarantuje dobry humor tylko osobom nie będącym na jakiejś... tfu... diecie ;)

Zimowo, znowu, brr...

I znów to białe ohydztwo pokryło świat. A tak pięknie miało być...

Małej to nie przeszkadza, ale mnie bardzo, bo jestem od kilku dni chora i cztery spacery dziennie w mrozie, wietrze i śniegu raczej nie pomogą mi wyzdrowieć. Opatulam się tak, że nie widać mi nic prócz oczu (oczu zresztą też raczej nie widać, bo noszę ciemne okulary) i łazimy.

Dziś spotkałyśmy ślicznego yoreczka, baaardzo dobrze urodzony, z piękną fryzurką prosto od fryzjera, ubrany w elegancki czarny golf - urokliwe stworzonko. Ale - jak to większość yorków - równie jak ja niezadowolony z powrotu zimy. Doskonale go rozumiem.

Pieski pobawiły się chwilkę, a mnie właścicielka zwierzątka uświadomiła wreszcie w kwestii dziwnych dźwięków, które głośno rozbrzmiewają codziennie w całej okolicy. Te dźwięki to bardzo głośne wrzaski ptaków, które w mieście raczej nie powinny się pojawiać.
Otóż jest to odstraszacz ptaków miejskich, zamontowany na jednym z balkonów. Hmm, ja rozumiem, że można gołębi i innych wróbli nie lubić, bo brudzą... ale za cenę takich efektów dźwiękowych... To już mi lekko trąci patologią.

wtorek, lutego 12, 2008

Trafiony prezent

Dostałyśmy dziś przesyłkę od M. Ja prosiłam go o kupienie mojego ulubionego tytoniu, którego tu ani przez sieć nie mogę dostać, a mała - a mała dostała w prezencie pluszowego jeża.

Przesyłka przyszła przed ponad godziną, a ona nadal się nim bawi. Bardzo trafiony prezent, M. :) Wielkie podziękowania od Pimpi i ode mnie, całujemy :)

poniedziałek, lutego 11, 2008

Widać, że idą walentynki...

Dziś rano byłam świadkiem prześlicznie rodzącej się miłości. Wracałyśmy ze spaceru i nagle mała stanęła jak wmurowana.

Tu muszę pogratulować jej dobrego gustu. Czarny jak węgiel, umięśniony, szczupły, lecz postawny. Mądre, ciemne oczy, zero słów, ale to spojrzenie... no, no. Mnie też się spodobał.

W efekcie przestałam przy cudzej furtce o kilka domów dalej przez chyba kwadrans. A one się czarowały oczami. Wsunęłam rękę przez barierki i pogłaskałam go po aksamitnej mordce. Później przez kilka minut tłumaczyłam im, że tak, co prawda jestem bogiem psiego świata, ale to niestety nie obejmuje możliwości wtargnięcia na teren innych bogów... Ostatnie pocałunki. Kochanie, ja tędy codziennie chodzę, zobaczymy się znów, pa...

Mam nadzieję, że on tam mieszka, bo jeśli nie, to mała będzie miała złamane serduszko, a tego bym dla niej nie chciała...

Chyba odreagowalam...

...mam taką nadzieję, bo przecież starałam się bardzo. Przez cały weekend. Dobrze, że w alkoholizm nie popada się w ciągu trzech dni, bo gdyby się popadało... to miałabym to jak w banku.

Walnęło mnie to zawodowe niepowodzenie mocno i musiałam coś zrobić, a ja w takich wypadkach uważam, że wytaplanie się w błotku jest całkiem niezłym sposobem. Chyba odreagowałam, a jeśli nawet nie, to po prostu przeniosłam punkt ciężkości w inne rejony. Teraz na przykład mam lekkiego kaca i dużo bardziej mnie to obchodzi, niż brak odpowiedzi na mój list biznesowy.

Ja wiem, że niektórzy z was uważają, że są inne sposoby, że tak się nie powinno i że blablabla. Mogę się z tym nawet zgodzić, tak na logikę, bo co mi tam. Ale z drugiej strony znacie mój stosunek do zdrowego trybu życia, do wszelkich sztuczek poradnikowych i w ogóle... To nie jest moje - pójść na jogę. No, za cholerę nie jest. Więc - jak powiedziałam, osiągnęłam dno. Ale to ma jedną dobrą stronę, jak pewnie wiecie. Od dna można się podobno już tylko odbić... Bo na wkopanie się w nie to dziś i tak nie miałabym sił... ;)

piątek, lutego 08, 2008

Na wypadek pożaru...

...zrobiłam kilka rzeczy, które miały być zrobione później, ale czas teraz nagle stał się krótki, więc zrobiłam je teraz. To jedna z nich. Wypowiedzcie sie: czy od biedy może być? Jest niegotowa i nie pytam o stronę wizualną, bardziej o treść.

czwartek, lutego 07, 2008

Jakie to jest piękne...

...jakie to wszystko jest piękne, jakie to jest piękne... w porównaniu :) Tak sobie podnucam, bo zaliczyłam dwie części kilerowe.. A poza tym to nawet dość adekwatne do sytuacji.

Ciekawe dwa dni. Bardzo ciekawe. Zakończone kabaretem w stylu mocno telenowelowym. Nie pytajcie o szczegóły. Zdradzę je przecież i tak tylko wybranym. Ale zdradzę, więc upoważnieni mogą sie zgłaszać.


Ale nie o tym chciałam... Chciałam o tym, że w ciągu tych dwóch dni u W. mała była (jak na nią) wyjątkowo przyjazna aparatowi i udało mi się zrobić dużo dobrych zdjęć. Zamieszczam tu technicznie chyba najgorsze, ale treściowo... kocham ją właśnie za to, że w życiu jest taka, jak na tym zdjęciu. I jeszcze raz przepraszam za niedostatki techniczne. To w całości wina moja i sprzętu, nie jej. Widzicie? Ona w tych oczach ma mądrość. Ona ją ma. Nawet tak kiepskie zdjęcie tego nie zepsuło.

środa, lutego 06, 2008

Było o rozpuszczaniu...

...a tutaj jest, jak łatwo i przyjemnie osusza się małe pieski ręcznikiem...


:)

A... i jeszcze jedno...

...gdybyście jeszcze tego nie wiedzieli... Jeśli coś jest naprawdę nie tak, to człowiek zawsze, ale to ZAWSZE jest sam. Z tym wszystkim. Zawsze. Sam.

Przejebane (sorry za słownictwo)

No, to szlag trafił stałą pracę i stałą pensję. Bo ktoś wymiękł, nie słuchając moich sugestii... Takie życie freelancera.

Szkoda, że pół miesiąca temu mnie o tym nie poinformowano, bo - jak sądzę - decyzje zapadły już wtedy. Nie szalałabym wtedy tak z zakupami... no, ale cóż - takie życie freelancera.

Szkoda, że q...wa, ludzie nas nie słuchają, choć siedzimy w tym od dawna i lepiej to znamy, niż oni mówią po polsku... No, ale takie jest, q...wa, życie freelancera.

Zaczynamy od... no cóż, zaczyna się zawsze od początku. Taki już los freelancera.

Teraz to już niech ci, co mnie lubią - myślą ciepło. A ci co nie... laleczki voodoo zadziałały. Gratulacje. Ale ja jeszcze nie skończyłam... :)

wtorek, lutego 05, 2008

Domowe leczenie - skuteczne

W niedzielę świeciło przepiękne słońce, więc ubrałam się niestety na pogodę, którą widziałam, a nie na temperaturę, która panowała. Usprawiedliwia mnie brak zewnętrznego termometru. Nie usprawiedliwia zaś to, że gdy po chwili poczułam, jak jest zimno - nie wróciłam, aby się przebrać. A ponieważ pobliski sklep był nieczynny, więc krótki spacer przerodził w dłuższą wyprawę. No i...

...wróciłam sztywna z zimna, po czym - jak wiecie - rozpuszczałam Pimpi. Popełniłam kolejny błąd, bo trzeba było do niej dołączyć i też się porozpuszczać. Efekt kilku skumulowanych błędów - dreszcze, gorączka, kaszel... nie było dobrze.

Sprawy zdrowienia nie ułatwiał fakt, że mam wstręt do farmaceutyków wszelakich (ale to już raczej nie jest błąd), więc wczoraj nakupiłam owoców południowych, zrobiłam sobie esencjonalny rosół, skonsumowałam to wszystko; na koniec popiłam gorącym piwem z miodem i świeżym imbirem i walnęłam się do łóżka. Podziałało. Może nie jestem jeszcze w szczytowej formie, no ale w porównaniu...

Sposób leczenia wypróbowany, polecam go więc równie lekkomyślnym, jak ja, istotom. A tak w ogóle, to ja już chcę wiosny, proszę...

poniedziałek, lutego 04, 2008

Qiliada po remoncie

Sypał mi się blog graficznie, ale na szczęście W. fachową ręką ponownie zaprowadził na nim ład. Bardzo dziękuję :)

niedziela, lutego 03, 2008

Rozpuszczone maleństwo

W ten właśnie sposób, proszę państwa, rozpuszcza się małe pieski, które zmarzły na porannym spacerze:

piątek, lutego 01, 2008

Ale numer :)

Wczoraj odwiedził nas W., jak to już od kilku dni ustalaliśmy. Wypiliśmy trochę piwa, potem kolacja, a później... Nasz tandem - występując w jednym czasie i przestrzeni - zazwyczaj tworzył ciekawe sytuacje (ciekawe, jak ciekawe, czasem straszne, czasem śmieszne). I wczoraj też stworzył, a jakże.

Niebacznie rzucona przeze mnie w powietrze propozycja, została podchwycona przez W., od tego momentu czas się zatrzymał, za to wypadki następowały błyskawicznie. Taksówka, zapas jedzenia dla małej, jazda nocą do niegdyś ulubionej knajpki, tam fajne powitanie, piwo, opowieści, śmiech. Daliśmy małej zagrać na automacie, wygrała kasę na kostkę z wapniem, bestiątko :) Szczęście neofitów :)

W efekcie wylądowaliśmy - też zgodnie z wcześniej podjętym zamiarem - u W. No i, póki co, jeszcze nie wystartowałyśmy z powrotem :) Dom wariatów, ale jest super. Na razie mała wtula się w pracującego na jednym kompie W., a ja mogę to wszystko opisać na drugim...

czwartek, stycznia 31, 2008

Suplement do kwestii telefonów

W związku z pełnymi ciekawości pytaniami, któż to taki - tych pięcioro szczęśliwców, już mówię, co by nie powtarzać znów:
- moja mama
- moja szefowa
- moja przyjaciółka
- mój były przedostatni
- mój były ostatni
:) I to by było na tyle :)

Urodziny Pimpi

W ubiegłym roku podjęłam kilka ważnych, życiowych decyzji, były dobre - jak pokazał czas. Jedną z najlepszych okazała się ta o wzięciu Pimpi.

Nigdy nie pisałam, jak to było. Od dłuższego czasu myślałam o piesku, długo się zastanawiając, czy przy moim trybie życia to dobry pomysł. W końcu doszłam do wniosku, że dam radę. Zaczęłam więc poszukiwania i znalazłam ją, a jakże - przez internet; na zdjęciu zrobionym telefonem niewiele było widać. Zamówiłam taksówkę, pojechałam i zabrałam ją do domu. Była lekka jak kłębek włóczki (później się okazało, że z powodu niedożywienia). I się zaczęło... weterynarz, noce w kawałkach, kałuże, problemy z jedzeniem, podrapane i pogryzione rzeczy i ręce... Tego zdjęcia nigdy tu nie pokazywałam - to pierwsze, zrobione zaraz po przyniesieniu jej do domu i jej pierwsza zabawka ze szmatki :)

Mijał czas, piesek rósł, mądrzał i zmieniał się w oczach - ale z tym byliście na bieżąco :)
Wczoraj Pimpi skończyła rok. Urodziny spędziłyśmy na objadaniu się smakołykami, na spacerach i zabawie.

Podsumowanie tego roku? Mam wspaniałego, uśmiechniętego, mądrego, przyjaznego światu pieska. Nie ma dnia, abym nie cieszyła się z jej obecności. Nigdy, nawet przez moment, nie żałowałam, że ją wzięłam. Przez cały ten wspólny czas praktycznie się nie rozstawałyśmy. Staram się nie bywać tam, gdzie nie mogę jej zabrać - tym bardziej, że jest znacznie więcej miejsc, w które mogę. Daję jej dużo, lecz dostaję od niej chyba jeszcze więcej. I mam nadzieję na wiele wspólnych lat, równie dobrych, jak te minione miesiące.

A to Pimpi na fotografii zrobionej przez W., już w nowym domu, przed kilkunastoma dniami. Lubię to zdjęcie, bo w pełni oddaje jej charakter :)

środa, stycznia 30, 2008

O korzystaniu z telefonu

Mam telefon komórkowy, oczywiście że mam. Płacę za niego, więc mam. Mam dla siebie, bo jest mi potrzebny. Niektórym ludziom wydaje się jednak, że mam go dla nich. Nic bardziej błędnego.

Dlatego - zmuszona okolicznościami - piszę tu do wiadomości tychże błądzących, jakie są zasady telefonowania do mnie:
1. Między 9. rano a 21. wieczorem. Ani minuty przed i ani minuty po. To dotyczy również sms-ów.
2. Nie uznaję pogaduszek telefonicznych o niczym. Jest wiele osób, które to uwielbiają - wystarczy wystukać inny numer.
3. Jeśli ktoś umie pisać, to lepiej aby napisał sms-a; jeśli nie umie - trudno, niech mówi.
4. Aby załatwić ważną i skomplikowaną sprawę wystarczy minuta. Aby załatwić mniej ważną - pół.
5. To, że ktoś ma mój numer telefonu (a wiele osób ma), nie oznacza, że automatycznie jest właścicielem mojego czasu i uwagi. Nie jest.

Powyższe zasady nie dotyczą jedynie 5 (słownie: pięciu) osób w całym wszechświecie. Z tym, że z nimi akurat raczej problemów nie ma i nic im nie trzeba tłumaczyć.

No dobrze, napisałam, ogłosiłam publicznie, teraz będę już z czystym sumieniem egzekwować. Dziękuję za uwagę.

P.S. Ci, którzy mnie znają, na pewno już się domyślili, iż ktoś doprowadził mnie do furii, skoro napisałam jak napisałam. Dobrze się domyślacie.

Norka Qilii i Pimpi - fotoreportaż





niedziela, stycznia 27, 2008

Trening czyni mistrza...

...dlatego już jestem. Tylko trzy razy falstartował, zanim zainstalował za czwartym... A teraz instaluję, restartuję, instaluję, restartuję - no, fascynujące zajęcie :)
Ale mam świat i tylko to się liczy. A jutro zrobię fotki domku i wreszcie będę mogła je wrzucić tu - taką wirtualną wycieczkę z Pimpiakiem w tle (jeśli zapozuje, bo to nie jest wcale takie pewne).

Znikam... i mam nadzieję wrócić

Za chwilę znikam ze świata, co przekłada się na formatowanie dysku oraz reinstalację systemu. Po wymianie płyty głównej jednak parę rzeczy nie chce działać, więc trzeba to zrobić.
Niby dobrze się przygotowałam, ale... wiadomo, jak to jest. No, nic. Trzeba, to trzeba. Do roboty!

Realistka Roku

Usłyszałam dziś, że w plebiscycie na realistkę roku otrzymałabym niezaprzeczalne pierwsze miejsce. Odbieram to jako komplement :)

sobota, stycznia 26, 2008

Dom

Dzisiejszy poranek przyniósł kolejne przemeblowanie, bo jednak coś było nie tak. Męczące - bo które to już z kolei, ale teraz jest tak, jak trzeba - nareszcie. Potem zakupy - nabyłam ostatnią rzecz, jakiej mi jeszcze brakowało: serwis na sześć osób, taki obiadowo-śniadaniowo-kawowy czyli załatwiający moje wszelkie w tym zakresie potrzeby.

Obie te sprawy poprawiły mi humor i dziś w końcu - po raz pierwszy od przeprowadzki, patrząc na zginane wichurą drzewa za oknem, pomyślałam: jestem w domu.

Mała leży obok biurka - na swoim dziennym posłaniu (bo przecież w nocy śpi ze mną). Wystarczy mi opuścić lewą dłoń i już wsuwam palce w jej futerko... Tak, jesteśmy w domu.

piątek, stycznia 25, 2008

Uff...

...meble dowieźli, kolejne przemeblowanie za nami. Mam nadzieję, że na dłuższy czas już tak zostanie. Pimpi padła jak Pluto, a ja czuję się trochę zbyt zmęczona, aby zasnąć... może piwo pomoże?

Ogłoszenie - kupię mieszkanko

Ogłoszenie jak najbardziej na poważnie. Ewentualne oferty proszę wysyłać e-mailem.

Mieszkanko powinno być pod Warszawą, niewielkie - kawalerka i niezbyt drogie. Jest jednak parę warunków, które powinno spełniać bezwzględnie:
- być koniecznie w bloku z windą, na wysokości od czwartego piętra w górę
- mieć mały balkon lub chociaż takie drzwi z barierką (nie wiem, jak to się fachowo nazywa)
- no i forma własności - hipoteczna z księgą wieczystą.
Pod Warszawą to nie oznacza bardzo bliskiej odległości - może być nawet ok. 100 km.

Jeżeli ktoś coś takiego ma lub wie, że ktoś ma do sprzedania, to proszę o kontakt. Sprawa pilna, finalizacja najlepiej jak najszybciej, płatność gotówką. Popytajcie, proszę, może akurat...

W stolicy szybko się żyje

Tak, proszę państwa, bardzo szybko.

Każdy dzień jest za krótki, a ja zbyt zmęczona, aby go przedłużyć... Praca, meblowanie, sprzątanie, ogarnianie świata wokół siebie, poznawanie terenu, zakupy (znów mnóstwo rzeczy okazało się potrzebnych). A po za tym to jeszcze człowiek chciałby trochę pożyć - tak na luzie. Nie da się. Póki co się nie daje...

Każdego dnia coś się dzieje, a czas pędzi jak zwariowany. Ale fakt, że powoli chociaż efekty widać - to pocieszające. Przynajmniej nadzieja, że wariactwo jednak powoli się kończy, a potem będzie już normalne życie. Czyli znów tęsknię do normalności, już tak bywało...

Pimpi wariactwo i przewalające się tłumy bardzo służą, ona to lubi, w przerwach odsypia i znów jest gotowa na nowe wyzwania :)

poniedziałek, stycznia 21, 2008

Zmiany

Gorylek i miś zostały dziś nieodwołalnie przeze mnie skonfiskowane. W zamian kupiłam małej pluszową kostkę i gumowego krokodylka. W związku z tymi zmianami na razie na pokładzie trwa bunt załogi. Transparenty z napisami: "Wolność gorylom", "Oddaj misia tyranie", "Precz z podmienianiem zabawek". Strajk głodowy i pogardliwe milczenie. OK. Ja mam czas, ja przeczekam :)

Zmiany dosięgnęły i mnie. Fryzjer. Nawet ujdzie, nie narzekam, ale tak naprawdę, to okaże się po kilku dniach... Zaraz idę zasięgnąć opinii, jak wyglądam. Zbuntowaną załogę zabieram ze sobą.

sobota, stycznia 19, 2008

Horror (tylko dla odpornych)

Pimpi zabiła goryla. Robiła to powoli, mała bestia...

Najpierw wyłupiła mu oczy i odgryzła nos, później wyrwała czarny język, a potem przełyk; sięgała coraz głębiej, aby w końcu wywlec po kawałku kłęby jego białych wnętrzności i rozrzucić je w furii po podłodze... Na tym ją zastałam.

Zastałam to złe słowo. Cały czas byłam w pokoju i pracowałam. Piesek zachowywał się wyjątkowo cicho, co już powinno mnie zaalarmować - wiadomo przecież, że cisza w trakcie zabaw psich i dziecięcych, to bardzo zły znak, zwiastujący kłopoty.

Jak wspomniałam, gorylek zabijany był długo, kilka miesięcy. Kilka razy interweniowałam z igłą w dłoni. Ale dziś, gdy spojrzałam na podłogę zasłaną kłębami białej syntetycznej waty, zrozumiałam że nadszedł kres jego życia...

W poniedziałek trzeba będzie kupić nową zabawkę.

P.S. A może nawet dwie. Miś bowiem od pewnego czasu coś źle wygląda...

czwartek, stycznia 17, 2008

Spotkania z przyrodą

Właśnie wróciłyśmy z zakupów, uprzednio odkrywszy kolejne centrum handlowe w bliskiej okolicy.

Najciekawiej jednak było w drodze powrotnej... Bo mała po raz pierwszy w życiu zobaczyła konia. Uznała więc, że pies tej wielkości, to już naprawdę przesada. Dała temu wyraz tak wymownie, że robotnicy na pobliskiej budowie o mało nie pospadali z rusztowań. Innymi słowy dałyśmy kabaret - tylko koń zachował spokój :) Jakby tego było mało, za dwie minuty - gdy szłyśmy już naszą ulicą, pojawił się kolejny: ten jechał za nami, w tym samym kierunku co my, czyli gonił biedną Pimpi. Kabaret się powtórzył, tym razem przed większą publicznością :)

A swoją drogą, to trochę dziwne, że pieska z prowincji trzeba było przywieźć aż do stolicy, by wreszcie zobaczył, jak wygląda koń.

środa, stycznia 16, 2008

Tak, jestem cyborgiem

To już pewne na sto procent. Żaden normalny człowiek (od bardzo niedawna jednoręki, więc nieprzyzwyczajony do tego stanu) nie zrobiłby dziś tego, co ja.
Skończyłam rozpakowywanie, poprzestawiałam trochę meble, posprzątałam... A potem rozejrzałam się i zdziwiłam, bo nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko moja robota - bez żadnych krasnoludków. Jestem cyborgiem.

Wpadłyśmy wczoraj z małą do pobliskiego baru na jedno piwo. Już wcześniej upewniałam się, czy mogę z nią przyjść, ale musiałam też sprawdzić, jak ona będzie się zachowywała. Było w porządku, bardzo się wszystkim spodobała i była grzeczna. Mamy stałe zaproszenie - bar fajny, bo i piwko i polska kuchnia, ładny wystrój, przyjemna rodzinna atmosfera - czego chcieć więcej, zważywszy iż mieści się w odległości pięciu minut bardzo wolnego spaceru, takiego z obwąchaniem każdego krzaczka :)
Pimpi szczekała tylko na stół od piłkarzyków - straszny był, duży, ruszał się i wydawał dziwne dźwięki. Nikomu to poszczekiwanie jednak nie przeszkadzało, a poza tym jeden z klientów stwierdził, że ona się wcale stołu nie boi, tylko kibicuje jemu, bo zawsze gdy szczekała - wygrywał :)

wtorek, stycznia 15, 2008

Nie mam łapy

Jak nie urok, to... oblanie wrzątkiem.

I nie mam łapy, niby tylko lewej, ale - jak się okazało - to bardzo potrzebna łapa. W zasadzie do wszystkiego. Bolało jak jasna cholera, nadal boli, ale już nie tak, jak w nocy. Moment na takie wypadki to sobie wybrałam wyjątkowo niesprzyjający.

Zgodnie z moją teorią, wypadek świadczy o tym, że jeden z gorszych miesięcy mojego życia właśnie się zakończył. Teraz będzie już tylko lepiej.

poniedziałek, stycznia 14, 2008

Zupełnie nie rozumiem

Mam tyle pracy na głowie, tyle spraw. Zupełnie nie rozumiem, jakim cudem mam taki humor, jaki mam. A mam szampański. Nie powiem, że mi z tym źle...

Zmieniamy nomenklature

Musze pozmieniać, bo panowie M. się mylą i w końcu nie wiadomo o kim piszę. Tak więc - właściwy M., ten z którym się rozstałam - pozostaje M.

Drugi M., ten z Warszawy, od przeprowadzki i kurtuazyjnych sms-ów będzie od teraz FC co jest skrótem od LS. FC to flying cat, a ja to kiedyś przerobiłam na latającego sierściucha... Mam nadzieję że udało mi się tą notką coś wyjaśnić...

Ewka i takie różne sprawy

Miałam do niej nie iść wczoraj, bo zmęczona - nie bardzo miałam siłę, nie wiedziałam jak dojechać, ale... ona tak zapraszała. A to w końcu moja jedyna, długoletnia przyjaciółka. Tak więc podjęłam męską decyzję i zamówiłam taksówkę. Nie bardzo mnie stać, ale... ten jeden raz (znaczy dwa, bo powrót).

Kupiłam wino na stacji BP - kierowca w tym czasie opiekował się Pimpi - wywołałam E. przez okno (domofon nie działał, a komórki zapomniałam zabrać, bo się ładowała) i już po chwili wpadłam w objęcia E. A raczej wpadłyśmy, bo Pimpi jest niezawodna w zjednywaniu sobie ludzi. Potrzebowała więc jakiejś półtorej sekundy, aby podbić serce E.

Pewnie wiecie, jak wygląda spotkanie dwóch kobiet po kilku latach niewidzenia. No, jasne. Gadają i to jedna przez drugą, o rzeczach byłych, obecnych i przyszłych. Gadają, piją, gadają, jedzą, gadają, gadają...
Ja - wstrętne, nielojalne stworzenie - zawiązałam koalicję z synem E. przeciwko jej poglądom na temat sieci, studiów, zarabiania oraz muzyki... Ona - wstrętne, nielojalne stworzenie - zawiązała koalicję z Pimpi przeciw moim poglądom na tematy wychowawcze i żywieniowe. Było świetnie. Wróciłyśmy po 23 w cudownych humorach i zaraz walnęłyśmy się do łóżeczka, aby spać - tu uwaga! dooo... *proszę wstrzymać oddech* 9. z minutami (tak, tak! pierwszy raz od wieków) gdy obudził nas jakże kurtuazyjny w treści sms od M.: GO SKYPE! No to co miałam zrobić? Wstałam i weszłam... ;)

niedziela, stycznia 13, 2008

Warszawa - pierwsze wrażenia

Pierwsze wrażenie jest takie, że obie padamy na mordki. Ale od początku...

Na wstępie muszę publicznie pochwalić małą, która w czasie 350 km podróży zachowywała się wspaniale. Nie sprawiała żadnych problemów, anioł po prostu. Oboje z kierowcą byliśmy pod wrażeniem, a szczególnie ja, ponieważ naprawdę obawiałam się kłopotów.

Mieszkanko fajne, wrzucę zdjęcia, gdy już je ogarnę, bo na razie panuje potworny przeprowadzkowy bałagan: worki, śmieci, pudła... Byłoby dużo gorzej, gdyby nie wspaniali W. i M., którzy nosili, rozpakowywali, poili mnie piwem, opiekowali się Pimpi, przestawiali meble, podłączali wszystko i jeszcze na dodatek wspierali mnie na duchu. Wielkie podziękowania, słoneczka :)

W południe wybrałyśmy się z małą na rekonesans i po zakupy. Biedne maleństwo przeżyło traumę, bo... To willowa ulica w środku blokowisk, w prawie każdym ogródku co najmniej jeden pies, a często więcej... no i psy - małe, duże i ogromne (a nie oszukujmy się - dla niej duże są wszystkie większe od maltańczyka) rozszczekały się strasznie, rzucały się na ogrodzenia, niektóre wyły. Mnie przypominało to wizytę w schronisku - psy na kratach i jazgot... Pimpi natomiast była przerażona, biedna mała... Mam nadzieję, że po kilku takich spacerach zwierzaki stracą zainteresowanie nową sąsiadką, a ona przestanie się bać.

Wiemy już, gdzie jest dobry sklep, gdzie klinika weterynaryjna, psi fryzjer i najbliższe miejsce do spacerów - czyli wiemy najważniejsze rzeczy. Poznałyśmy jednego psiarza i jednego ochroniarza :) Nadal nie mam pojęcia jak (wyłączając rower i taksówki) dostać się do centrum. Muszę sobie chyba kupić plan miasta... ale wstyd :)

sobota, stycznia 12, 2008

Ostatni post z Gliwic

Czekam właśnie na M., który już tu jedzie i będzie za kilkanaście minut razem ze zgarniętymi po drodze kartonami. Zaraz potem zabieramy się za pakowanie. O dziewiątej ma być kierowca, po kolejnej pół godzinie właściciel mieszkania, zaraz potem wyruszamy.

Jeśli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, to w Warszawie powinnyśmy być pomiędzy 15 a 16. A jeśli wszystko pójdzie naprawdę dobrze, to jeszcze dziś wieczorem może wstawimy tu notkę.

piątek, stycznia 11, 2008

Wracam...

...i dziękuję tym, którzy cieszą się z tego powodu i dali mi znać, że się cieszą.

L., E., (damy przodem...) P., pierwszemu M., drugiemu M. i trzeciemu M. (dużo was na tę literę, a nawet dwóch ma to samo imię) J. i W. (znanemu w pewnych kręgach jako Eks). Tak miło było odbierać telefony i smsy :) Do zobaczenia. Z niektórymi już jutro, z innymi pojutrze... neverending impreza sie zapowiada... wytrzymam? No. A większość wreszcie zobaczy Pimpi na żywo...

A jednak Bóg czuwa...

...nad wariatkami :)

Mamy domek, malutki, ale mamy :) No, to nie wyprowadzamy się pod most... jak miło :) Jutro jazda, a wieczorem najprawdopodobniej już dam tu znać, jak było. To pa :)

środa, stycznia 09, 2008

Hardcore ;)

No, moi drodzy, nie ma to, jak być prawdziwym twardzielem... W sobotę o 9 rano przyjeżdża samochód po nas i po rzeczy. W tę sobotę - czyli za dwie i pół doby. A ja w tej chwili jeszcze nie wiem, jaki adres docelowy podam kierowcy... Taaa...

Kontrolnie wypełniłam dziś rzeczami pierwszy worek... E, tam worek. Nie worek, tylko wór 120-litrowy. Myślicie, że coś ubyło? A skąd - przybyło - przecież stoi wielki wór w szafie i przeszkadza :) Jak przy każdej przeprowadzce, nagle okazuje się, że rzeczy są nieprzebrane ilości - a przecież tak niedawno wszystkiego mi brakowało.

Oczywiście gorączka przeprowadzkowa coraz bardziej przypomina klasyczną histerię, a sytuacji nie polepszają oglądający, których przysyła właściciel. Po co mi to było? Mogłam sobie tu mieszkać do końca świata. Ale z drugiej strony - stęskniłam się za Warszawą i gdzieś tak bardzo głęboko w środku cieszę się, że wracam. Tylko pod który most?

poniedziałek, stycznia 07, 2008

...i przekombinowałam...

Tak wybierałam, przebierałam, negocjowałam, kombinowałam, że... muszę zaczynać wszystko od nowa. Moje gratulacje, Qilio - mistrzostwo świata... a czas się robi coraz krótszy. Pocieszającym więc w tym wszystkim jest fakt, iż Warszawa dysponuje całkiem pokaźną liczbą mostów, pod którymi można koczować. Tyle, że pora roku średnio koczowaniu sprzyjająca...

Jak to było? Trzeba być twardym jak ninja, a nie miętkim jak glizda ;) Jjjasne. No to do roboty!

piątek, stycznia 04, 2008

Gorące dni

Poszukiwanie mieszkania w pełnym rozkwicie. Jeszcze nie wiem gdzie, jeszcze nie wiem które, jeszcze nie wiem od kiedy, ale już na pewno wiem, że do 20. stycznia gdzieś muszę się przeprowadzić, bo wymówiłam mieszkanie i internet tutaj od tegoż dnia. Czyli wykonałam skok na głęboką wodę i odwrotu już nie ma :)

Denerwuję się oczywiście bardzo i o wszystko, o co się tylko da... Typowa psychoza okołoprzeprowadzkowa. Chciałabym to jak najszybciej mieć za sobą i zabrać się spokojnie do pracy. W ten weekend mam zamiar popakować większość rzeczy. Transport już mam zamówiony, pozostaje mi tylko ustalić konkretną datę i godzinę.

W tygodniu popracuję na zapas, bo cholera wie, na ile dni przeprowadzka odetnie mnie od świata. Ideałem byłoby, gdyby wcale, no ale - jak wiadomo - idealnych sytuacji nie ma. Myślcie o mnie ciepło - przyda mi się :)

wtorek, stycznia 01, 2008

Pożegnania

Spędziliśmy z M. i Pimpi wspólnie ostatnie dwie doby. Udał nam się sylwester. Pierwszy i ostatni w tym składzie.

Rozstaliśmy się z M. już w połowie grudnia, lecz celowo nic tu nie pisałam na ten temat, wówczas wiedziało tylko kilka najbliższych osób. Musieliśmy dojść do siebie, nie czas był więc na blogi i publiczne wywnętrzenia.

Nikt nikogo nie rzucił, byliśmy razem - jak w założeniu, które przyjęliśmy na początku - do końca magii. Zjadła nas codzienność, ale i tak wzięliśmy ze wspólnego ponad półtora roku to, co najlepszego było do wzięcia. To był wspaniały czas i bardzo ważny. Skończyła się magia, lecz nie skończyła się nasza przyjaźń. Nadal się spotykamy, a kontakt utrzymamy - jak sądzę - przez lata. Już niedługo będzie on taki jak kiedyś - jedynie internetowy, więc teraz korzystamy z osobistego, póki jeszcze możemy.

Ja wrócę do Warszawy, w końcu to jest moje miasto i ani Krakowa, ani Gliwic nie polubiłam na tyle, aby chcieć w nich żyć. M. zostanie tu, ale mam nadzieję, że zgodnie z naszymi planami odwiedzi mnie w lecie; obiecałam pokazać mu tę nieoficjalną stronę stolicy :)

Teraz daję ogłoszenia o poszukiwaniu mieszkania, na jakieś tam odpowiadam. Coś znajdę, wcześniej czy później - mam czas. Pimpi jedzie oczywiście ze mną, aby zostać Warszawianką lub Podwarszawianką całym pyszczkiem. Jestem w trakcie poszukiwań, więc częściowo już żyję przeprowadzką. Nie będzie łatwa: sporo rzeczy, kilkaset kilometrów, logistyka - aby nie było przerw w pracy, potem rozpoznanie terenu, bo nie mam jeszcze pojęcia w jakim konkretnie punkcie osiądę. Ale wszystko w końcu wróci do normy - jak zawsze wraca.

To był dobry rok i ten też będzie dobry :)

czwartek, grudnia 27, 2007

Poświątecznie

Choć przechorowałam całe święta (i ciągle jestem chora), to i tak uważam, że były najspokojniejszymi i najsympatyczniejszymi świętami od wielu lat. A jak się tak dłużej i głębiej zastanowić, to może nawet - najlepszymi ze wszystkich, jakie pamiętam.

Wniosek: przeanalizować, dzięki czemu takie były i spróbować powtórzyć za rok. Przeanalizowałam, zapamiętam, ale czy da się powtórzyć? Zobaczy się w swoim czasie.

A teraz trzeba jakoś wreszcie wyzdrowieć, bo to zły moment na chorowanie. Pod warunkiem, że istnieją na to dobre momenty...

piątek, grudnia 21, 2007

Wyjaśniam

W związku z zaniepokojonymi pytaniami, które dotarły do mnie za pośrednictwem komunikatorów, spieszę wyjaśnić również innym - poprzednia notka była tak lekko z przymrużeniem oka. Bardzo lubię tę osobę, bo jest naprawdę urocza, lecz preferencji w żadnym wypadku nie zmieniłam. To tyle tytułem wyjaśnienia :)

piątek, grudnia 14, 2007

Zakochałam się

Naprawdę. W czyjejś myśli, uśmiechu i w tym, jak pojmuje rzeczy zabawne. W inteligentnych oczach, które często zdają się rozumieć prawie wszystko.
Zakochałam się w kobiecie. No, dom wariatów, czyż nie? Ale to naprawdę jest kobieta - nie "kobietka". Jest podobna do mnie, twarda i myśli. Czy można się było nie zakochać, spotkawszy alter ego młodsze o prawie ćwierć wieku? No, nie można było.

Pimpi też się zakochała i chyba M. również odrobinę.., i wcale im się nie dziwię, ani troszkę. I tak w ogóle myślę sobie, że już można spokojnie umrzeć, skoro takie istoty się urodziły i przejmą to wszystko, czego nie było czasu zrobić. Jak to dobrze. Świat będzie trwał i miał się nieźle...

W sumie tylko żałuję, iż ta osoba zostanie lekarzem od ludzi, a nie od zwierzaków. Na ludziach aż tak mi nie zależy a na zwierzętach - owszem.

No i fajnie, że się zakochałam. Tak dobrze i miło jest móc kogoś kochać/lubić bez zastrzeżeń.

środa, grudnia 05, 2007

Tłumaczę się z ciszy...

...po raz kolejny.

Tym razem powodem milczenia jest znów praca, ale trochę inaczej to ujmę. Otóż piszę sporo felietonów które, z zasady, przedstawiają subiektywne podejście do różnych tematów. Czyli coś jak blog. No i "wypisuję się" w nich trochę, przedstawiając swoje poglądy, spojrzenie i takie tam. Tu zostaje relacjonowanie codzienności, co jest raczej mało fascynujące dla większości czytelników.

Niemniej zainteresowanych informuję, iż:

- ze względu na polepszenie się moich finansów, dokonałam paru zakupów do domu - garnuszki, kubeczki, drobiażdżki i - gwiazda kuchni - wolnostojący piekarnik (ten w kuchence nigdy nie działał)
- w związku z powyższym moja kuchnia znów nabrała rumieńców, taki piekarnik pozwala na rozszerzenie menu, z czego korzystam do upojenia
- mała została zaszczepiona przeciw wściekliźnie oraz dostała nowe jedzenie, już naprawdę z najwyższej możliwej półki
- mało wychodzimy, jeśli nie ma śniegu, bo jest przepaskudnie i nawet zabawa patyczkami na podmokłej łące nie jest zbyt miła
- czekają mnie święta, których w ogóle nie lubię z zasady, więc wolałabym, aby magicznym sposobem był już styczeń (a jeszcze lepiej marzec, bo bliżej byłoby do wiosny)
- znów mi pomysły jakieś łażą po głowie, niekonkretne toto, ale... kto wie, co się okaże
- wizytówki sobie wreszcie sprawiłam osobiste, bo dawanie pokreślonych starych trochę mnie już zaczęło wkurzać

No i to chyba byłoby na tyle... Sami widzicie, że nic specjalnego, żadnych fajerwerków, codzienność szara jak ta jesień... Ale nie jest źle :)

poniedziałek, listopada 26, 2007

Lubię poniedziałki

Ostatnie dwa tygodnie były wyjątkowo męczące - problemy ze zdrowiem Pimpi, bardziej intensywne życie towarzyskie (w tym pierwsze od lipca ubiegłego roku spotkanie z Eks), a przede wszystkim sporo nowej zupełnie, a bardzo intensywnej - pracy.

W piątek popołudniu padłam; przez cały weekend zrobiłam wszystko co mogłam, aby odpocząć, odreagować, nabrać sił... Udało się, cieszę się z poniedziałku i nowego tygodnia, mam energię, pomysły i chęci :) Pimpi też już jest w dobrej formie, jeszcze na diecie, ale to już tylko dziś. Zamówiłam dla niej nowe jedzenie, tamtego już nie odważę się kupić - boję się powtórki.

Generalnie dobrze... Nie pisałam nic o nowej pracy, bo było za wcześnie, ale teraz już mogę. Podoba mi się, bo - pomijając względy finansowe, korzystniejsze od poprzednich - tematyka jest mi bliższa, no i szefowa bardziej komunikatywna, jakoś się dogadujemy - lepiej, niż z poprzednim pracodawcą.
Dam tu link do tego portalu, ale dopiero za jakiś czas, bo portal jeszcze jest w fazie dopracowywania - programistycznego głównie. Opiera się na bazach danych i jeszcze trwają prace nad nimi.

Jest dobrze. Wystarczyło trochę spokoju finansowego i wewnętrznego, a już zupełnie inaczej się czuję. Niech tak będzie :) Na razie nie potrzeba mi nic więcej.

niedziela, listopada 25, 2007

Tak zaczynam dzień

Lubię te chwile dnia. Dnia lub nocy - bo dla niektórych to jeszcze głęboka noc. Budzę się o 4:30, włączam komputer, zapalam papierosa i robię sobie pierwszą kawę.

O tej porze roku na zewnątrz jest zupełnie ciemno. Dziś dodatkowo krople deszczu uderzają o parapet... Zapalam świeczkę pachnącą wanilią. W dużym budynku naprzeciwko świeci się tylko w dwóch oknach. M. jeszcze śpi, a obok niego, na mojej poduszce - oczywiście Pimpi, która przywitała się ze mną, ale potem jak zwykle stwierdziła, że trzeba jeszcze trochę pospać.

Przeglądam pocztę i newsy z nocy, zaglądam do Cantr, odpowiadam na listy, robię sobie kolejną kawę. Jest już 5:15. Zanim o 6. obudzi się M., zdążę napisać kolejny artykuł z cyklu, jeszcze raz lub dwa wejść do Cantr oraz przejrzeć depesze prasowe z wczesnego poranka. Wtedy świat powoli też zacznie się aktywizować (no, może nie dziś, bo niedziela - ale w zwykłe dni tak jest).
O 7. zadzwoni mama z tekstem - Nie obudziłam cię przypadkiem? - tu ja się zwyczajowo oburzam, a ona ciągnie - No, wiem, wiem, tak tylko chciałam cię troszkę podenerwować... ;)
Dopiero o 7:30 mała zacznie domagać się spaceru, ale wtedy to ja już od dawna będę ubrana i gotowa od wyjścia.

Czasem zdarzają się humorystyczne sytuacje związane z moim wczesnym wstawaniem - na przykład jeden z moich korespondentów długo był przekonany, iż żyję w innej strefie czasowej :) Inna osoba, widząc mnie dostępną na GT, powiedziała ze współczuciem - Biedna ty, a ja narzekam, że mam na szóstą do pracy...
Mało kto jest w stanie pojąć, że ja naprawdę bardzo lubię te poranki z ich ciemnością i ciszą, a nawet deszczem. Gdy nikt nic nie chce ode mnie, a ja czuję się, jakbym była jedyną żywą istotą na świecie... Zresztą w ciągu tych trzech godzin jestem w stanie zrobić więcej, niż w pięć późniejszych.

Już 5:30. Za dwie godziny powoli zacznie budzić się świat...

czwartek, listopada 22, 2007

Nie-na-wi-dzę!

Nienawidzę, gdy choruje zwierzę. Dostaję szału z bezsilności własnej i lekarzy. Nie śpię i wariuję...

Mała znów zachorowała, dałam tabletki (zostały z poprzedniego razu), przestawiłam na dietę, wczoraj było już na tyle dobrze, że zaczęła jeść normalne jedzenie i... I dziś w nocy powtórka. Nie mam wątpliwości, że to od tego jedzenia - do głowy by mi wcześniej nie przyszło, że ono może być przyczyną - jadła je, dobre, polecane przez weterynarza, od samego początku niemalże i wszystko było w porządku. Może wadliwa partia, nie wiem... Dziś weterynarz, znów leki, znów dieta. Jedzenie poszło do kosza od razu i już chyba nie odważę się go kupić.

A ja padam na mordkę, od tygodnia nie przespałam całej nocy - w sumie przez tydzień może ze 20 godzin; nie mogę się skupić na niczym; nie wiem, jakim cudem jeszcze udaje mi się cokolwiek zrobić. Zmęczona jestem potwornie. Czekam na weekend jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Skoro doszło do tego, że dziś popołudniu się rozpłakałam z tego wszystkiego, to chyba dobrze ze mną nie jest... ja w normalnym życiu nie płaczę.

Plan dla nas na weekend: ja śpię, a mała zdrowieje - nie ma inaczej, bo naprawdę będzie źle.

środa, listopada 14, 2007

Milczenia dość

Bardzo długo milczałam, co było - i poniekąd ciągle jest - podyktowane względami zawodowymi. Czasem należy zachować tajemnicę, mając na względzie nie tylko swoje interesy. Tak więc o pracy nie będzie jeszcze na razie nic...

Będzie o zimie, którą - zupełnie niezgodnie z naszymi przewidywaniami - Pimpi pokochała, biega w śniegu, szaleje, ryje mordką w poszukiwaniu zapachów i tylko oblepione śniegiem patyczki bierze w pyszczek z mniejszym zapałem. Do tej pory lody dawaliśmy jej jedynie w postaci roztopionej :)

Będzie też o tym, że życie towarzyskie nam ruszyło z miejsca, po kilkumiesięcznej stagnacji spowodowanej nadmiarem obowiązków. A ruszyło pięknie w postaci przeuroczej dziewczyny, znanej nam do tej pory jedynie wirtualnie - z naszego "świata równoległego" czyli gry. Ona znała nas lepiej, bowiem była (i mam nadzieję, że jest nadal) wierną czytelniczką naszych blogów. Stres, tak wpisany w podobne spotkania, nie miał tym razem miejsca i było wspaniale. Zresztą jutro powtarzamy imprezę, tym razem w poszerzonym gronie... też będzie miło, już to wiem :)

Cóż jeszcze? Praca, nauka, praca - jak zwykle. Udało nam się kupić parę kolejnych rzeczy - jakże niezbędnych w gospodarstwie domowym, a bez których musieliśmy się obywać, ale już nie musimy... Mieliśmy też ostatnio okazję podumać nad ulotnością stanów... bowiem nasi znajomi, o których pisaliśmy na wspólnym blogu i ja tu też wspominałam o nich - ci, którzy udzielali nam swojego mieszkania na początku... no więc oni się rozstali... a przecież to my nie mieliśmy prawa przetrwać. Dziwne to wszystko i zaskakujące czasem.

środa, października 31, 2007

Cienie

Dziś na popołudniowym spacerze z małą M. robił nam zdjęcia. Właśnie przeniosłam je do komputera i wycięłam z jednego z nich niezamierzony efekt - nasza trójka w popołudniowym słońcu rzuca ogromne cienie. Kolejno od lewej: Qilia, Morender i Pimpi :)

poniedziałek, października 29, 2007

Jej Książęca Mość Kundliczka

JKM Pimpi uprzejma dziś była wykonać ramionkami gest pogardliwy, gdy dostała swoje normalne jedzenie w miseczce, a jej wzrok był łaskaw mówić: żartujesz? JA? mam? to? jeść?

Arystokratyczne fochy objawiły się były po tym, gdy dwa razy (z powodu, iż zostało tylko super-najlepsze-na świecie jedzenie) dostała do miski coś innego niż zwykła jadać. Szybko się, zgaga, przyzwyczaiła, można rzec - wręcz błyskawicznie, po dwóch posiłkach.

I pomyśleć, że dziś dostała ode mnie tego misia, niewdzięcznica:


Chyba się JKM spodobał, bo dręczy go niemiłosiernie. Ciekawe, czy dziś przywlecze go do łóżka, czy jednak okaże się za duży...

piątek, października 26, 2007

Ciocia ze Stanów ;)

Spójrzcie, natrafiłam na tej STRONIE w sieci na pierwowzór Pimpi:


Mam na myśli oczywiście pieska, nie foczkę... Pierwowzór, bo zdjęcie ma datę 16 grudnia ubiegłego roku, mała była wtedy w brzuszku swojej mamy. Nic nie było napisane o rasie, więc pewnie też kundelek, ale i tak fajnie mieć ciotkę w Stanach ;)

Krucha sztuka

Co prawda święta nam się zbliżają zupełnie nie takie, z którymi by się ta SZTUKA kojarzyła, ale sądzę że warto spojrzeć - mnie się podoba bardziej niż Fabergé... No i może ta notka doprowadzi do wskrzeszenia "złowionych" ;)

czwartek, października 25, 2007

Dzień Pimpi ;)

Miałam co prawda nic nie pisać, ale dziś jest Dzień Kundelka, czyli mojej Pimpi.

Czasem wydaje mi się, że ona taki "swój dzień" to ma codziennie, bo rozpieszczam ją chyba trochę ponad miarę... ale... Wszystkiego dobrego, Pimpiątko :)


A tym, którzy są teraz na etapie zastanawiania się, czy warto... Warto. Naprawdę warto. W życiu jest różnie, ale od kiedy ona jest ze mną, nigdy nie czułam się samotna. Czasem nie jest prosto, ale i tak warto. Idzie zima, chyba dosyć ciężka. Może ktoś podejmie decyzję i odwiedzi schronisko. Tam czeka mnóstwo takich pimpiaków... a każdy z nich może być jeszcze szczęśliwy.
Ta wizyta może sprawić, że największym problemem psiaka stanie się problem Pimpi ze zdjęcia powyżej: "no rzuć już wreszcie ten patyczek!".

niedziela, października 21, 2007

Plan

...na najbliższy tydzień jest taki, że będzie strasznym tygodniem. Czeka mnie robota bez przerwy przez pięć dni i mam nadzieję, że tych pięć mi wystarczy. Nie wiem, czy znajdę czas na wyjście z Pimpiątkiem.

Całe szczęście, że:
- pogoda parszywa
- w domu po szalonych porządkach i przemeblowaniu lśni i pachnie, a dodatkowo jest ciepło, milutko i przytulnie
- w poniedziałkowy ranek uzupełnię zapasy, więc nie trzeba będzie robić zakupów
- komputer działa dobrze i nie robi numerów
- nic mi poza pracą nad głową nie wisi

Plan jest więc taki - przekształcamy domek w twierdzę, urywamy kontakty ze światem zewnętrznym i pracujemy na maksa, by w sobotę rano - jeśli wszystko się uda - napisać tu, że robota skończona, a my odpoczywamy. Zobaczymy się więc w sobotę. A co napiszemy, to się okaże ;)

środa, października 17, 2007

Może tak, a może nie...

Po dzikich perypetiach mam delikatne i nieśmiałe odczucie, że wszystko się jakby zaczyna prostować. Uzupełniają się luki, zaczynam nawet mieć plany... to dużo, gdy czasem czuło się jak na dnie piekła.

Trochę boję się jeszcze mówić o tym głośno, bo złośliwość losu dała mi się ostatnio często i mocno we znaki, ale... tak powoli podnoszę głowę. Może wreszcie jednak się uda? Kiedyś powinno, jeśli chociażby wierzyć statystyce.

niedziela, października 14, 2007

O puli pecha

Pisałam ostatnio, jak to sobie różne złe rzeczy stadami chodzą. Nie doceniłam jednakowoż wielkości tychże stad...

Tamte sprawy się prawie wszystkie unormowały - pieniądze doszły, mała już zdrowa, eksmisja na razie nam nie zagraża. Ale żeby nie było nudno, to z netem porobiło się gorzej i z komputerem też, tak że w końcu już nie wiedziałam, po czyjej stronie leży problem - dostawcy czy mojej... Kiedy się już uporałam (to znaczy ciiicho... mam nadzieję, że się uporałam) z tymże, to wczoraj wydarzyła się, hmmm... no można powiedzieć że katastrofa, choć od prawdziwej tragedii było o włos...

Otóż w tym mieszkaniu wszystkie instalacje pozostawiają wiele do życzenia, delikatnie rzecz ujmując. I właśnie wczoraj jedna z nich poważnie i spektakularnie odmówiła posłuszeństwa - gazowa. Po zakręceniu wody piecyk gazowy się nie wyłączył, powstało dzikie ciśnienie i buchnęła para... tam, gdzie przed momentem miałam twarz... dlatego mówię, że było o włos. Potem wiadomo - odcięcie gazu, wody, telefon do właściciela... W środku tygodnia ma przysłać fachowca.

I w efekcie - paradoksalnie - przez cały dzień miałam doskonały humor, bo według mnie takie wydarzenia sugerują, iż pula pecha powoli się wyczerpuje... I chyba poniekąd mam rację, bo również wczoraj zgłosiła się nowa klientka, znalazła mnie sama i mam małe zlecenie. Przyda się jak najbardziej :)

wtorek, października 09, 2007

Problemy chodzą parami?

Bzdura. To by było nawet fajnie, gdyby tylko parami. Chodzą zorganizowanymi drużynami... niech je szlag...

Ostatnie dni:
- czekanie na kasę (to już w zasadzie nie jednorazowy problem, lecz stan permanentny)
- zaleganie z opłatami za mieszkanie i rachunki (powód: patrz wyżej)
- większość stron mi się nie wczytuje (to na szczęście incydentalne, lecz wkurza i przeszkadza w pracy)
- wczoraj w ciągu dnia miałam wolnego czasu dla siebie jakieś trzy minuty (tyle co pół papierosa, stąd wiem - poza tym zasuwałam jak głupia)
- w nocy zachorowała Pimpi, myślałam że to chwilowy problem; rano okazało się, że nie - telefon do weterynarza, wizyta na kredyt (bo przecież czekam na kasę), trzy zastrzyki, lekarstwo, jutro czeka mnie kolejna, pojutrze jeszcze jedna wizyta; wkurzenia własną bezsilnością nie liczę w tym wszystkim...

Ja nie wiem... już tu kiedyś pisałam, że chyba jestem cyborgiem. I jestem, bo normalnego człowieka to by już dawno cholera wzięła, a ja żyję. Ile jeszcze?

Czego chcę? Drobiazgu. Wziąć zdrowego Pimpiaka na sznurku ze sobą i iść się uchlać gdzieś w kątku, żeby przez jakiś krótki pijano-kacowy międzyczas nie myśleć. Tyle. Niewykonalne póki co. Niech to szlag...

Krytycy.pl - artykuł komercyjny

Weszłam, moi drodzy, w takie coś, co zwie się KRYTYCY.PL

O co w tym chodzi? Otóż trywialnie rzecz ujmując - o kasę, jak zwykle ;) Sposobów zarabiania w sieci jest wiele, wiadomo, jeden gorszy od drugiego. Tu panowie wpadli na pomysł - moim zdaniem niegłupi - aby skojarzyć blogerów z reklamodawcami. Ci ostatni składają zmówienia na artykuł komercyjny, blogerzy piszą u siebie o produkcie i za to dostają kasę. Proste? No proste jak drut.

Ważne w tym wszystkim jest tylko jedno - i dlatego w ogóle w to weszłam - otóż ten artykuł komercyjny wcale nie musi być kadzeniem, ma być zgodny z przekonaniem blogera. Jeśli produkt jest be, to piszemy, że jest be. Jeśli cacy - chwalimy. Na poważnie opisane jest to TU

W chwili, gdy to piszę, w serwisie zarejestrowanych jest 72 blogerów i 14 potencjalnych zleceniodawców. Serwis ma pomóc im się wzajemnie skojarzyć. Za wcześnie jest, by mówić że to działa, ale... może warto się jednak nad tym zastanowić?

poniedziałek, października 08, 2007

To jedno powinno być zdrowy, by nauczyć angielskiego

Kupiłam sobie dziś "Gazetę Prawną" z super tłumaczem angielskiego. Mam trochę problemów z nową tematyką - jestem w końcu specjalistą tylko od tłumaczenia kulinariów i tak sobie pomyślałam, że trochę mi to ułatwi pracę.

Od razu wyjaśniam pochodzenie tytułu notki: wpisałam tytuł pierwotny, który brzmiał "Trzeba się było dobrze nauczyć angielskiego." Przetłumaczyłam programem na angielski, uzyskując "It one should was well to teach English." Wrednie wrzuciłam zdanie znów do przetłumaczenia na polski i tak powstał tytuł.

Tak zachęcona wrzuciłam pierwszy lepszy tekst z interesującej mnie branży i uzyskałam co następuje:

"Są meble tek powodu jest tak pożądany, specjalnie kiedy to jest dla plenerowego użycia. Teki mają niezmiernie elastyczną naturę i są bardzo twarde, wymagając tylko sporadyczne stosowanie oleju światła. W dodatku, teki też stają się ciemniejsze i bogatsze jako to postarza tworzenie klasycznego w podeszłego wieku spojrzenia. Dla przeszłego 30 lat Country Casual zrobił meble tek jakości z tyle samym i funkcją jako styl. Chelmsford zaokrągla stół oferuje tradycyjne gniazdo czopa i połączenia czopu i schowane we wnęce podwozie pozwalające pozwolenie dla foteli i kolan. Uchwytny w 43, 51 i 59 calu dookoła wielkości. Cały zbiór zawiera jakieś wielkie plenerowe osadzenie, dodatki i sporadyczne meble."

Nie wiem, czy ten program naprawdę mi pomoże, ale już wiem, że podoba mi się bardzo :)

sobota, października 06, 2007

Nareszcie w domu

Bardzo zmęczył mnie ten wyjazd. Nie czułam się najlepiej - normalnie nie ruszyłabym się nigdzie w tym stanie, no ale tu wyboru nie miałam.

Sympatycznie było tylko u mamy - fajne jedzonko, piwko, rozmowa i... szkolenie. Mama dołączyła bowiem do społeczności użytkowników telefonów komórkowych. Została właścicielką wypasionej Nokii (dla mnie to wręcz dziko wypasionej, bo ja sama mam podobno kultową, lecz mocno przestarzałą 3310) i ktoś musiał jej pokazać, jak z tego dobrodziejstwa korzystać. Okazała się raczej pojętną uczennicą, choć na bardziej zaawansowane funkcje przyjdzie dopiero czas ;)

Podróże pociągami nie należą do ulubionych przeze mnie; świstka o możliwości głosowania poza miejscem zamieszkania nie dostałam, bo nikt nie wiedział gdzie mieści się pokój 24, gdzie takowe ponoć wydawano. Zrezygnowałam więc - załatwię sprawę inaczej, a stamtąd musiałam wyjść, bo w przeciwnym wypadku chyba kogoś bym w końcu zamordowała.
Targi na które pojechałam okazały się fatalnie wręcz zorganizowane. Nie, fatalnie to złe słowo... one w ogóle nie były zorganizowane tak naprawdę. Współczułam wystawcom, którzy w końcu musieli za bycie tam całkiem sporo zapłacić, a w zamian nie dostali nic poza kawałkiem podłogi.

W Krakowie smutnoszary spleen, ale poza tym jak zwykle - wielojęzyczne tłumy, nagabujący wszystkich sprzedawcy wszystkiego i wszechobecne obwarzanki, oscypki i futrzane kapcie. Wypiłam małe piwo przed podróżą w jakimś cichym miejscu na Jana i z ulgą przeniosłam się na dworzec. Ostatnie kilkaset metrów biegłam, bo zegarek mnie oszukał, ale dzięki temu wiem, że kondycja tak całkiem mi jeszcze nie zdechła.

Wróciłam do domu z radością i ulgą. Do wiosny chyba żadne wyjazdy mnie nie czekają - jak to dobrze :)

wtorek, października 02, 2007

Po wakacjach. Szkoda.

No i niestety, wakacje się skończyły i nasz tryb życia wraca do przedwakacyjnego. Trudno się odzwyczaić po trzech miesiącach (z małą przerwą) bycia razem przez całą dobę... bardzo trudno - i nam i małej.

Przede mną - już w czwartek - wyjazd na targi do Krakowa, a co za tym idzie spotkanie z mamą i... być może z moim Eks, który przypadkiem tam się ma znaleźć. Tak więc istnieje nadzieja, że wpadniemy razem na jakieś piwo i fajną rozmowę; oczywiście jeśli pozgrywamy jakoś sensownie terminy, ale może się uda. Dobrze jest się dobrze rozstać, żeby znów się dobrze spotykać ;) Pokrętne, ale wiadomo o co chodzi.

Ostatnio w wolnych chwilach wieczorami porobiłam to i owo znów na szydełku, jak kiedyś - miałam taki malutki sklepik i sprzedawałam unikalne rzeczy dla kobiet. Teraz to jest galanteria dla niemowlaków, może ktoś kupi, wstawiłam na Allegro i zobaczymy. Zainspirowała mnie sąsiadka - spotykamy się na spacerach z psami, ona ma pięknego husky, Pattona - Krysia robi luksusowe ubranka do chrztu, też szydełkowane. Te moje rzeczy są raczej na co dzień. Wyglądają na przykład tak:

środa, września 26, 2007

Z życia stworka

Zwierzątko ma się dobrze, przestało rosnąć - co bardzo mnie cieszy, bo jednak chciałam małego pieska, jest już w pełni ukształtowanym fizycznie stworkiem. Tak wyglądała przedwczoraj na popołudniowym spacerze:


Charakterek też jej się ukształtował i to na taki, jakiego zapowiedź prezentowała od zawsze: zadziorna, niezależna, dominująca i bardzo wesoła. Urocze, choć czasem trudne do zniesienia... Zaczęły się pierwsze kłótnie z innymi suczkami, psy lubi, ale w razie czego też nawarczeć i ugryźć potrafi (może nie tyle ugryźć, co kłapnąć ostrzegawczo w powietrzu - takie ostatnie ostrzeżenie). Kocha wszystkich ludzi - małych i dużych, uwielbia zabawy z patyczkami - teraz przestawiamy ją na piłkę tenisową - i oczywiście smakołyki, ale to nic oryginalnego :)

Na smyczy mimo kolczatki chodzi jak pijany zając trenujący slalom. Ma bardzo miękki, coraz dłuższy włos, więc trzeba ją czesać dosyć często, a żeby operacja w ogóle się powiodła - przekupywać smakołykami. Nie jest już szczeniakiem, lecz nadal budzi sympatię i wszystkim się podoba. Czasem jest słodka, czasem okropnie rozrabia, ale średnia odczuć to: udał nam się stworek :)

sobota, września 22, 2007

Relatywizm kasy...

Tia, kochani... W życiu są niestety dwie strony barykady... Płacący i opłacani.

Wydarzyło się było "lekkie opóźnienie płatności". I zgadza się, było lekkie, patrząc z punktu widzenia normalnego człowieka, a nie takiego, który żyje z dnia na dzień, od jednej kasy do drugiej.

Lekkie opóźnienie z mojej strony barykady wygląda tak:

- dwie karty wyczyszczone na zero
- menu: racuszki (bo na to składniki prawie zawsze są)
- dobrze, że pies ma resztkę jedzenia, ale to na góra jeden dzień
- na pewno coś się stało strasznego, bo zawsze były pieniądze punktualnie... wypadek? nie, ja proszę, nie!
- częstotliwość odwiedzin na stronie banku - około 5 na godzinę, jakby to cokolwiek mogło zmienić
- nie, to nie wypadek... zrezygnował, na pewno...
- zastawione 1 euro "na szczęście" - to stało się w momencie, gdy zostało już tylko 10 gilz
- nie, nie zrezygnował, to musi być robota tego głupiego banku, coś pochrzanili, zmienię bank!
- mija mnie interes życia: ktoś chce pożyczyć małą sumę na krótko, odda dwa razy tyle... nieeeee! dlaczego akurat teraz? ja chcę zostać lichwiarzem!
- pies się obraża, bo nie dostaje obrywek... trudno się dziwić, że nie dostaje - nie ma z czego mu dawać
- herbata skończyła się dwa dni temu
- tytoń palę taki, którego nie wyrzuciłam "tak na wszelki wypadek", a był wyjątkowo ohydny - nic to, nałóg to nałóg
- każdy się w końcu łamie: pożyczamy 50 złotych, ale przelew też musi dopiero dojść...
- przychodzi list że "lekkie opóźnienie"...
- oddycham z ulgą, wybucham śmiechem, piszę notkę na blogu

No, to tyle jeśli chodzi o relatywizm kasy. Do poniedziałku dożyję, a potem życie przez krótki czas będzie piękne. Przez krótki, bo lista zakupów z dwucyfrową ilością pozycji nie pozwoli mi na dłuższe cieszenie się gotówką. Ale i tak się cieszę - w końcu tak naprawdę nic złego się nie stało :)

sobota, września 15, 2007

O wszystkim

No i jesień zadomowiła się na dobre. Zmarznięta na porannym spacerze Pimpi wtula się w fotel i w M. i tak towarzyszą mi przy pracy.


Wczoraj zresztą sam M. towarzyszył mi w pracy znacznie bardziej twórczo, bo wybrał się ze mną na targi i robił za fotoreportera, będę miała dobre zdjęcia do ubarwienia artykułów. Szkoda, że nie pojedzie za mną na kolejne - tam będę sobie musiała radzić sama.

Targi jak to targi, porozdawałam wizytówki, pogadałam o interesach. Później mieliśmy czas na powłóczenie się prywatnie, oglądając stoiska z nietypowymi (zważając na tematykę targów - budowlano-ogrodowo-wnętrzarską) produktami. No i wtedy M. kupił mi pierścionek - bo było jedno stoisko z biżuterią. Ładny? Mnie się bardzo podoba :)

Dziś czeka mnie napisanie paru tekstów, a potem już weekend. Wszystko się jakoś fajnie zaczyna normować, może już na dobre?

piątek, września 07, 2007

Gdy demony śpią, budzą się upiory dnia ;)

Zasuwam na razie jak głupia, a końca nie widać. Wczoraj się w ogóle "przetrenowałam" i padłam jak pies Pluto. W związku z tym dzisiaj zarządziłam lekkie przemeblowanie, bo do takiej pracy trzeba jednak mieć trochę bardziej komfortowe warunki...

I coś dziwnego w związku z tym wyszło - bo to już któraś tam z rzędu zmiana - wyszło, że jest więcej miejsca. Tak w ogóle to dobrze, ale dziwi mnie co innego - rzeczy jest coraz więcej, a właśnie po każdym przemeblowaniu robi się przestronniej, to trochę nielogiczne, nie sądzicie? Nic się nie wyrzuca, bo to by sprawę tłumaczyło... ale nie. Magia.

Właśnie wrzuciłam 301. post na kulinarny, nawet nie zauważyłam tego trzechsetnego, dopiero dziś się zorientowałam. Książek mniej czytam, bo nie mam czasu, w moim ulubionym "świecie równoległym" istnieję na ćwierć możliwości, z Pimpiątkiem na spacerkach nie szaleję, piwa nie piję... Na domiar złego jakiś listopad obrzydły się zrobił zamiast cudnej końcówki lata. Ogólnie bu.

Pociesza mnie tylko jedna myśl - jeszcze trochę, a ten chaos się uładzi, rozładuje i będzie piękna pogoda i czas na wszystko - i na to, co muszę i na to, co lubię. Optymistka? Może troszkę. Ale czyż M. nie nazywał mnie demonem organizacji? Nazywał. Czas więc obudzić demona.

piątek, sierpnia 31, 2007

Praca, nauka, praca...

Mój dzień wygląda jak w tytule, co mnie wcale nie martwi, a wręcz odwrotnie :)

Zawsze z entuzjazmem zabierałam się do czegoś nowego, a z czasem okazywało się, że wszystko nie wygląda aż tak różowo, jak wyglądać miało. Entuzjazm powoli znikał, ustępując miejsca zniechęceniu. W tym akurat wypadku (nie wiem, czemu w tym właśnie) darowałam sobie hurraoptymizm i podeszłam do projektu bardzo chłodno i z dystansem oraz wątpliwościami. Gdy zaczęłam wchodzić głębiej - zaczęło mi się wszystko coraz bardziej podobać, a kiedy w dodatku parę moich posunięć ktoś docenił, to zrobiło mi się bardzo miło, a moja chęć do pracy i życia zauważalnie wzrosła.

Poza niewątpliwymi korzyściami materialnymi pojawia się jeszcze jedna - dla mnie bardzo ważna. Otóż ja tak mam (zresztą nie tylko ja), że im więcej mam wszystkiego na głowie, tym elastyczniejszy robi mi się czas i tym dłuższa doba. Ujmując to krócej - im więcej mam pracy, tym więcej mam czasu wolnego. Nic mi się nie rozłazi, nie marudzę i nie czepiam się.

Na koniec - nauka. Bardzo, ale to bardzo lubię się uczyć nowych rzeczy, a tu mam możliwość - a raczej konieczność - uczyć się codziennie.

Reasumując - chcę, żeby to trwało jak najdłużej.

środa, sierpnia 22, 2007

Pimpi's Diary - Part 6.

On dziś robił mi zdjęcia i z jednego oboje się bardzo długo śmiali. Z tego:


No fakt, może rzeczywiście nie wyszłam na nim najkorzystniej, ale żeby aż tak się śmiać?
Przecież wiadomo, że normalnie zazwyczaj wyglądam tak:


Dostałam dziś fajne nowe posłanie. Używam go do zabawy - czyli zgodnie z przeznaczeniem, bo przecież śpię i tak z Nimi albo na fotelu :)

wtorek, sierpnia 21, 2007

Schody

Nie, akurat nie zaczęły się, lecz musiałam pokonać - 18 pięter w górę i 9 w dół...

Wszechobecne tu remonty dziś objawiły się brakiem prądu przez większość dnia. Dobrze chociaż, że była to akcja wcześniej zapowiedziana. Lodówka i zamrażarka się rozmroziły, odcięcie od świata zabolało, schody też dołożyły swoje. Poza tym jutro będę siedziała przy komputerze do oporu, bo muszę ten stracony dzień odrobić.
Pimpi miała dobrze, bo ze spaceru wracała na rękach M. - te schody jakieś takie nieergonomiczne są, wysokie, niewygodne i mały piesek nie dałby sobie rady sam.

Z pozytywów: dzień nie okazał się jednak aż tak całkiem stracony, bo popracowałam w bibliotece, a potem jeszcze zdążyłam przeczytać dwie książki z ostatnio najbardziej mnie zaprzątającego tematu - czyli związane z pracą. Poza tym po obiedzie zagraliśmy z M. cztery partyjki w karty, takie prawdziwe, papierowe, nie przez net... prawie zapomniałam, że tak można ;)

poniedziałek, sierpnia 20, 2007

Pierwszy dzień...

...z nową pracą. Mam po iluś tam godzinach przed kompem taką wieeelką, kwadratową głowę. Czuję się jak człowiek, któremu kazano złożyć w pełni funkcjonującą bibliotekę, dając tysiąc kontenerów literek powycinanych z gazet. Taki człowiek staje nad tym wszystkim i nie wie, od czego zacząć...

Tylko powiedzcie mi, czemu mi się jednak mordka uśmiecha... Musi - lubię ;)

niedziela, sierpnia 19, 2007

Notka na szybko

Mała porcja newsów dla zainteresowanych:

1. Kot znalazł dom z trojgiem ludzi i kotką, aklimatyzacja przebiegła pomyślnie i choć dotychczasowi właściciele ciężko przeżyli rozstanie, to cieszą się, że trafił właśnie tam.
2. Minione tygodnie przebiegały pod znakiem poszukiwań, spotkań, negocjacji i zastanawiania się nad wyborem najlepszej opcji... Tak w skrócie wyglądało znajdowanie dodatkowej pracy. Efekt - na 99% znalazłam i chyba poza pieniędzmi przyniesie mi sporo zadowolenia.
3. Z dowodem duża obsuwa, już przed tygodniem powinien być gotowy - nic z tego, czekam.
4. Pimpi wyrasta z okresu buntu i staje się coraz fajniejszym psem. Ostatnio stwierdziliśmy, że w tej niepewnej loterii, jaką jest wybór szczeniaka bez rasy - trafiliśmy wygrywający numer.
5. Trochę intensywniej pojeździłam na rowerze, więc po długiej przerwie musiałam najpierw odzyskać kondycję. Oj, bolało...

W zasadzie to wszystko, choć oczywiście działo się znacznie więcej, lecz trudno wracać do drobnych zdarzeń z perspektywy. Teraz znów będę częściej pisała, przynajmniej mam taki zamiar, więc zaglądajcie od czasu do czasu.

środa, sierpnia 08, 2007

Ogłoszenie! CUDO do wzięcia...


Przeuroczy dwuletni kot birmański Ectos poszukuje domu. Kotek (no, kotek jak kotek - jest wielkości mojej Pimpi) jest niewychodzący, wykastrowany, od początku mieszkał i bawił się z dużym psem (bokserem). Ma wesołe usposobienie, jest zdrowy i zadbany. Ectos mieszka w Gliwicach i dostanie pełną wyprawkę na nowe miejsce.

Dotychczasowi właściciele ze względu na nieprzejednane stanowisko lekarza (takiego od ludzi) muszą się rozstać z Ectosem. Szukają dla niego dobrego, kochającego człowieka i miłego, ciepłego domu. Wszyscy ich znajomi i rodzina mają już zwierzęta i dlatego poszukiwania zataczają coraz szersze kręgi.


Przyznam, że gdyby nie zbyt wysoki stopień niepewności pewnych spraw, to osobiście... nie zastanawialibyśmy się ani chwili, tylko po prostu wzięlibyśmy go do siebie. Zresztą zobaczymy jak to się skończy... Na razie jeszcze jest czas, aby poszukać mu dobrego miejsca. Tu uprzedzam, że właściciele na pewno dokładnie przyjrzą się nabywcy, bo nie chodzi im o to, aby Ectosa "upchnąć", lecz aby zapewnić mu dobrą przyszłość na resztę życia.

Zainteresowanych proszę o kontakt via komentarze.

niedziela, sierpnia 05, 2007

Pimpi's Diary - Part 5.


Rozłąka dobiegła końca i całe stado znów jest razem - tak jak być powinno :)

czwartek, sierpnia 02, 2007

A już najgorzej...

...to od zawsze być twardą. Możesz wtedy palić się jak pochodnia, a inni pomyślą, że to twoje - ekstremalne nieco - ćwiczenia survivalowe.

Gdy jesteś zawsze twarda, to nie masz prawa prosić o uwagę, bo pomyślą, że sobie jaja robisz. Że to też takie ćwiczenia, lecz na innych.

Patrzysz wtedy jednym okiem na półmózgie istotki, które straszą wszystkich wokół: a to chorobą, a to niemocą, a to ogólnym nie-do... I widzisz efekty... I tak pytasz się siebie... Czemu ja tak nie umiem? Czemu prośbę traktuję jak coś co wypala gardło, czemu brzydzi mnie udawana niemoc, czemu nie będę małą kobietką, choćby chcieli mnie zabić...

Może temu, że wolę być wredną suką, która naprawdę tylko dziś ma gorszy dzień, a jutro... Jutro to będzie jak zwykle umiała rozp... ten świat. I o to chodzi. Ale niech już będzie jutro.

...ratunku...

Nie mam sił, jestem tak bardzo zmęczona... Tyle się dzieje, tyle pracy; ciebie nie ma, więc codzienność też jest trudniejsza niż zwykle. Nawet w naszej ulubionej grze natłok zdarzeń po okresie stagnacji i też nie wiadomo, w co łapki włożyć.

A ja jeszcze od poniedziałku chcę wziąć dodatkową pracę, bo przeinwestowałam... kurczę, nie wiem, jak to będzie, teraz czuję tylko wirujące zmęczenie od natłoku zdarzeń i myśli. Ratunku...

Wróć i weź na siebie - tak jak umiesz - tę codzienność. Z resztą powinnam dać sobie radę. Powinnam. Spróbuję w każdym razie.

poniedziałek, lipca 30, 2007

Ktoś pomyślał...

...nareszcie. Tak proste i - jak sadzę - potrzebne. W nowych dowodach już nie ma miejsca na grupę, chipów z informacjami o wszystkim jeszcze sobie nie wszczepiamy masowo; kart ratunkowych używamy rzadko.

Może więc warto pomyśleć o paru WPISACH w komórce, którą prawie każdy ma przy sobie. W końcu nigdy nie wiadomo, co czeka nas za zakrętem... nawet życiowym.

Rozłąki odsłona druga

M. też się za nami stęsknił, więc na weekend przyjechał do domu. Mała witała go jak mnie ostatnio, znów były wspólne spacery, których tak bardzo nam brakowało oraz normalne dni i noce.

Niestety, kilkadziesiąt godzin szybko minęło i znów pojechał - a my zostałyśmy osamotnione i smutne. Zaraz wybierzemy się obie na dłuższy spacer i pobawimy się patyczkami. A wieczorem z kolei oboje z M. skorzystamy z dobrodziejstw komunikatora... i tak, dzień po dniu, jakoś ta druga część zleci. Byle jak najszybciej...

wtorek, lipca 24, 2007

Głupio-sentymentalna notka

O, kurczę. Ja naprawdę nie wiedziałam, że mnie tak to walnie... Że tak będę tęsknić, że tak bardzo nie bedę umiała się znaleźć w tym czekaniu i półsamotności... nie wiedziałam, bo skąd mogłam wiedzieć.

Wiesz, jeśli to przeczytasz, to... tak, przesadzam może, ale... naprawdę za tobą tęsknię, brak mi codzienności z tobą, wszystko jest niepełne i małemu stworzeniu też ciebie brakuje - snuje się jak ja, ma za złe i w ogóle pokazuje, jak bardzo taka rzeczywistość jest paskudna. Czasem jej zazdroszczę, bo ja nie mogę aż tak otwarcie tego demonstrować, a szkoda... byłybyśmy niezłym tandemem...

Wróć, niech już się nie męczymy, M...

poniedziałek, lipca 23, 2007

Tęsknimy

Taaak, teraz to ja czekam (a ściślej my, bo mała też bardzo za nim tęskni, jak przedtem za mną) i nie mogę sobie znaleźć miejsca. A mówiłam, żeby się nie przyzwyczajać...

On tam gdzieś ciężko pracuje w te wściekłe upały, ja tu - choć na pewno mniej ciężko. Jak dobrze że są telefony i internet - odzwyczailiśmy się od bycia osobno, a przecież jeszcze przed rokiem czekaliśmy tygodniami. Teraz dzień to problem, a co dopiero tyle dni...

No i Pimpi, po niej tę tęsknotę tak bardzo widać. M. opowiadał mi, jak osowiała, smutna i nieszczęśliwa była przez te kilka dni mojej nieobecności. Teraz to potrwa dłużej, więc pewnie będzie trudniej. Ale wiem już z doświadczenia, jak go powita. I wiem, jak ja.

wtorek, lipca 17, 2007

Pimpi's Diary - Part 4.

Wiecie co? Gorąco jest, bardzo gorąco jest, wiecie? A może nawet bardzobardzobardzo, wiecie?

No, ale Oni na szczęście o mnie dbają w te upały. Zawsze noszą wodę dla mnie i chodzimy na spacerki pod takie wielkie wierzby, które dają dużo cienia, a ziemia pod nimi jest chłodna. Kopię sobie tam norki, kładę się i chłodzę sobie brzuszek - musicie spróbować, to świetny sposób.

Zmienili mi też godziny spacerów, żebym się nie męczyła upałem. Piją kawę przed piątą, żeby jak najwcześniej ze mną wyjść, bo rano jest zupełnie fajnie i biegam za patyczkami... za setkami patyczków, bo... ja ich nigdy nie przynoszę, no... czasem przyniosę, ale to w drodze wyjątku raczej. Ja lubię je znajdować, ale przynosić? Po co? Przecież zawsze i tak znajdą mi nowe :)

W domku nie ma wielu chłodnych miejsc, muszę wybierać - albo łazienka (gdzie najchłodniej), albo cieplejszy pokój, ale z Nimi... no i jakoś tak zawsze wybieram jednak pokój... Są spoko i mam z nimi luz, szczególnie jak ich porównać z niektórymi, to... to ja się nie dziwię tym innym psom, że one czasem gryzą tych swoich Onych...

To pisałam ja - mądra i zupełnie dorosła Pimpi. Pa :)

piątek, lipca 13, 2007

Jestem z powrotem

Z jaką przyjemnością i ulgą wraca się do domu *tu głęboki oddech*. Szczególnie jeśli Ktoś - a ściślej dwa Ktosie - na nas czeka.

Wyjazd na szczęście okazał się udany i owocny. Opisu horroru wyrabiania dowodu nie zamieszczę, bo chyba każdy kto w tym roku, w dowolnym miejscu kraju zajmował się tą czynnością - sam wie jak jest. Dobrze nie jest, średnio też nie, a "źle" to też słowo, które nie oddaje w pełni stanu faktycznego - niech to będzie mój jedyny komentarz... ;)

Za to powrót... nie widziałam chyba jeszcze nigdy takiego ogromu psiego szczęścia w jednym małym kłębku futra, jakim była wczoraj Pimpi witając mnie... Dziś zresztą też raczej stara się mnie nie odstępować - na spacerze i w domu - patrzy mi w oczy, przynosi po kolei wszystkie zabawki, wskakuje na kolana, żeby być głaskaną i przytulaną.

Zdjęcie Pimpiątka zrobił M. kilka dni temu... gdy je wrzuciliśmy do komputera to natychmiast nam się pomyślało, że byłoby doskonałą ilustracją do reklamy kampanii społecznej pod nazwa "Przygarnij mnie" - sami spójrzcie.

wtorek, lipca 10, 2007

Mieszane uczucia

Za dwie godziny jadę do Krakowa. No i mam mieszane uczucia...

...bo:
- polubiłam trochę ten Kraków, więc chętnie go zobaczę, ale nie cierpię podróży, szczególnie pociągami;
- z przyjemnością zobaczę się z mamą, ale niechętnie rozstaję się z M. i Pimpi;
- spotkam się może ze znajomymi, ale głównie będę się pałętać po urzędach (a tego to nie cierpię) oraz sklepach (również nie przepadam);
- czeka mnie obżeranie się smakołykami u mamy, lecz jednocześnie martwię się, jak oni tu sobie beze mnie poradzą (tak jakbym była niezbędna - akurat, poradzą sobie świetnie);
- pobyłabym w tym Krakowie tak na spokojnie, chociaż przez tydzień - a będę w biegu cały czas, bo jadę tylko na dwa dni...

No i właśnie z powyższych powodów mam raczej kiepski humor, pomijając nawet to, że po wczorajszych urodzinach mam lekkiego kaca. Ale optymizm budzi we mnie zdanie wypowiedziane przez mamę: - Przypomnij mi, jakie jest twoje ulubione piwo, bo nie wiem, które kupić :)

poniedziałek, lipca 09, 2007

Zabawa, nic więcej...

Mam dziś urodziny. W przeciwieństwie do wcześniejszych, ich wysoka relatywnie liczba porządkowa nie dołuje mnie, lecz pobudza do śmiechu. Żeby było jeszcze śmieszniej, zrobiłam dziś parę rzeczy, wśród nich kilka istotnych.

Jutro wyjeżdżam w podróż w interesach, wrócę chyba w czwartek. Zabawne te urodziny... niby nic, a jednak. Ale nigdy aż tak się nie śmiałam. Mogę umrzeć jutro... w tym nastroju i to by mnie rozbawiło.

Edit: No, nie! I nawet papierośnica mi doszła - żebym miała na jutrzejszy wyjazd...no, nie wierzę ;)